sharenting fot. Adobe Stock

Udostępniasz w mediach społecznościowych zdjęcia dzieci z wakacji? Sharenting może być bardzo niebezpieczny

Badanie australijskiego rządu pokazało, że połowa zdjęć na stronach pedofilskich pochodzi z mediów społecznościowych. Rodzice często, niezbyt rozsądnie, wrzucają do sieci zdjęcia dzieci na plaży, podczas kąpieli czy wykonywania czynności higienicznych.
/ 05.07.2020 11:36
sharenting fot. Adobe Stock

Sharenting, termin będący zbitką słów sharing (udostępnianie, dzielenie się) i parenting (rodzicielstwo), to określenie trwającego od lat trendu publikowania w mediach społecznościowych zdjęć i innych informacji dotyczących dzieciWakacje temu sprzyjają. 

O sharentingu często mówi się w kontekście nadużywania Facebooka i podobnych miejsc do publikowania danych o swoich pociechach. Rodzice nieświadomie i nieroztropnie wrzucają fotki w bieliźnie, kostiumie kąpielowym lub nawet nago na publiczne fora, a to nie tylko może być kompromitujące, ale także stanowi pożywkę dla dewiantów.

Oprócz analizy wykonanej przez australijski rząd, która pokazała porażający fakt, że połowa pedofilskich treści pochodzi właśnie ze stron, gdzie to rodzice je udostępniają, istnieje wiele alarmujących doniesień.

W jednym z badań (A.Brosh, 2016) dowiedziono, że aż 67% rodziców udostępniło na swoim profilu na Fb co najmniej jedno zdjęcie, które uznano za niewłaściwe lub zawstydzające. A najbardziej popularne w tej grupie okazały się zdjęcia dzieci nago lub półnago, zwłaszcza poniżej 3. roku życia na plaży lub podczas kąpieli.

Czy uważamy siebie za rodziców uprawiających sharenting? Nie chcemy się do tego przyznawać. Tylko 5% badanych potwierdza, że ujawniło treści, których nie powinno, choć prawie każdy zna rodzica, który pokazał jednak „za dużo”.

Sharenting to fascynujący trend, który ogarnął media społecznościowe - a szczególnie interesująca jest liczba osób zaprzeczających. Fakt, że wszyscy to dostrzegamy na co dzień oznacza, że ​​istnieje na pewno ponad 5% „sharenterów”. Po prostu nie zdają sobie sprawy lub nie przyznają się, że to robią
– uważa psycholog kliniczny David Coleman w rozmowie z „The Independent”.

Zwabianie zwyrodnialców to jedno, ale publikowanie wizerunku małoletnich może wiązać się też z innymi zagrożeniami. Od jednego niefortunnego zdjęcia, które trafi chociażby w ręce rówieśników, jest tylko krok do naśmiewania się, wyszydzania czy przemocy fizycznej. Może też dojść do skradzenia tożsamości dziecka i wykorzystywania jego wizerunku w celu wyłudzania pieniędzy lub reklamowania produktów.

Dzielenie się informacjami, zwłaszcza ze smartfonów, pociąga za sobą udostępnianie tzw. meta danych np. na temat lokalizacji, co umożliwia ustalenie miejsca przebywania dziecka. Dziecko można zlokalizować również na podstawie samych zdjęć.

Oczywiście, wrzucenie na swój profil od czasu do czasu zdjęcia dziecka w normalnych okolicznościach nie budzi większych zastrzeżeń. Jednak nie da się ukryć, że wraz z rozwojem internetu doszło do  mocnego przesunięcia granicy prywatności, a najsmutniejsze jest to, że biorą w tym udział osoby, które są zbyt małe, aby się temu sprzeciwić.

Źródło: B.Chrostowska, Sharenting – skala i wielowymiarowość zjawiska (nierozważnego) ujawniania przez rodziców informacji o dzieciach w mediach społecznościowych, Problemy wczesnej edukacji, 4(43)/2018.

Więcej aktualnych informacji:Dziewczynka zabiera mamie urodę, a chłopiec sprawia, że wygląda pięknie. Czy coś w tym jest?Wrzuciła ośmiomiesięczne niemowlę do basenu. Rodzice krytykują kontrowersyjną naukę pływaniaIle pieniędzy powinno dać się na chrzciny? Czy istnieje minimalna kwota?Oto najgorsze sandały dla dziecka. Strzeż się ich jak ognia!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)