„Mąż odszedł, a ja opiekuję się dziećmi jego kobiety”. Rodzina patchworkowa to dziś norma?

Moja matka tego nie akceptuje. Słowo „konkubina” zabrzmiało w jej ustach jak „prostytutka”. Nie potrafiła się pogodzić z tym, że się rozstaliśmy. A także z tym, że Andrzej odszedł do innej kobiety i z tym, że ona miała już swoje dzieci z jeszcze innym mężczyzną. To dla niej za dużo!
/ 6 miesięcy temu
„Mąż odszedł, a ja opiekuję się dziećmi jego kobiety”. Rodzina patchworkowa to dziś norma? fot. Adobe Stock

„Obie raczej nie miałyśmy ochoty na zasadnicze rozważania. Prowadziłyśmy bardzo ustabilizowane życie, o czym tu było rozmawiać? Dopiero niedawno, prawie rok po tym, jak rozstałam się z Andrzejem, zupełnie niespodziewanie naszło ją na filozoficzne refleksje”. Historia z życia wzięta nadesłana przez Krystynę.

Miałam poświęcić swoje szczęście dla zwykłego widzimisię córki?!

Wpadła do mnie, jak zwykle, bez zapowiedzi. Nie można jej nauczyć, żeby korzystała z telefonu. Jak znajdzie się w okolicy, to wpada i już. Gdy Andrzej był z nami, to takie wizyty bywały zupełnie nie w porę. Zdarzały się niezręczne sytuacje. Andrzej nie krył irytacji. Teraz mama nie ma już żadnych zahamowań. Czuje mocną potrzebę pomagania nieszczęsnej, porzuconej kobiecie, czyli mnie.
– Dlaczego on je tu przywozi? Nie rozumiem, jak możesz się na to godzić – powiedziała, gdy zorientowała się, że w pokoju Malwiny jest Zosia i Krzyś, dzieci z poprzedniego związku obecnej partnerki Andrzeja. – Nie lubię ich! Po co tu przyjeżdżają?
– Mamo, jak możesz? To przecież dzieci. Malwina za nimi przepada.
– Najlepszy dowód Krysiu, że ją źle wychowujesz. Kto to widział, żeby były mąż podrzucał zostawionej na pastwę losu kobiecie bachory swojej… konkubiny.

„Mało brakowało, a zniszczyłabym ten związek”

Mąż mnie zostawił, ale nie mam pretensji

Słowo „konkubina” zabrzmiało w jej ustach jak „prostytutka”. Mama nie potrafiła się pogodzić z tym, że się rozstaliśmy. A także z tym, że Andrzej odszedł do innej kobiety i z tym, że ona miała już swoje dzieci z jeszcze innym mężczyzną. Jasne, że mnie też nie było lekko. Ale nie mam pretensji do Andrzeja, między nami już dawno nie iskrzyło. Zaczęło się tuż po urodzeniu Malwiny. Być może trwałoby to tak jeszcze jakiś czas, gdyby nie poznał Renaty. Popłakałam się, ale rozumiałam. Pogodziłam się z tym. Pewnie pomogło mi w tym, że Renata nie była młodsza ode mnie ani też wyraźnie atrakcyjniejsza. Po prostu, zakochali się. Zostawiła dla Andrzeja swojego partnera, ojca Zosi i Krzysia. Tak się to wszystko pomieszało. Zdarza się przecież. Nie mogłam mieć do Andrzeja pretensji, wciąż się lubimy i mamy wspólnie Malwinę.

– Świat upada, moje dziecko, a to przez te związki patchworkowe. Dawniej nie do pomyślenia. A dziś? Róbta co chceta! Piekła nie ma! Jeszcze trochę i pozwolą adoptować dzieci tym gejom. Nie ma w tobie za grosz godności, że się na to godzisz!
– Mamo!
– Jeszcze pewnie gile wycierasz tym… tym…
Nie potrafiła znaleźć dość obraźliwego określenia.
– Mamo, to są fajne, mądre i dobrze wychowane dzieci, nawet jeśli masz pretensje do Andrzeja, to nie przenoś ich na te dzieciaki. To nie ma sensu. Żadnego. Malwinka uwielbia u nich bywać i czasami one bywają u nas. To takie prawie przyrodnie rodzeństwo. Po prostu pomagamy sobie.
– Nie rozśmieszaj mnie. Pomagamy? Ty, po tym, co ci zrobił, pomagasz jemu i wywłoce, która zabrała ci męża? I jeszcze chcesz mi wmówić, że to normalne? Twój ojciec przewraca się w grobie, jak na to patrzy.
– Już nie mieszaj do tego taty.
– A dlaczego nie? Przeżyliśmy ze sobą czterdzieści lat. Różnie bywało ale nigdy by nas nie opuścił. Nigdy. Zapewniam cię.
– Może naprawdę do końca nie przestał cię kochać?
– A co ma tu miłość do rzeczy? Pewnie, że nas kochał, bo byliśmy jego rodziną, a jak się ma rodzinę, to obowiązkiem człowieka jest dbać o nią i jej nie opuszczać. Choćby nie wiem co się działo. I ojciec to wiedział.
– A działo się? Coś?
– Nie łap mnie za słówka. Nie wiem, czy się działo i nie interesowało mnie to. Wiedziałam, że jest człowiekiem honoru i zawsze wróci.
– Czyli, że coś się jednak działo.
– Już nie ciągnij tego tematu, dobrze? To były inne czasy. Miłość miłością, a życie życiem.
– Co ty opowiadasz? Przecież kochałaś tatę.
– Oczywiście, że kochałam. A miałam inne wyjście? Jak się powiedziało „a”, to potem trzeba „b”, i tak dalej, aż do końca alfabetu, a nie skakać po literach jak jakiś pasikonik. Myślisz może, że ja nie wiedziałam, co to silne uczucie? Wiedziałam. Ale co po uczuciu, jak perspektyw żadnych na życie nie ma? A twój ojciec był taki… poukładany, taki solidny, dobry.
– Mamo! Ty się w kimś kochałaś, zanim poznałaś tatę!
– Nawet jeżeli, to co? No był taki Stefan. Przystojny, wszystkie dziewczyny za nim szalały, a on się uparł, że ja i tylko ja. Trochę się spotykaliśmy.
– No i?
– No i na szczęście twój dziadek się zorientował, co się święci, i mi tę miłość wybił z głowy.
– Niby jak?
– Normalnie. Zapytał, kto to jest i jaki ma zawód. A Stefan grał na saksofonie w jakimś zespole jazzowym. „To nie jest dla ciebie partia”, powiedział dziadek i zakazał wychodzenia z domu, dopóki mi ta miłość nie przejdzie. Popłakałam, popłakałam i mi przeszło. Tym bardziej że już twój tata kręcił się koło mnie. Kończył wtedy medycynę. Dziadek bardzo go lubił, w końcu mnie do niego przekonał. I widzisz, jak wszystko dobrze się potoczyło? Ty się urodziłaś.
– A co z tym saksofonistą?
– No… przestałam się z nim spotykać. Co to za życie, cały czas gdzieś na tych koncertach. To prawie tak, jak być żoną marynarza. Jakie to moje życie by było?
– Ale wiesz coś? Co tam później z nim się działo?
– Coś wiem. Znalazł mnie niedawno na tej „Naszej klasie”, coś mi założyła to konto. Owdowiał, mieszka w Szwecji i chyba nawet jeszcze gra na tej trąbie. I patrz, jaki uparty, jeszcze po tylu latach namawia mnie, żebym do niego tam pojechała na wakacje. Ma letni domek i łódkę. No ale gdzie ja tam, stara baba, mam się jeszcze wałęsać po świecie? Narwany taki. Taki był i widocznie taki pozostał.
– Nie pojedziesz?
– No jak? To w końcu obcy chłop. Jak tak mam do niego jechać?
– Eeee, mama, zagra ci serenadę na saksofonie na pomoście, w noc gwiaździstą…
– Przestań. Akurat nadaję się do serenad, nie pojadę. Mowy nie ma. Raczej nie…
– Babcia!!! – wybiegła ze swojego pokoju Malwinka i rzuciła się na babcię. Za nią wysunęła się Zosia.
– Babciu, to moja prawie siostra, Zosia, zobacz jaka piękna!

Miałam poświęcić swoje szczęście dla zwykłego widzimisię córki?!

Mama nie umie pojąć, jak można utrzymywać kontakt z byłym

Moja mama popatrzyła na Zosię bez cienia sympatii.
– Dzień dobry – dygnęła dziewczynka. Z pokoju wyszedł Krzyś.
– Dzień dobry pani – skłonił głowę, mały dżentelmen.
– A wy swojego domu nie macie? Żeby tak obcym na głowie siedzieć?
– Mamo, proszę!
– Ja pani to wytłumaczę. Dziś jesteśmy u Krysi, bo dzisiaj jest taki specjalny dzień, że nasz Lolek ma urodziny i mama pojechała tam rano, żeby mu urządzić party niespodziankę, bo z tym jest dużo roboty a ma przyjść dużo ludzi i my też będziemy, i mama musi to wszystko przygotować tak, żeby Lolek się nie zorientował.
– A kto to jest ten wasz Lolek?
– To przecież nasz tata!
– To znaczy ten prawdziwy. Bo Andrzej też jest naszym tatą, ale bardziej Malwiny, ale Lolek trochę bardziej nasz – wyjaśniła Zosia.
– A my z mamą też jesteśmy zaproszone – cieszyła się Malwina.
– Pani też może wpaść, bo będzie prawdziwy zespół jazzowy, koledzy Lolka i tort z truskawkami.
– I Andrzej napisał dla Lolka śmieszny wiersz, wiem, bo wczoraj czytał go nam i mamie i wszyscy się śmiali, tylko ja nie wszystko zrozumiałam.
– I będzie Anita, a ona bardzo ładnie śpiewa.
– A ta Anita, to kto?
– To dziewczyna Lolka.
– No. Ona jest super – uśmiechnął się Krzyś.
– Dobrze już, dobrze. Dajcie mi trochę spokoju, bo mi się w głowie kręci od tych waszych Lolków.
– Oj, to jeden tylko Lolek jest!
– I tata wcale nie jest Lolek, tylko tak się na niego mówi.
– Ale musi pani mieć jakiś prezent dla Lolka!
– No już! Spadajcie do siebie. Wystarczy. Babcia się musi zastanowić nad waszą propozycją .
Wypędziłam dzieciaki do pokoju Malwiny. Uśmiechnęłam się do mamy. Nie odwzajemniła go.
– Jak na mnie, to aż nadmiar tych atrakcji. Pojadę już do siebie.
– Poczekaj, zaraz wpadnie Andrzej odebrać dzieciaki. Przynajmniej się przywitacie.
– Co to, to nie! Nie zamierzam mieć z nim już nic wspólnego. I wcale mi się ten wasz kołchoz nie podoba. Wcale. Też mi coś: urodziny Lolka. To jakieś wariactwo, córeczko.
– Nie jest tak źle. Ja też wolałabym, żebyśmy byli z Andrzejem do końca życia szczęśliwą parą, naprawdę. Ale chyba lepiej być szczęśliwym patchworkiem, niż codziennie unieszczęśliwiać się wzajemnie.
– Bardzo namieszaliście mi w głowie. Nie wiem, może rzeczywiście pojadę na ten pomost, posłuchać serenady. Byle dalej od was.

A jednak, wychodząc, lekko się uśmiechnęła. Zamknęły się drzwi windy, a ja ciągle stałam na progu i myślałam o tym, od czego zależy to wszystko, co się nam przytrafia. Od losu? Przeznaczenia? A może od jakiegoś małego przełącznika w głowie albo w sercu?

Polecamy! Mam 36 lat i apetyt na miłość. Czy to grzech, że założyłam konto na portalu randkowym?Więcej prawdziwych historii w rubryce „Z życia wzięte” na Polki.pl

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)