Ostatnio szłam na pogrzeb – a jeśli po tej informacji ktoś z was zapragnąłby porzucić lekturę, zapewniam, że grobowego nastroju więcej tu nie będzie. Perspektywa tego ponurego zlotu skończyła się rozmową na temat zgoła błahy, a mianowicie: w co się ubrać.
WIDEO…
Sama przymierzyłam jedną czarną sukienkę i okazało się, że zrobiła się za wąska pod pachami, druga miała z kolei odkryte ramiona i uznałam, że mogę skończyć gotując się pod płaszczem i marynarką bez możliwości przebrania się. Problem koleżanki był zgoła inny.
Wszystkie jej czarne ubrania były “za mało eleganckie”, ale gdy przypomniałam jej, że miała czarną jedwabną koszulę z guzikami z masy perłowej, powiedziała, że nie może jej włożyć, bo trzyma ją na specjalne okazje. Specjalna okazja przez ostatnie dwa lata zdarzyła się zaś raz – randka z facetem, z którym w końcu nic nie wyszło.
"Nie oszczędzam rzeczy na specjalne okazje, ale..."
Przypomniała mi tym samym o dawno zapomnianym zwyczaju. Ale czy na pewno? Zrobiłam szybki rachunek sumienia i sama miałam takie rzeczy. Może ze szpilkami, w których prawie nie chodzę, nie chodziło o żadne “oszczędzanie na lepszą okazję”, tylko fakt, że nie widzę sensu w męczeniu się bez okazji. Ale miałam też sukienkę w kolorze czerwonego wina, kupioną na wesele najlepszej przyjaciółki, w której czułam się świetnie, ale jednocześnie “za elegancko na co dzień”, mimo że w niczym nie przypominałą typowych kreacji weselnych – ani błyszcząca, ani krótka, ani do ziemi.
W czym więc tkwił sekret “trzymania na lepszą okazję”? I dlaczego wciąż jeszcze to robimy, mimo że szafy większości z nas pękają w szwach?
Podział na rzeczy “do ludzi” i “po domu” zna chyba każda z nas. Te ostatnie można donosić do końca, nawet z niespieralną plamą po sosie do spaghetti i mikro dziurką pod pachą. Może i irytują nas te skazy, ale w końcu nikt nie widzi.
Między nimi znajduje się jeszcze osobna kategoria: rzeczy tak dobre, że właściwie nie wiadomo, kiedy miałyby zostać użyte. Najlepsza pościel czeka na gości, ładne kieliszki zostały kupione na świętowanie bliżej nieokreślonych przyszłych sukcesów, a drogie perfumy na wyjście, podczas którego ktoś będzie mógł je poczuć. Zwykły dzień w końcu jest zwykły.
Sama obecność gościa potrafi zresztą całkowicie zmienić domowe standardy. Nagle znajdują się puszyste ręczniki i filiżanki ze złotym wzorem. Przez resztę roku domownikom wystarczy coś gorszego i wcale nie dlatego, że “tak wolą”, tylko bo “lepszego szkoda”. Nasza własna wygoda i przyjemność lądują na szarym końcu, całkiem jak gdybyśmy żyły w przekonaniu wiecznego bycia niewystarczająco dobrymi.
Izba biała, izba czarna
Podział na codzienne i odświętne jest znacznie starszy niż serwis po babci. W podhalańskich (ale nie tylko) chałupach życie rodziny toczyło się w izbie “czarnej”, podczas gdy “biała” stała pusta i była używana tylko od święta. W jednej z historycznych chat w Chochołowie (zabijcie mnie, nie pamiętam już pełnej nazwy), można zobaczyć do dziś warunki życia w połowie XIX wieku. W białej izbie stały rzeźbione sprzęty, ceramika i obrazy na szkle, świadczące o zamożności gospodarzy, w czarnej te prostsze, zgrzebniejsze. Problem nie dotyczył więc wyłącznie najuboższych gospodarstw.
Oczywiście przedmioty zawsze były elementem społecznych rytuałów, także w czasach, gdy przestaliśmy praktykować postrzyżyny. Rzeczy pomagają zaznaczać, co jest ważne, ale też okazywać szacunek i podtrzymywać więzi. Wyjęcie najlepszej zastawy to więc coś więcej niż wstyd, że mamy porysowane czy uszczerbione talerze. Tzw. specjalne okazje i związane z nimi przedmioty mają sens – pozwalają także na planie symbolicznym odróżnić świętowanie od zwykłego wtorku. Problem zaczyna się wtedy, kiedy w zwykły wtorek pijemy z kubka, którego nie lubimy i chodzimy w spranej bluzie, w której omijamy swój widok w lustrze.
To też pokłosie przekazywanego z pokolenia na pokolenie doświadczenia niedostatku i związanych z nim praktyk – wojna, powojenne braki, a później gospodarka niedoboru nauczyły nasze babcie i matki, że “coś porządnego” to nieomal skarb. W takich realiach oszczędzanie dobrego materiału na sukienkę czy mogło być rozsądną strategią – nie wiadomo było w końcu, kiedy da się je zastąpić.
Tyle że czasy się zmieniły. Niby śmieszyła nas babcia, która trzymała zafoliowany fabrycznie obrus tak długo, aż pożółkł i nadawał się tylko do wyrzucenia. Tyle że gdy z boku przyjrzymy się swoim zwyczajom, może się okazać, że wcale nie zmieniły się one tak bardzo, jak można by przypuszczać. Co z tego, że pozwalamy dzieciom (czy wnukom) wchodzić ze stopami na kanapę, a nie tylko grzecznie siedzieć, skoro mamy buty “na niedzielę” i porwane na zapiętku adidasy na zakupy.
Oszczędzanie, ale tylko na sobie?
Samo oszczędzanie nie wyjaśnia wszystkiego. Możemy bez większych oporów kupić porządny ręcznik dla kogoś, kto przyjeżdża dwa razy do roku, a jednocześnie miesiącami wycierać się takim, który pamięta Sylwester 2000 i lepiej drapie niż wyciera. Na własne życzenie, bo ten drugi przecież cały czas leży w szafie. W takim układzie trudno mówić o gospodarności. Chodzi tu raczej o osobliwą hierarchię, w której nasz codzienny komfort przegrywa z komfortem niemal dowolnej osoby.
W wielu rodzinach umiejętność odmawiania sobie była dowodem dobrego charakteru, nie muszę chyba dodawać, że w szczególności kobiety. Matka, która wszystkim kupiła nowe kurtki, a sama kolejny sezon przechodziła w starej, zasługiwała na pochwałę. Obsługiwanie wszystkich przy stole, by zjeść jako ostatnia, na szybko, na taborecie, bo krzeseł nie starczyło, a zaraz następne danie.
Odmawianie sobie jako cnota
Wcale nie skończyło się na pokoleniu naszych mam. Dziewczyny dorastające w latach 90. i 2000, może już nie cerowały sobie skarpet, ale mimowolnie dorastały w cieniu odmawiania sobie urastającego do rangi siły charakteru. Zamiast wizyty u fryzjera, odmawiałyśmy sobie masowo kolacji, deseru, albo pieczywa. Koleżanka, która od miesięcy nie zjadła nic słodkiego, budziła podziw, nawet jeśli przyznawała, że codziennie ma ochotę na ciasto. Niezadowolenie było tylko dodatkowym dowodem hartu ducha i nie podważało sensu całego przedsięwzięcia.
Nie twierdzę, że trzymanie najładniejszych majtek na randkę i restrykcyjna dieta są tym samym. Jest jednak pewne podobieństwo w przekonaniu, że powinnyśmy spełniać szereg warunków, by móc pozwolić sobie na coś lepszego lub po prostu przyjemniejszego. Najpierw trzeba schudnąć, dostać awans albo przynajmniej mieć dokąd wyjść. Inaczej nie możemy nawet nie tyle czegoś sobie kupić, co skorzystać (sic!) z przedmiotów, które już do nas należą.
Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze pułapka samego czekania. Im dłużej czegoś nie używamy, tym trudniej uznać, że właśnie nadeszła odpowiednia chwila. Całkiem jak gdybyśmy musiały pokutować, że kupiłyśmy sobie coś zbędnego czy niepraktycznego. Po dwóch latach oszczędzania sukienki może się w dodatku okazać, że nie jest już tak modna, nie mamy już do niej butów albo figury, albo zwyczajnie nie daje nam tyle radości. Smutna prawda o rzeczach jest taka, że starzeją się także nieużywane.
Girls' math
Noszenie starej bluzki przy jednoczesnym przechowywaniu nowej nie sprawi, że część kwoty wróci na konto, może najwyżej sprawić, że za kilka lat wyrzucimy pierwszą. Druga zacznie nam służyć już nie z nimbem nowości na lepsze czasy, tylko nieużywany, średnio odpowiadający nam ciuch.
Na oszczędzanie ubrań można też spojrzeć na planie symbolicznym – zachowujemy się tak, jak gdybyśmy wciąż odgrywały próbę generalną własnego życia. Bo kiedyś będzie okazja, tyle że okazja może nigdy nie nadejść, albo nie być tak ważna czy przyjemna, jak w naszych głowach. Może o wiele prostsza i przyjemniejsza byłaby, gdybyśmy wyznaczyły ją sobie same, bez żadnych wyraźnych powodów.
Szary poniedziałek 19 października 2026 roku wydarza się w naszym życiu raz – podobnie jak dzień urodzin czy ta jedna, konkretna randka. Choć z pozoru jest podobny do innych poniedziałków, które były (i które będą) nie wiąże się z oczekiwaniami, które mogą zostać zawiedzione. I może to stanowi najlepszą podkładkę do czerpania przyjemności z drobnych, codziennych elementów codzienności.
Nie musimy od razu jeść grzanek z masłem truflowym na śniadanie, ani zakładać ulubionej sukienki do odkurzania.
Ale można sprawdzić, czy kawa z najładniejszej filiżanki nie smakuje choć odrobinę bardziej, albo wywalić wreszcie okropny dres z czasów pandemii i zamiast kolejnego zakupu “na specjalną okazję” zainwestować w ładny i wygodny strój po domu. Zwykły dzień nie zmieni się w święto, ale można go sobie umilić, całkiem bez okazji.
Przyjemność nie musi być nagrodą za coś, życie bywa wystarczająco nieprzyjemne. Po średnio udanym dniu powinnyśmy móc się położyć się w najlepszej pościeli. I to bez przekonywania siebie samej, że dzięki temu jutro będziemy miały więcej siły do pracy.
Jedwabnej koszuli mojej koleżanki życzę, żeby przestała być “na specjalne okazje”, a stała się tą ulubioną. Po to chyba powinnyśmy kupować sobie rzeczy dla przyjemności.
Czytaj także: