Nie jest sekretem, że coraz rzadziej się widujemy. I nie mam tu nawet na myśli rodziny - z kimś w końcu trzeba te święta spędzić. Do tego dochodzi sieć rodzinnych zależności - ojciec składa szafę dorosłej już córce, dzieci przywożą zakupy rodzicom w podeszłym wieku. Czasem trzeba skosić trawnik w domu rodzinnym, a kiedy indziej sprzedać mieszkanie po dziadkach.
WIDEO…
Zgoła inaczej wygląda to, jeśli chodzi o znajomych, ale i ludzi, których z przyzwyczajenia nazywamy przyjaciółmi, choć widujemy ich raz na pół roku. Pierwszy powód jest oczywisty - trudno znaleźć na to przestrzeń, balansując między nawarstwiającymi się obowiązkami. Jest jednak coś jeszcze, o czym myślimy zgoła rzadziej - przekonanie, że dom powinien lśnić czystością, całkiem jak gdyby goście mieli przyjść w białych rękawiczkach i sprawdzać cichaczem zagłębienia framug.
Niby wyzbyłyśmy się pedantyzmu własnych matek - tolerujemy (a przynajmniej większość z nas) nieuprasowaną pościel czy pranie do poskładania czekające na wolniejsze popołudnie.
Wystarczy jednak, że koleżanka zaproponuje, że wpadnie na kawę, by pranie zaczęło nas uwierać. Podobnie jak talerz po śniadaniu, torba z zakupami i inne dowody na to, że w mieszkaniu ktoś mieszka. Zwyczajne rzeczy, nagle wymagają wyjaśnień, a przeprosiny - de facto za to, że mieszkamy we własnym domu - często padają wcześniej niż "cześć".
Gość w dom(u)
Gość powinien zastać mieszkanie w stanie, który wskazuje, że gospodyni (bo przecież nie gospodarz) spędziła kilka ostatnich godzin ze ścierką. Całkiem, jak gdybyśmy wszystkie hołdowały powiedzeniu "gość w dom, Bóg w dom" zlepionym z "co ludzie powiedzą" (np. o tym, że nie zmieniło się firanek na święta).
W wielu rodzinach porządek był dowodem dobrego prowadzenia się, niemal cechą charakteru i przymiotem moralnym. Kobieta nieporządna, podobnie jak nieumiejąca gotować, była w końcu przez lata złą partią, ocenianą surowo przez potencjalną teściową, bo ktoś przecież musi zaopiekować się jej wyrośniętym synem.
Z drugiej strony może w niepisanej zasadzie utrzymywania idealnego porządku (przynajmniej przed gośćmi) kryje się pozostałość przekonania, że skromne warunki należy rekompensować szczególną starannością. I niekoniecznie tyczy się to wyłącznie osób, których warunki rzeczywiście są skromne - większość z nas słyszała kiedyś określenia w rodzaju "biednie, ale przynajmniej schludnie". Niski status społeczno-finansowy może kojarzyć się z brzydkim słowem "patologia", od którego jednak magicznie chroni porządek.
Na nowe meble mogło nie być pieniędzy, za to wyszorowana podłoga miała świadczyć, że rodzina zasługuje na szacunek. Z czasem łatwo zapomnieć, skąd wzięła się potrzeba udowadniania własnej przyzwoitości - zostało za to poczucie, że ktoś zobaczy i źle o nas pomyśli. Albo lepiej - że pozna (nomen omen brudną) prawdę o nas i naszym charakterze.
Bałagan zależny od płci
Nie trzeba wcale podzielać poglądów własnej matki czy babki, żeby odruchowo powtarzać jej zachowania. Można uważać, że mycie okien przed świętami jest zbędne (w końcu jest grudzień), a jednocześnie nie umieć spokojnie usiedzieć bez wypucowania ich na błysk. Przekonania zmienia się nieraz szybciej niż reakcje wyuczone przez lata. A już zwłaszcza, że jesteśmy pokoleniem kobiet, które jako dziewczynki słyszały, że wstyd mieć taki pokój, wstyd nosić niechlujne ubranie, a jednocześnie patrzyłyśmy, jak nasze matki sprzątają do późna, bo przyjdą goście.
Jasne, mężczyzna również może wstydzić się bałaganu, ale w przypadku kobiety dochodzi do tego mimowolne obarczanie jej przez otoczenie "odpowiedzialnością", nawet jeśli obydwoje pracują zawodowo.
I są na to nawet dowody. W eksperymencie Sary Thébaud, Sabiny Kornricha i Lei Ruppanner z 2019 roku czestnicy oglądali zdjęcie pokoju połączonego z kuchnią - w wersji uporządkowanej albo zabałaganionej. Części mówiono, że mieszka tam Jennifer, a pozostałym - że John. Kobiety i mężczyźni biorący udział w badaniu podobnie oceniali poziom bałaganu. Różnice pojawiały się przy ocenie mieszkańców: względnie czysty pokój wydawał się mniej czysty, gdy mieszkanką była kobieta. Gorzej oceniano również "kobiecy" bałagan.
Upodobanie do czystego blatu to jedno, a podejrzenie, że ktoś wystawi nam na jego podstawie ocenę - drugie. Już samo sformułowanie, że partner "pomaga w domu", podpowiada, do kogo należą obowiązki.
Jest tu jeszcze kwestia kontroli nad własnym wizerunkiem. Socjolog Erving Goffman opisywał codzienne relacje jako występy, w których znaczenie ma nie tylko strój, ale również otoczenie, wywierające określone wrażenie na innych. Mieszkanie łatwo potraktować je jako przedłużenie osobowości właściciela. Poukładane rzeczy są tu rekwizytem poukładanego życia.
Porządek jak na Instagramie
Do odziedziczonych wymagań doszły jednak nowe obrazy. Nasze matki porównywały mieszkania z tymi, które znały z wizyt u rodziny czy sąsiadów. My możemy w ciągu kwadransa obejrzeć kilkadziesiąt kuchni, w których nie ma nawet suszarki do naczyń i ręczników kuchennych, o brudnym garnku nie wspominając. Są za to świeże kwiaty i piękna ceramika.
Oczywiście i wcześniej oglądaliśmy idealne mieszkania w katalogach i magazynach, tyle że zdawaliśmy sobie sprawę, że to efekt sesji zdjęciowej. Dziś podobne obrazy widzimy non stop w mediach społecznościowych, nabierając mimowolnego przeświadczenia, że "tak żyją ludzie" i to z nami jest coś nie tak. Zapominamy, że po drugiej stronie telefonu może być rozgrzebane łóżko.
Z drugiej strony za pustym blatem może stać duży metraż, osobna pralnia albo płatna pomoc. W małym mieszkaniu stół bywa jednocześnie biurkiem i miejscem przygotowywania posiłków, a środek pokoju jedyną przestrzenią, gdzie można postawić suszarkę z praniem. Nie namawiam tu do przyjmowania gości w ten sposób - po prostu jeśli można przejść, usiąść i nikt nie przylepi się do podłogi, szkoda odkładać relacje na później.
Można oczywiście umówić się na mieście - o ile ma się szczęście mieszkać w miejscu na tyle dużym, że są tam restauracje i kawiarnie, a nie tylko kebab. Tyle że tego typu spotkania nie są stworzone do spędzenia z kimś więcej niż dwóch godzin - kawa się kończy, a lokal się zamyka, trudno zagadać się i zasiedzieć, trudno też się zwierzać, gdy metr dalej siedzą obcy ludzie.
Przyjaciółka może zapewniać, że bałagan jej nie przeszkadza, ale to nie zawsze wystarcza. Wstyd nie znika od zapewnień, zwłaszcza gdy przez lata słyszałyśmy, że stan mieszkania wystawia świadectwo gospodyni. Można go jednak oswoić - zadając sobie pytanie, czy same pomyślałybyśmy źle o bliskiej osobie, bo na stole nie ma obrusu, a na blacie leżą okruszki? I czy naprawdę uważamy, że utrzymywanie porządku jest obowiązkiem kobiety?
Może czas uznać, że bałagan to po prostu efekt uboczny życia w danym miejscu.
Czytaj także: