Tak blisko i tak daleko

Zawsze dobrze się rozumieliśmy. A teraz?

"Czy tak trudno, pomyśleć o kimś? Zrezygnować z wygody, nawyków? Zwłaszcza, że chodzi o zdrowie ojca?" - mówi Henryk L., 64 lata, rencista. "Nie wiem już, co mogę zrobić. Każda moja próba załagodzenia sytuacji, kończy się fiaskiem. To dlatego, że oni są tacy podobni?" - oponuje jego córka, Izabela J. lat 32, fotograf. Oboje uważają, że mają rację, ktoś jednak musi ustąpić. Czy uda im się porozumieć?




Opowieść ojca
Nie, tatusiu, jutro nie możemy. Adam ma pilną pracę. Może za tydzień. Pa – Iza odłożyła słuchawkę, zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć. No tak, znowu jakiś wykręt. Od kiedy tak jest? Już chyba od ponad miesiąca albo jakoś tak. Od tamtej awantury o psa.
Lubię zwierzęta, ale uważam, że w domu to można trzymać pudla, pekińczyka. Nie bez przyczyny kiedyś mówiło się o takich: pieski pokojowe. Miejsce dużego psa jest w budzie. A oni co? Kupili sobie owczarka niemieckiego i traktują go jak maskotkę. Wszędzie ze sobą zabierają. Nawet na wczasy. I do nas, choć tyle razy mówiłem, że jestem uczulony na sierść. Po każdej takiej wizycie mieszkanie wymaga gruntownego sprzątania. Mam astmę. Tak trudno to zrozumieć? Jeszcze machnąłbym ręką na to, że mój zięć się tym specjalnie nie przejmuje. Było nie było, obcy człowiek, ale Izunia? Moja ukochana córeczka? To tak trudno wziąć pod uwagę prośbę ojca?
– Oj dałbyś już spokój. Może naprawdę nie mają czasu? – moja żona jak zwykle starała się wszystko łagodzić.
– Jakoś jak budowali dom i potrzebowali naszej pomocy, to mieli czas. Wtedy nawet Mariusz umiał się zdobyć na serdeczność – tym razem nie miałem zamiaru dać się zagadać.
– Heniu, przecież Mariusz wcale się nie zmienił. Wtedy po prostu nie mieli psa i nie było powodów do awantur. Teraz ty sam wywołujesz konflikty. Nigdy nie możesz powstrzymać się od złośliwych uwag – Basia nie dawała za wygraną. No tak, własna żona jest przeciwko mnie.

W swoim domu mam chyba prawo do decydowania
– Przecież wcale nie chodzi tylko o psa, choć mogliby go zostawiać w domu, kiedy do nas przychodzą – byłem pewien swoich racji – A papierosy? Wiesz, że dym mi szkodzi, a Mariusz kopci,
jak komin. Ostatnim razem dmuchnął mi prosto w twarz – byłem już naprawdę zły.
– A skąd miał wiedzieć, że wyszedłeś za nim na balkon?
– mruknęła Basia niewyraźnie – Iza nie mówiła, czy przywiezie jutro malców na noc? – żona zmieniła temat.
– Nie mówiła – odparłem sucho i nagle zrobiło mi się przykro. Nie widziałem wnuków dobre dwa tygodnie. To głupie, mieszkają tak blisko...
Snułem się po domu, nie mogąc znaleźć sobie zajęcia. Wciąż myślałem o rozmowie z córką. A właściwie o rozmowach, bo ta dzisiejsza w ostatnich czasach nie była wyjątkiem, odkąd w Wielkanoc na serio pokłóciłem się z zięciem. Ale to był tylko wierzchołek góry lodowej, bo tak naprawdę konflikt narastał już od dawna. Dzisiaj młodzi są tacy egoistyczni. Nawet moja córka. Nie tak ją wychowałem. Ale ona jest dobrym dzieckiem, tylko za bardzo ulega we wszystkim temu swojemu mężowi. Wtedy też. Jemu nic nie powiedziała, za to do mnie? Nic tylko: Daj spokój, tato.
Przyszli w niedzielę rano na świąteczne śniadanie. Oczywiście, z tym kundlem. Od razu zacząłem kaszleć, ale przecież nic nie mówiłem. Wybuchnąłem dopiero, gdy ten przebrzydły zwierzak władował się na mój fotel. No muszę przyznać, że Mariusz od razu kazał mu zejść, ale jaką miał przy tym minę!!! I potem, ledwie skończyliśmy jeść, złapał za papierosy. Niby wyszedł na balkon, ale przecież drzwi zostały otwarte – dym i tak wlatywał do środka. A potem, gdy Iza o coś tam zapytała, to polazł z tym petem aż do kuchni. Przez cały dom. I jeszcze się tłumaczył, że musiał przecież gdzieś go zgasić, skoro nie pozwalam ustawić popielniczki na balkonie. Pewnie – popielniczka w moim domu? I co jeszcze? Po moim trupie. Od słowa do słowa, skończyło się awanturą. Zabrali się i poszli. Basia aż się popłakała. A teraz? Czasem wpada sama Iza z chłopcami, ale zawsze jak po ogień. Czasem gdy chcą gdzieś wyjść wieczorem podrzuca nam wnuki na noc. Dobre i tyle. Gdyby nie to, już pewnie zapomnielibyśmy, jak wyglądają. Ale jak mam widywać wnuków tylko dlatego, że ich rodzice chcą się zabawić, to nie potrzeba nam takiej łaski.
Henryk L., 64 lata, rencista.

Opowieść córki
Odłożyłam słuchawkę. Rozmowy z rodzicami nie były do łatwe.
– Znowu? – Mariusz podniósł głowę znad gazety.
– Znowu, znowu – burknęłam – Że też ty nigdy nie możesz ugryźć się w język. Musisz się z nim tak kłócić do upadłego? Widzisz, do czego to prowadzi – dodałam.
– Wybacz, ale twój ojciec jest tyranem. Twoja matka i ty zawsze mu ustępowałyście. Przywykł, że wszystko ma być po jego myśli i to są skutki.
– Przyganiał kocioł garnkowi – mruknęłam.
Doprawdy nie wiem, dlaczego w życiu tak się dziwnie układa. Od dzieciństwa zdawałam sobie sprawę, że ojciec zdominował i mnie, i matkę. I co zrobiłam? Wyszłam za mąż za faceta, który charakterem przypomina mojego ojca jak jedna kropla wody drugą. Pewnie dlatego między Mariuszem i tatą od początku iskrzyło. Przez lata obie z mamą łagodziłyśmy konflikty i jakoś to było. Zwłaszcza gdy budowaliśmy dom, było spokojniej. Rodzice bardzo nam pomogli.
I finansowo, ale też załatwiając mnóstwo spraw urzędowych. Na ogół robił to tata. Całymi dniami przesiadywali z Mariuszem nad projektem, razem pilnowali robotników i wtedy świetnie się rozumieli. Tata czuł się ważny i potrzebny, a Mariusza interesowało tylko żeby robota szła. Nie miał głowy do sprzeczek. Ale budowa się skończyła i nagle i jednemu i drugiemu czegoś zabrakło.
Mój mąż dużo teraz pracuje, bo raty trzeba spłacać. Ciągle jest zmęczony, podenerwowany i wystarcza byle co, żeby wybuchnął. Myślałam, że chociaż w święta będzie spokój, ale gdzie tam. Poszło o psa. Na ogół nie zabieraliśmy go ze sobą do rodziców, bo tata jest uczulony na sierść, ale tym razem wychodziliśmy z domu na cały dzień i planowaliśmy, że zostawimy dzieciaki u rodziców, a sami wybierzemy się do znajomych na ich rocznicę ślubu. Do domu mieliśmy wrócić nad ranem. Nie mogliśmy na dobę zostawić psa samego.

Starałam się nie urazić żadnego. Uraziłam obu...
Chciałam to wyjaśnić, ale ledwie stanęliśmy w drzwiach, tata się naburmuszył. Na domiar złego Torin zaraz wpakował się na fotel. Ojciec się wściekł i, oczywiście, pretensje miał do Mariusza, nie do mnie. A potem Mariusz chodził z papierosem po mieszkaniu. Tata nie znosi dymu i tym razem też nie wytrzymał. W kłótni na całego wywlekli sobie wzajemne urazy, rzekome i prawdziwe przewinienia z paru lat. O zostawianiu dzieci, że o psie nie wspomnę nie było już mowy.
Wróciliśmy do domu i Mariusz zapowiedział, że póki ojciec się nie uspokoi, jego noga więcej tam nie postanie. Minęło kilka tygodni i nic się nie zmieniło. Każda telefoniczna rozmowa zaczyna się kąśliwą uwagą, czy przypomniałam sobie, że mam rodziców, a kończy wyrzutami. Tata ma pretensje, że biorę stronę Mariusza, a mój mąż zarzuca mi, że we wszystkim słucham ojca. Starając się nie urazić żadnego, uraziłam obu. Dzieci tęsknią za dziadkami i ciągle pytają, kiedy ich odwiedzimy. Nawet Mariuszowi wypsnęło się coś w rodzaju: "jak będziemy u rodziców", ale zaraz oczywiście zmieniał temat. Na szczęście, obie z mamą zachowałyśmy resztki rozsądku i przynajmniej my rozmawiamy ze sobą normalnie. Stąd wiem, że i tata za nami tęskni. Tylko co z tego? Skoro i on, i mój mąż są tak samo uparci....
Izabela J. 32 lata, fotograf.


Komentarz psychologa, Jowita Kolicka radzi:
Sytuacja jest absolutnie klasyczna i pani Iza ma rację, upatrując źródła konfliktów w podobieństwie charakterów męża
i ojca. Tyle, że przy odrobinie dobrej woli, której obu stronom raczej nie brakuje, takie sprawy nie są trudne. Nieporozumienia trzeba rozwiązywać zanim się zaczną. W opisanej sytuacji można było uprzedzić telefonicznie o konieczności zabrania psa, wytłumaczyć, że to tylko tym razem, wyjątkowo. A pan Mariusz mógłby na przykład palić nieco mniej...
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)