Polska telewizja od lat ma niezdrową słabość do operowania na gruncie matrymonialnych desperacji. Widzieliśmy już niemal wszystko: wiejskich kawalerów szukających żon w gumofilcach, rolników przechodzących castingi na miłość i dojrzałych kuracjuszy szukających drugiej młodości w sanatoriach. Jesienna nowość TTV, program „Kochaj albo wróć” – rodzima odpowiedź na amerykański hit "Wiza na miłość" (w jednej z wielu edycji pojawiła się nawet Polka, Magda, która próbowała ułożyć sobie życie z Amerykaniem, Joe'em) – miała być jednak czymś więcej. Zapowiadano intrygujące zderzenie kultur, obraz współczesnej migracji, wielkie uczucia zrodzone na wakacjach all inclusive i próbę budowania wspólnej codzienności nad Wisłą.
WIDEO…
W rzeczywistości dostaliśmy telewizyjny gabinet osobliwości, w którym obcokrajowcy zostali obsadzeni w rolach egzotycznych osobliwości wypuszczanych na wybieg, by zabawić polskiego widza. Zamiast dojrzałej dyskusji o adaptacji, alienacji i ekonomicznych przepaściach, zaserwowano nam produkcję, która z ludzkiej samotności, ubóstwa i uzależnienia od drugiego człowieka robi kiczowate widowisko. A wszystko to po to, by widz przed telewizorem mógł poczuć swojską, nieco pogardliwą wyższość.
Małpki w klatce w polskim bigosie
Zasada działania tego formatu jest prosta i cyniczna: polskie zwyczaje są jedyną właściwą normą, a wszystko, co od niej odbiega, zostaje naznaczone jako dziwaczne, śmieszne lub wręcz niepojęte. Obcokrajowiec w „Kochaj albo wróć” ma mówić z zabawnym akcentem, popełniać błędy językowe wyolbrzymiane odpowiednim montażem i – koniecznie – krztusić się przy pierwszej próbie zjedzenia polskiego bigosu.
Idealnym przykładem tej strategii jest wątek Quin z Chin i jej męża Macieja. Młoda dziewczyna, całkowicie odcięta od swojego środowiska, mieszka w rodzinnym domu męża i bezpłatnie pomaga teściowej w ogrodzie. Niezatrudniona, zależna finansowo i prawnie, próbuje przetrwać w obcej rzeczywistości. Dostajemy zabawną powiastkę o teściowej, która usilnie próbuje wcisnąć niechętnej dziewczynie tradycyjne danie. Niewygodna prawda o trudnych relacjach w rodzinie i braku autonomii młodej kobiety znika niestety pod wesołą muzyczką.
Podobnie rzecz się ma z Turkiem Eminem, partnerem Weroniki. Człowiek, który po raz pierwszy w życiu opuścił swoją ojczyznę, zostaje wrzucony w chłodne polskie realia i od progu rozliczany przez rodzinę dziewczyny z tego, jak szybko znajdzie pracę – bez znajomości języka, bez dokumentów i bez żadnego zaplecza. Jego oszołomienie i ekscytacja supermarketowymi gazetkami promocyjnymi stają się głównym motywem tej historii. Tylko że tego chłopaka nie podniecają tanie parówki – jego przeraża i fascynuje brutalne zderzenie z europejskim systemem konsumpcji. Przedstawianie jego naturalnej dezorientacji w terenie jako dziwactwa jest po prostu protekcjonalnym spłaszczeniem.
Przemoc ekonomiczna przykryta śmiechem
Najbardziej niepokojący w „Kochaj albo wróć” jest jednak sposób, w jaki program maskuje bezwzględną nierówność sił w relacjach. Związek Brazylijki Leticii i jej męża wojskowego, Michała, to podręcznikowy przykład izolacji i zależności. Leticia nie ma własnych dochodów, nie pracuje, zajmuje się domem i dzieckiem, a jej jedynym okienkiem na świat są internetowe garażówki i wyszukiwanie darmowych rzeczy do domu. Jej samotność, tęsknota za domem i konieczność proszenia partnera o każdy grosz aż biją z ekranu. Zamiast pytań o nierówności i finansowe uwięzienie widz dostaje żarciki o zaradnej Brazylijce zbierającej po ludziach ramki do zdjęć.
A co powiedzieć o związku artysty Darka i Kongijki Rebeki (Becky)? Darek traktuje żonę z góry, z dumą opowiadając anegdotę o tym, jak „kupił” ją od rodziny za krowę, byle tylko mieć partnerkę na wesele. Mężczyzna bezustannie drwi z jej sposobu gotowania i niepunktualności, ignorując fakt, że Becky od lat żyje na emocjonalnej pustyni, wyrwana z własnych korzeni. Jej próby odnalezienia się w dusznej atmosferze tradycyjnych polskich oczekiwań są sprowadzane do żartu.
Wreszcie historia Magdy i Nigeryjczyka Mike’a. Format funduje nam narrację o zazdrosnej Polce wyręczającej bezczelnego, chłodnego chłopaka mieszkającego w akademiku. Kamera skupia się na jej pretensjach i oczekiwaniach oraz jego znikaniu na kilka dni. Tymczasem w tle przemykają przerażające fakty: chłopak doświadcza skrajnej biedy i realnego głodu, nie jedząc przez parę dni z braku środków. Czy to relacja oparta na wykorzystywaniu, czy może dramatyczna próba przetrwania człowieka na marginesie społecznym? Program nie zadaje takich pytań. Lepiej budować napięcie wokół zazdrości.
„Margaretański” i smutny handel złudzeniami
Trudno nie wspomnieć o wątku, który stał się absolutnym viralem – relacji 58-letniej Małgorzaty „Margarety” i 26-letniego Tunezyjczyka Mohameda. Ich autorski język, będący wieżą Babel złożoną z polskiego, angielskiego, arabskiego i francuskiego, opanował TikTok i Instagram. Margareta śmieszy, ma charyzmę i doskonale wie, jak grać pod kamerę. Ale pod tą memiczną powłoką kryje się przerażająco smutna transakcja.
Obserwujemy tu podwójną zależność. Mohamed, któremu partnerka zabroniła wracać do pracy w hotelu z zazdrości o młode turystki, staje się całkowicie uzależniony od finansów dojrzałej Europejki. Ona z kolei, zmagając się z ogromną potrzebą miłości i lękiem przed samotnością, otwarcie przyznaje, że nawet jeśli chłopakowi chodzi tylko o wizę do Europy, ona chętnie da mu tę „przepustkę do lepszego świata”. Beztroska komedia romantyczna o miłości bez względu na wiek, ma w rzeczywistości drugie dno - mamy tu poruszający, ale i groźny obraz manipulacji, kontroli i kupowania namiastki uczucia za cenę ekonomicznego uzależnienia drugiej strony. Program robi z tego kabaret, zostawiając te głębokie, egzystencjalne pęknięcia bez żadnego komentarza.
Tani śmiech zamiast trudnych pytań
Nie boję się tego powiedzieć wprost: „Kochaj albo wróć” ogląda się z wypiekami na twarzy. To sprawnie zrealizowana telewizja, w której dynamika między bohaterami wciąga, a cytaty same wchodzą do potocznego języka. Produkcja odniosła komercyjny sukces, bo dała ludziom to, czego podświadomie pożądają – żerowanie na cudzej słabości podane w lekkiej, strawnej formie.
Trudno jednak pozbyć się obrzydzenia, gdy uświadomimy sobie, z czego w rzeczywistości się śmiejemy. Śmiejemy się z ludzi, którzy w tym kraju są w absolutnie gorszej pozycji. Są bezbronni językowo, często również prawnie, bez poduszki finansowej i bez wsparcia bliskich. Związek z Polakiem jest dla wielu z nich jedyną szansą na legalizację pobytu, dachu nad głową czy po prostu ciepłe jedzenie. Co mogłoby być genialnym, dojrzałym dokumentem o skomplikowanych mechanizmach migracji, samotności i cenie, jaką płaci się za marzenie o lepszym świecie, zostało sprowadzone do poziomu wyśmiewania promocji i nieudanej próby ugotowania rosołu. „Kochaj albo wróć” jest być może najbardziej wciągającym programem tego sezonu, ale ceną za tę rozrywkę jest całkowite wyzbycie się empatii.
Zobacz także:
„Najbardziej straszą ci, którzy nie podróżują”. Anna Małysa o odwadze, strachu i wolności