Kobieta walczącą z nowotworem fot. Adobe Stock

„Miałam raka. Straciłam dwie piersi i męża, który mnie kochał, dopóki byłam zdrowa”

Zżerał mnie rak, ale przeżyłam operację. Mój mąż odszedł. Wtedy myślałam, że to koniec wszystkiego. A może jednak nie?
/ 11.03.2021 11:58
Kobieta walczącą z nowotworem fot. Adobe Stock

Owijać w bawełnę nie będę. Od razu powiem, jak jest: nie mam piersi. Po mastektomii zostały mi okropne blizny, ale żyję. Mija piąty rok od operacji, a czwarty od mojego rozwodu. Jedno i drugie zostawiło ślady… Nie wiem, które gorsze.

Było dobrze. Do czasu

Niczego nie przeczuwałam. Biust miałam zawsze duży, jędrny, kształtny. Nosiłam dobre staniki, masowałam się balsamami i szorstką rękawicą podczas kąpieli, lubiłam podkreślać wąską talię i DD wyżej. Nie było faceta, który by się za mną nie obejrzał. Lubiłam to, przyznaję…

Mąż mnie kochał. Tak przynajmniej mówił, dopóki byłam zdrowa. Potem także bezczelnie twierdził, że nic się nie zmieniło, tyle tylko, że on „nie może psychicznie znieść mojego okaleczenia”! W sądzie również to powtórzył i jeszcze dodał coś o wstręcie fizycznym. I że nasze małżeństwo nie ma sensu, bo on „nie jest w stanie się do mnie zbliżyć”. Wydawało mi się, że sędzia patrzy na niego z obrzydzeniem… I słusznie. Nie chciało mi się żyć.

Mniej więcej rok po zabiegu zaproponowano mi plastykę piersi. Przeszłam konsultacje u onkologa, psychologa, a nawet genetyka. Byłam szczupła, nie paliłam papierosów, nie chorowałam na cukrzycę i nie miałam problemów sercowo-naczyniowych. Mogłabym spokojnie poddać się rekonstrukcji biustu, gdybym była stabilniejsza psychicznie i widziała w tym sens. Jednak ja nie widziałam żadnego.
– Po co mam to robić, panie doktorze? – pytałam. – I tak nigdy już nic nie będzie takie, jak było. Wszystko już poza mną.
– Nic na siłę – westchnął i zawahał się.
Spojrzałam na niego zaskoczona.
– Ale nie może pani tak czarno patrzeć w przyszłość – dokończył.
Tylko co on tam wiedział? Patrzył na mnie z troską i kazał się cieszyć, że w ogóle żyję, jakby to było czymś najważniejszym. Wtedy tego nie rozumiałam.

Rozwód dał mi strasznego kopa. Zamiast się kompletnie rozsypać, poczułam straszną, niewyobrażalną wściekłość. Nie żal i rozpacz, tylko złość. Dziwne, ale chyba to mi odrobinę pomogło… „Ty draniu…” – myślałam, patrząc na męża, który wił się jak glista, przekonując, że on za nic nie ponosi winy.
– Jestem wrażliwy estetycznie – jęczał. – Nie można zmuszać człowieka do tego, czego nie jest w stanie zrobić. Nadal kocham żonę, współczuję jej, bardzo mi żal, że nie potrafię pomóc, ale tak jest i już. Nie widzę możliwości wspólnego życia.

Miałam dostawać alimenty. Zostało mi się też nasze mieszkanie. On wziął samochód i działkę letniskową. Tylko dzięki mojej adwokatce nie zostałam z niczym. Było mi wszystko jedno i gdyby mąż się upierał, oddałabym mu ostatni gwóźdź ze ściany. Oprzytomniałam później. Sprzedałam mieszkanie. Przeniosłam się do innego, mniejszego i wygodniejszego. Dosyć szybko wróciłam do pracy i z zaciśniętymi zębami znosiłam współczujące, ukradkowe spojrzenia i uśmiechy.

Nie widziałam już sensu

Choć wszyscy byli dla mnie mili, nikt nie odważył się po prostu ze mną pogadać i zapytać, jak to wszystko znoszę. A ja wolałabym już chyba publicznie się popłakać, nawet wyć z rozpaczy, niż udawać, że nic mnie nie rusza, że taka jestem twarda. Cóż, ludzie nie umieją rozmawiać o cudzym nieszczęściu. Tak jest i koniec.

Nie nosiłam staników z wkładką ani nie wypychałam biustonoszy. Uznałam, że skoro wszyscy wiedzą, co się stało, nie będę okłamywała siebie i świata. Byłam płaska, krótko ostrzyżona, bez makijażu… Odmłodniałam. Wyglądałam jak chłopak. Zrobiłam badania tylko dlatego, że moja mama mnie zmuszała. Wierciła mi dziurę w brzuchu, szlochała, siedziała mi na karku, aż poszłam do przychodni. Nic złego się nie działo. Wyglądało na to, że rak odpuścił. Dostał co swoje i dał mi wreszcie święty spokój.

Zaraz po nowym roku do firmy przyszedł inny szef. Od razu zaczęły się plotki, że z niego piła, i że wyciśnie z nas ostatnie soki. Mimo wszystko nie było tak źle. Szybko zorientowałam się, że mam do czynienia z fachowcem i ciekawiło mnie, jaki jest w bezpośredniej rozmowie. Nie musiałam długo czekać, żeby się o tym przekonać. Wezwał mnie do siebie i na dzień dobry zrugał jak burą s*kę. Okazało się, że popełniłam poważny błąd w obliczeniach. Pamiętam, szedł zimny, mokry niż, a mnie wówczas strasznie bolą i ciągną blizny. Nie mogłam się skupić. Brałam środki przeciwbólowe i byłam nieco zamulona. Sama bym wyłapała tę pomyłkę, nie było o co tak się pieklić… A ten napadł na mnie jak kat na dobrą duszę. Choć nigdy publicznie się nie rozklejam, wtedy coś we mnie pękło.

Rozryczałam się jak małe dziecko. Krzyczałam, tupałam nogami, klęłam… Nie mogłam się uspokoić, chociaż mój nowy szef najwyraźniej poczuł się głupio i nawet zaczął przepraszać. To mnie jednak tylko jeszcze bardziej rozłożyło… Miałam prawdziwy atak histerii. Pierwszy raz w życiu tak się zachowałam. Trzymałam się, kiedy mi powiedzieli, że mam złośliwego raka; trzymałam się przed i po operacji, nawet podczas sprawy rozwodowej, a teraz nagle głupia uwaga szefa tak mnie rozhuśtała. Naprawdę nie wiem, co mnie wtedy napadło, ale czułam się, jakbym spadła na samo dno nieszczęścia.

Wstyd się przyznać, tego dnia już nie mogłam pracować. Po wyjściu z gabinetu szefa natychmiast pojechałam do domu i stamtąd zadzwoniłam do firmy z prośbą o parę dni zaległego urlopu. Wstydziłam się wrócić następnego dnia. Niewiele myśląc, postanowiłam zmienić pracę. Raz jeszcze zadzwoniłam do firmy i powiedziałam, że się zwalniam… Podobno w robocie zawrzało. Nie wiem, kto opowiedział szefowi moją historię. Ludzie jakby się zmówili, żeby mi pomagać. Podobno całe delegacje chodziły do dyrekcji i wstawiały się za mną, chociaż to nie było potrzebne, bo on miał okropne wyrzuty sumienia, kiedy się dowiedział, co przeżyłam w ubiegłych latach. Plotkowano, że ktoś w jego rodzinie miał podobną chorobę i dlatego szefowi było przykro i głupio.

Stanęłam na nogi

Jego sekretarka zatelefonowała do mnie któregoś dnia i straszliwie ugrzecznionym tonem zaprosiła na rozmowę. Podkreślała, że panu dyrektorowi szczególnie zależy, aby odbyła się ona jak najszybciej. „O co mu może chodzić?” – zastanawiałam się, nie wiedząc jeszcze, co się działo w firmie po mojej rezygnacji. Cóż miałam robić? Poszłam… A on czekał na mnie z bukietem kwiatów.
– Wybaczy mi pani? – zapytał. – Mam wiele wad, ale najgorszą jest popędliwość. Bardzo łatwo mnie zdenerwować.
– Rozumiem – odparłam poruszona jego gestem. – Ja też tak mam. Zresztą miał pan okazję sam się przekonać…
– No tak – zaśmiał się. – Ale poza tym jest pani dzielną i mądrą kobietą. I ładną. Proszę się nie gniewać, że tak mówię…

To był pierwszy komplement, jaki usłyszałam od wielu lat. Zaczerwieniłam się jak burak. Pomyślałam przy tym, że kłamie, żeby mnie udobruchać. A może kpi? Zaczęliśmy rozmawiać i ta rozmowa trwała i trwała. Moje skrępowanie minęło. Poczułam się swobodnie, normalnie. Wiedziałam, że on już wie o wszystkim, lecz mi to nie przeszkadzało. Przestałam się kulić i wstydzić. To wspaniałe uczucie. Nie napisałam podania o zwolnienie. Nie chciałam odchodzić, bo przekonałam się, że mam przyjaciół, którzy mnie akceptują i lubią. To było jak balsam na moją chorą duszę. Mój szef jest człowiekiem samotnym. Tyle o nim wiem. Na nic nie liczę, nie jestem głupia, ale gdyby nawet miało się skończyć tylko na tej jednej rozmowie – i tak mu wiele zawdzięczam. Dzięki niemu znowu się uśmiecham.

Odważam się głośno powiedzieć: teraz naprawdę chcę żyć! Jeszcze nieśmiało kiełkuje też we mnie pragnienie miłości. Zaczynam wierzyć, że na nią zasługuję, i że mogę jeszcze być szczęśliwa.

Więcej listów do redakcji:„Pijany kierowca tira spowodował wypadek, w którym omal nie zginęła moja żona. Tego dnia wracała od kochanka”„Czy na pewno jestem ojcem swojego syna? Ledwo znałem Aldonę, a już wpadliśmy. Może była w ciąży już wcześniej”„Moje dzieci uważają, że obowiązkiem dziadków jest zajmowanie się wnukami. Ja mam swoje życie”