Załamana kobieta fot. Adobe Stock

„Zmarła moja mama, zwolnili mnie z pracy, a mąż odszedł do ciężarnej kochanicy. Gorzej być nie mogło. Myliłam się!”

Oferta pracy jako prezent zaręczynowy? Dla mnie to idealny pomysł. Zwłaszcza, jeśli chce się wyjść za mąż z rozsądku...
/ 18.11.2020 16:56
Załamana kobieta fot. Adobe Stock

Zawaliło mi się w życiu wszystko. A jak wszystko się wali, to człowiek, jeśli jeszcze w ogóle chce walczyć, uchwyci się brzytwy, żeby tylko nie utonąć, żeby pozostać na powierzchni. No i ja, o mały włos się chwyciłam...

Małgosiu, mam dla pani rozwiązania idealne! – sąsiadka, której pomagałam w prowadzeniu księgowości, wpadła do mnie rozpromieniona. – To załatwi pani problemy. Bartusiowi też przyda się zmiana otoczenia i męska, by nie powiedzieć… chłopska ręka. – Pani Oliwia zachichotała, a ja zaczęłam się bać.

Od kiedy pamiętam, lubiła swatać ludzi, moją mamę, gdy owdowiała, też próbowała ponownie wydać za mąż. A jej potulny bratanek, Wituś – stary kawaler, wciąż chadzał na organizowane przez ciotkę randki. Teraz wzięła się za mnie.
– Oglądałam kiedyś taki talk show, w którym rolnicy szukali żon – mówiła. – To doprawdy zdumiewające, że majętni faceci w sile wieku, z porządnym zawodem i własnym domem nie mogą znaleźć kobiety. W poważnych zamiarach, zaznaczmy. Tak są zdesperowani, że przez telewizję szukają. I nie wybrzydzają. Przyszła żona nie musi być śliczna. Mogą być wdowy, rozwódki, matki z dziećmi. A jak jeszcze taka kandydatka chciałaby i umiałaby pomóc mężowi w biznesie, oczywiście nie orząc traktorem, ale prowadząc biuro na przykład, to mogą się żenić choćby jutro. Wspaniale, prawda? Od razu pomyślałam o pani. – Sąsiadka wbiła we mnie wzrok, a ja bałam się już na całego. –

No i zaczęłam rozglądać się za takim rolnikiem dla pani. I znalazłam. Mam dwóch kandydatów. Znają pani sytuację, zdjęcia widzieli. Pierwszą randkę, połączoną z oglądaniem domu, ma pani w niedzielę o trzynastej. Jak się pani zgodzi, możecie od razu składać papiery do urzędu.
– Ale… – bąknęłam.
– Żadnego ale. Pomyślała nawet o transporcie, żeby się pani nie musiała tłuc autobusem czy pociągiem, i w tym szukać wymówki. Wituś panią zawiezie. Proszę dać znać, jak się pani nie zdecyduje, żeby na darmo nie przyjeżdżał.

Wyszła. A ja zastanawiałam się, czy jestem dość zdesperowana, by wyjść za mąż z rozsądku, w ciemno, za obcego człowieka. Moja babcia mawiała, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogłoby gorzej, i zawsze była przygotowana na najgorsze. Gdy odważyłam się powiedzieć, że to niezdrowe, taki cynizm i pesymizm, odburknęła:
– Ja ci mówię, dumą i marzeniami brzucha nie napełnisz. Jeszcze nie znasz życia, jeszcze ci nie dopiekło, ale pożyjemy, zobaczymy…
Zabrzmiało, jakby mi źle życzyła. Ale ona po prostu wiedziała to, o czym ja nie miałam wówczas pojęcia: że życie potrafi dokopać, a nieszczęścia chodzą nie tyle parami, co wręcz stadami.

Moja lekcja przetrwania zaczęła się od choroby mamy. Rak zaatakował nagle i w pół roku było po wszystkim. Przejęta sytuacją, zajęta bieganiem od lekarza do lekarza, opieką nad mamą, potem pogrzebem… nie zorientowałam się, że w mojej pracy i rodzinie też źle się dzieje. Pracowałam jako starszy referent w dziale finansowym i niby wiedziałam, że firma kiepsko przędzie, nie płaci zobowiązań w terminie, jednak nie spodziewałam się wejścia syndyka i prokuratury. Nie dość, że dostałam wypowiedzenie, jak wszyscy, to jeszcze ciągano mnie po sądach. W roli świadka, niemniej żyłam w permanentnym stresie. Tym większym, że nie mogłam znaleźć nowej pracy.

Po pierwsze, dobiegałam czterdziestki, a na sekretarkę czy asystentkę szukano młodszych i bardziej reprezentacyjnych. Po drugie, nie pomagała mi afera sądowa. Nieważne, że zeznawałam wyłącznie jako świadek. Potencjalni pracodawcy – ci uczciwsi – woleli dmuchać na zimne i nie zatrudniać na stanowisku księgowej lub kadrowej kogoś zamieszanego w przekręty.

Pieniądze z odprawy się kończyły, perspektyw żadnych, a zamiast wsparcia otrzymałam od męża... pozew rozwodowy. Boże, jakbym dostała obuchem w łeb! Romans? Owszem, nie kochaliśmy się z Robertem od wieków, dawna namiętność zmieniła się w przywiązanie i wzajemny szacunek, jak naiwnie sądziłam, ale… zdrada?
– Od kiedy to trwa?
– Od roku.
– Co…?!
– Nic nie mówiłem, bo nie chciałem ci dokładać zmartwień, dość się na ciebie zwaliło… – patrzył na mnie z litością, od której robiło mi się niedobrze.
– Więc czemu teraz?
Renata jest w ciąży.

Boże, schemat jakiś? Ze mną też się ożenił z powodu dziecka. Moje było teraz obrażonym na cały świat, a w szczególności na mnie czternastolatkiem. Spojrzałam na syna i trafiłam na mur.
– Jak się rozwiedziecie, zostaję z ojcem – oświadczył brutalnie. – Twojego trucia bym nie zniósł. Zresztą i tak masz mnie gdzieś, trujesz dla zasady.
Kiedy tak się oddaliśmy? Czemu niczego nie zauważyłam? Zajęta swoimi problemami, nie zorientowałam się, że tracę rodzinę. Niemal nie rozmawialiśmy, bo o czym tu gadać, gdy świat wali ci się na głowę, ale nie sądziłam… No, właściwie nie wiem, co sądziłam. Byłam jak otępiała. Za dużo tego wszystkiego jak na jedną osobę.

Nim się obejrzałam, byłam bez pracy, rodziny i… domu. Sąd przyznał opiekę nad Bartkiem Robertowi, a mieszkanie należało do niego jeszcze przed naszym ślubem. Więc to ja musiałam się wyprowadzić. Niby mnie nie wyrzucał. „Zostań, póki nie staniesz na nogi, przecież przez lata to był też twój dom”, proponował łaskawca, ale nie mogłam żyć pod jednym dachem z jego nową żoną. Naprawdę nie rozumiał, jakie by to było dla mnie upokarzające?!

Przeniosłam się do mieszkania mamy. Żyłam z prac dorywczych, z prowadzenia spraw księgowych sąsiadom, znajomym, ale to ledwie starczało na jedzenie. Na półce w kuchni rósł plik rachunków, ponagleń, not odsetkowych. Płaciłam, co musiałam, by nie odłączyli mi prądu, telefonu. Jak bez laptopa i dostępu do internetu znalazłabym pracę?

Mąż miał nową żonę, dziecko, a syn… To było najgorsze. Nasze spotkania często kończyły się kłótnią. Wystarczyło, że zagadnęłam o szkołę, że wyczułam od niego papierosy, zaraz się denerwował.
– Teraz się interesujesz? Teraz?! Wypchaj się! Nie potrzebuję cię. Nikogo nie potrzebuję!
Kłóciliśmy się, ale przynajmniej go widywałam. Potem przestał przychodzić, na moje telefony nie odpowiadał, a gdy w końcu raczył odebrać, usłyszałam, że skoro nie stać mnie na fundowanie mu wyjazdów czy nowych ciuchów, to po co ma do mnie przychodzić.
– Po kolejną dawkę trucia? Inni starzy przynajmniej kasą sypną, by wynagrodzić biednemu dziecku traumę rozwodu, a ty tylko gadać potrafisz.
Wówczas jednak zabrakło mi słów. Poczułam się strasznie. Miałam żebrać o miłość własnego syna? A gdybym znalazła stałą pracę, miałam przekupywać Bartka, by chciał się ze mną widywać?

Właśnie wtedy, rok po rozwodzie, półtora roku po utracie pracy i śmierci mamy, załamałam się. Dotąd jakoś się trzymałam, ale teraz, gdy straciłam wszystko, łącznie z nadzieją, gdy zawiodłam jako matka, nie chciało mi się chcieć. Zamknęłam się w domu, przestałam słać CV, nigdzie nie wychodziłam, prawie nie jadłam. Gdyby nie pani Oliwia, która się mną zaopiekowała, kto wie, czy nie zrobiłabym czegoś nieodwracalnego. „Nie ma już nic do stracenia” – tak się mówi o kimś na tyle zdesperowanym, że zdobędzie się na najbardziej śmiały czy szalony krok. Kłopot w tym, że nie mając nic do stracenia, nie chciało mi się podejmować żadnych decyzji. Po co walczyć? Dla kogo? Dla samej siebie? Nie miałam już sił… Maksyma mojej babci, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej – nie sprawdziła się. Osiągnęłam dno. Mogłam się tylko odbić albo… Przed tym „albo” strzegła mnie wścibska sąsiadka. Chyba wtedy zaczęła szukać mi męża-rolnika, uznając to za lepszą alternatywę niż pogrążanie się w depresji.

Jednak to ja byłam w błędzie, nie moja babcia. Mogło być gorzej. Tkwiąc w dole rozpaczy, dostałam telefon z Izby Dziecka. Okazało się, że mój piętnastoletni syn, którego nie widziałam od Gwiazdki, został przyłapany na kradzieży w sklepie. Jakby tego było mało, dowiedziałam się, że tydzień temu uciekł z domu, o czym były mąż nie raczył mnie poinformować. Pewnie wstydził się, że pochłonięty nową żoną, nowym dzieckiem, zaniedbywał Bartka. Bo okazało się, że już wcześniej zdarzało mu się nie wracać na noc.
– Czemu nic nie mówiłeś? – zaatakowałam Roberta.
– Bo zawsze wracał, nie histeryzuj. To nastolatek, buntuje się, testuje, na ile może sobie pozwolić. Zresztą nie uciekał… do ciebie, prawda?

Prawda. Może się wstydził. Może mi nie ufał. Ale tym razem kazał zadzwonić po mnie. Pojechałam. Wzięłam się w garść i pognałam. Nim wydali mi syna, solidnie mnie nastraszyli. „Ucieczki z domu, kradzieże, tylko czekać, kiedy zacznie pić, brać narkotyki i prostytuować się” – usłyszałam. Byłam przerażona, ale zarazem dziwnie spokojna. Znowu miałam coś do stracenia. Paradoksalne? Nie, bo znowu miałam powód do walki.
Bartek na mój widok mruknął:
– Dobrze, że to ty. Do tej baby ojca, któremu wiszę jak kilo kitu i ich zaryczanego bachora nie wrócę, za cholerę, znowu ucieknę. Już wolę twoje trucie, przynajmniej jesteś moją matką. A tam czuję się jak piąte koło u wozu. Tylko nie wyobrażaj sobie zaraz Bóg wie czego…

Nie było lekko. Bartek dostał kuratora. Mój były mąż zgodził się, by syn zamieszkał u mnie, ale czasowo, nie na stałe. Żeby załatwić to oficjalnie, musiałabym wystąpić do sądu, a moja sytuacja nie wyglądała różowo. Nawet na adwokata nie było mnie stać. Zresztą fakt, że syn wprowadził się do mnie, nie znaczył, że problemy zniknęły. Wręcz przeciwnie. Brak pieniędzy stał się jeszcze bardziej dotkliwy. Bartek potrzebował nowych ubrań, butów, korepetycji. Wzrosły również codzienne wydatki, choćby na jedzenie. Robert odmówił płacenia.
– Ja od ciebie alimentów nie wymagałem, więc i ty sama sobie radź. Małe dziecko mnóstwo kosztuje.
A duże nie? Poza tym Bartek, choć nieco przystopował, nadal stwarzał problemy. Pyskował – mnie, nauczycielom, nie pomagał w domu, uczył się kiepsko, niby nie uciekał, ale i tak był nieobecny – teraz dla odmiany w kółko grał na komputerze. Bałam się, że wpada w nałóg...

W tej sytuacji pojawia się pani Oliwia ze swoją szaloną propozycją małżeństwa z rozsądku. Żadnych sentymentów, zimna kalkulacja. Ale przecież zrobiłabym to dla Bartka, którego kocham. Czy ja pomyślałam: „zrobiłabym to”? Czyli podświadomie już podjęłam decyzję. Pani Oliwia nie była zdziwiona moją zgodą. Za to ja czułam się zdenerwowana, kiedy jej bratanek podjechał pod kamienicę swoją furgonetką. Sąsiadka wypowiadała się o Witusiu w taki sposób, że czasem zapominałam, że to nie chłopczyk, a dorosły facet z własną firmą.
– Swoją drogą ciekawe, że nas nie próbowała ze sobą wyswatać – mruknęłam po kilku minutach jazdy.
– Ciotka, bez obrazy, uważa nas oboje za ofiary losu. Dlatego nas nie kojarzyła, choć to wydawało się oczywiste.
– Aha – bąknęłam.

Zauważyłam, że Witek wybrał dziwną drogę, zupełnie w drugą stronę.
– Porywasz mnie?
– Raczej biorę sprawy w swoje ręce. Jedziemy do mnie. Pokażę ci mój dom i firmę.
– Zwariowałeś?!
– Ja? To ty jesteś gotowa wyjść za mąż w ciemno. Kiepski pomysł. Choćby ze względu na Bartka. To miejski chłopak, a ty chcesz go przeflancować na wieś. Nie znosi macochy, a ty mu dołożysz obcego faceta w roli ojczyma. Skoro tak bardzo chcesz wyjść za mąż, proponuję swoją kandydaturę. Przynajmniej mnie znasz. A ja ciebie. Obserwowałem cię i podziwiam, jak zachowałaś klasę, mimo trudności, które się na ciebie zwaliły. Nie jesteś ofiarą losu. Podobnie jak ja. Owszem bywam nieśmiały, ale wiem, czego chcę. A chcę ciebie. Nigdy wcześniej nie byłem tak pewny. Możemy zacząć od tego, że dam ci pracę. Potrzebuję zaufanej osoby, która zajęłaby się księgowością w mojej firmie. Potem się zobaczy.

Dziwne oświadczyny: niby pragmatyczne, a jednak romantyczne. Oferta pracy jako prezent na zaręczyny. Kto by odmówił? Ja nie potrafiłam. Zwłaszcza że moje serce tłukło się w piersi jak oszalałe.

Więcej listów do redakcji: „Nie kocham męża. Tęsknię za mężczyzną, z którym miałam romans przed ślubem. On jest ojcem mojego syna”„Wyparłem się córki, ale zrozumiałem swój błąd. Po 15 latach chcę odzyskać z nią kontakt, ale jej matka to utrudnia”„Miałam raka, straciłam dwie piersi i męża, który mnie kochał, dopóki byłam zdrowa”