Samotne święta Bożego Narodzenia fot. Adobe Stock

„Myślałam, że święta spędzę samotnie za granicą. Czekała mnie jednak niespodzianka. Lepsza niż w romantycznych filmach”

Wigilia na obczyźnie nie jest radosna. Zwłaszcza dla samotnej kobiety. Wtedy najbardziej tęskni się za krajem i bliskimi.
/ 23.12.2020 06:59
Samotne święta Bożego Narodzenia fot. Adobe Stock

Wigilia to taki radosny wieczór... Co byś powiedziała, gdybyśmy spędzili go razem, słonko? – spytał słodkim głosem Sławek i wyszczerzył te swoje bielutkie ząbki w paskudnym uśmiechu.
Ten kretyn nigdy nie rezygnował!

– A nie lecisz przypadkiem do żony i dzieci? – spytałam go złośliwie.
Skrzywił się, jakbym wspomniała o czekającej go robocie w kamieniołomach, lecz już po krótkiej chwili na jego twarz powrócił bezczelny wyraz zadowolenia.
– Wiesz.... Mógłbym.... – zaczął, ale nie miałam zamiaru go słuchać.
– Nie ma mowy! – oznajmiłam stanowczym tonem. – Nie spotkam się z tobą ani w święta, ani w ogóle. Jasne?

Odczepił się, chociaż wiedziałam, że tę samą propozycję złoży mi jeszcze jutro i pojutrze. Nie odpuści do samego końca. Taki już był – namolny i niereformowalny. A mnie nie interesował związek z żonatym facetem, nawet jeśli jego małżeństwo właśnie się rozpadało. Zresztą miałam już kogoś. I ten ktoś był dla mnie ważny...

Niedawno poznałam nową miłość

„Kocham Cię! Bardzo, bardzo!” – przeczytałam odpowiedź Janusza i uśmiechnęłam się. Jak to dobrze, że wynaleźli internet i porządne komunikatory. Dzięki nim człowiek oddalony od domu tysiące kilometrów nie czuje się tak osamotniony…

Choć są takie okresy w roku, gdy nawet wirtualna łączność nie pomaga. Jak teraz. Za dwa dni Wigilia, potem Boże Narodzenie. Na Wyspach Brytyjskich nie jest to miły czas dla emigrantów. Wtedy najmocniej odczuwa się tęsknotę za krajem.

Może nawet nie tyle za krajem, co za tradycją, atmosferą... Tutaj bowiem wszystko wygląda inaczej. Już poprzednie święta spędziłam w Londynie, więc wiedziałam, że czeka mnie tylko tęsknota.
A teraz będzie jeszcze trudniej, bo bardzo bym chciała, żeby w święta był obok mnie właśnie Janusz. Poznaliśmy się podczas mojego ostatniego pobytu w Polsce. A właściwie zobaczyliśmy się wtedy „w realu”, bo przedtem kontaktowaliśmy się jedynie przez Facebook.

Wpadliśmy tam na siebie przypadkowo, na zasadzie poznawania znajomych przez znajomych. Którejś nocy nie mogłam spać, on też, na chacie siedziało dosłownie parę osób, więc zaczęliśmy rozmawiać. Najpierw luźne uwagi i niewinne ploteczki o wspólnych znajomych. A potem... Pisało się z nim świetnie. Był po rozwodzie, mieszkał na razie kątem u rodziców, ale chciał ułożyć sobie z kimś życie, zaczepić gdzieś serce. Podobnie jak ja.

Pamiętam doskonale ten pierwszy raz, kiedy stwierdził, że gdy mamy przerwę w kontaktach, zaczyna tęsknić. Dziwne to było, bo przecież tak naprawdę w ogóle się nie znaliśmy. I zarazem bardzo miłe. Bo ja także za nim tęskniłam.

W duchu byłam na siebie trochę zła. Przecież to takie niepoważne! Jak można darzyć uczuciem kogoś, kogo zna się przez internet, z paru esemesów i rozmów telefonicznych? A jednak… Kiedy przyjechałam do Polski i się spotkaliśmy, na jego widok moje serce zabiło mocniej. Wyłączyłam komputer, westchnęłam i pogrążyłam się we wspomnieniach.

Miałam potworną tremę, idąc na to spotkanie. Czy Janusz rzeczywiście jest takim fajnym facetem, za jakiego go mam? W internecie człowiek często udaje, po paru randkach z ludźmi poznanymi w sieci miałam dość kiepskie doświadczenia… No i czy ja mu się spodobam? A co jeśli nie będziemy mieli o czym rozmawiać?
– O rany! – powiedział na samym wstępie. – Weroniko, jesteś jeszcze piękniejsza niż na zdjęciach! Naprawdę!
Zarumieniłam się i próbowałam protestować, jednak w jego oczach dostrzegłam szczery zachwyt. Rozbroiło mnie to.
– Nawet nie próbuj zaprzeczać! – zaśmiał się, kiedy zobaczył moją minę.
– Przecież wiesz doskonale, że urody i inteligencji nie można ci odmówić.

Oczywiście nie było to wcale takie proste na początku, o nie! Trochę milczeliśmy, byliśmy skrępowani. Ale nie mogłam ukryć, że mi się podobał. No i jechał ponad dwieście kilometrów, żeby mnie zobaczyć. To było bardzo miłe.

Poszliśmy na kawę, potem spacerowaliśmy po mieście i po parku. Zanim się zorientowałam, milczenie przerodziło się w dialog. Okazało się, że mamy sobie mnóstwo rzeczy do powiedzenia…
Pożegnaliśmy się późnym wieczorem. Odprowadził mnie do domu, a sam wybierał się do hotelu. Kusiło mnie, żeby go zaprosić do siebie, lecz się trochę obawiałam, że wylądujemy w łóżku, a ja nie mam zwyczaju zaczynać znajomości od seksu.
– Dostanę chociaż małe buzi na pożegnanie? – zapytał z uśmiechem.
– Ale bardzo małe – zastrzegłam.

To było cudowne uczucie. Jego miękkie usta najpierw delikatnie musnęły moje wargi, a potem przylgnęły do mnie z wielką siłą. Całował mnie tak namiętnie, że nie byłam w stanie tego przerwać. Pragnęłam wciąż więcej i więcej. A potem…

Otrząsnęłam się z rozmyślań. Jutro raniutko trzeba wstać do pracy. Zagłuszona wspomnieniami nostalgia wróciła. Może i nie będzie przy mnie Janusza, ale przynajmniej w ten magiczny wieczór usiądziemy oboje przed komputerami i popiszemy ze sobą. Zawsze to lepsze niż nic. Nie miałam pewności, czy cokolwiek wyjdzie z tej – świeżej przecież – znajomości. Tak czy owak, byłam zakochana.

Samotne święta w pracy

Trzy dni spędzone razem wystarczyły. Czułam, że za nim tęsknię. Tym razem seks na pierwszej randce okazał się spoiwem, a nie rozpuszczalnikiem uczucia. Westchnęłam ciężko. Nie ma na co czekać. Trzeba iść spać. A o nastrój w Wigilię będę się martwić dopiero pojutrze…

Owo pojutrze nadeszło nieubłaganie. Nie miałam do kogo pójść wieczorem. Wszyscy polscy znajomi poza Sławkiem jak jeden mąż wyjechali do Polski, a miejscowi nie kwapili się z zaproszeniami. Owszem, miałam się wybrać do rodziny Jamesa, dalekiego krewniaka mojej mamy, lecz dopiero nazajutrz późnym popołudniem. Że też musiał mi się trafić dyżur w firmie w samo Boże Narodzenie… Ale Chińczycy czy Japończycy nie będą czekać z pilnymi sprawami tylko dlatego, że w Europie się świętuje. Taka praca…

Zasiadłam przy stoliku zastawionym smażoną rybą, pierożkami, które sama ulepiłam i czerwonym barszczem. Opłatek przysłała mi mama kilka dni wcześniej. Do rodziców już dzwoniłam z życzeniami. Zdążyłam nawet popłakać sobie trochę z tęsknoty. Tak. Los emigranta najcięższy jest właśnie w najbardziej radosne święta.

Nie chciało mi się jeść. Janusz wysłał mi ostatnią wiadomość około czternastej, a potem zamilkł. Nie mogłam go złapać na żadnym komunikatorze, nie odpowiadał na telefony. Cholera, może znalazł sobie jakieś miłe towarzystwo? Nie, pewnie poszedł odwiedzić dzieci. Ale przecież mógłby się chociaż odezwać!

W takich sytuacjach przychodzą do głowy najgłupsze myśli. I najbardziej przykre. Przejrzałam wszystkie możliwe miejsca, w których Janusz mógłby zostawić mi jakąś wiadomość. Do nostalgii przyłączył się smutek, uczucie zawodu i złości. Widać łatwo o mnie zapomnieć… A ja myślałam, że z tego będzie coś trwałego! Janusz napomykał nawet, że mógłby się spróbować zatrudnić w Anglii… Najwyraźniej to były tylko puste deklaracje. Niech cię diabli porwą, Januszku!

Niezwykła niespodzianka 

Chwyciłam telefon, wystukałam esemesa mniej więcej takiej treści, ale zamiast go wysłać, skasowałam. Trudno. Jak mogłam przypuszczać, że dla mężczyzny oddalonego ode mnie o tyle kilometrów stanę się kimś więcej niż znajomą na chwilę?! Zupełnie nie miałam ochoty sięgać po jakąkolwiek potrawę. Mój talerz tego wieczoru zapewne będzie ział taką samą pustką, jak i zastawa dla niespodziewanego gościa. I moje zranione serce...

Wstałam, zaczęłam wszystko zbierać i chować do lodówki. Jutro zawiozę chociaż połowę do Jamesa. Szkoda, żeby dobre jedzenie się zmarnowało. I wtedy zadźwięczał dzwonek przy drzwiach. Drgnęłam, ale nadal spokojnie sprzątałam ze stołu. Nie miałam ochoty na żadne wizyty. Wiem, wiem, jest taki zwyczaj, że należy przyjąć zbłąkanego wędrowca, lecz w dzisiejszych czasach wędrowcem mógł się okazać tylko nieproszony gość. Dlatego nie reagowałam.

Uparty człowiek za drzwiami nie dawał za wygraną. Drugi sygnał, potem trzeci... Pewnie widział, że w oknie pali się światło. Jeśli to rzeczywiście jakiś włóczęga po prośbie, chyba jemu oddam wszystko, co przygotowałam na ten wieczór. Z niechęcią poszłam otworzyć. Nieśpiesznie przekręciłam zamek, nacisnęłam klamkę, pchnęłam drzwi i... ze zdumienia odjęło mi mowę. Na korytarzu stał Janusz we własnej osobie.

– Ależ tu trudno o taksówkę! – zawołał wesoło. – Nawet w święta. Chyba powinnam czuć radość na jego widok, ale byłam tak zaskoczona, że wszystkie inne uczucia przygasły. Prędzej bym się spodziewała ducha ujrzeć!

– Nie wiedziałam, że przyjedziesz – wykrztusiłam w końcu nieswoim głosem.
Wciąż do mnie nie docierało, że to może być prawda. Bo przecież to znaczy, że... jemu naprawdę na mnie zależy!

Cisza przedłużała się nieznośnie. Miałam mętlik w głowie. Jeszcze przed chwilą wściekałam się na niego; zdawało mi się, że to koniec znajomości i tej jego niby - miłości, a gdy teraz stał przede mną, nie wiedziałam, co robić… Janusz musiał opacznie zrozumieć moje milczenie, bo uśmiech powoli zniknął mu z twarzy.
– Rozumiem, zjawiłem się nie w porę – zajrzał w głąb mieszkania, jakby spodziewał się tam zobaczyć mojego kochanka. – W takim razie nie będę przeszkadzał.
– Ależ skąd! – wreszcie wydobyłam z siebie normalny głos, ale wtedy...
– Nika! – rozległ się znany mi do obrzydliwości, radosny głos. – No to jestem!

Schodami w górę szedł Sławek z wielkim bukietem kwiatów w jednej ręce i butelką wina w drugiej. Szczerzył przy tym zęby jak jakiś głupek. Janusz popatrzył na niego, potem na mnie, a w jego oczach ujrzałam ogromy zawód. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, lecz zrezygnował. Po prostu odwrócił się na pięcie i pognał na dół.
– Poczekaj! To nie jest tak, jak myślisz... – zawołałam za nim, choć zdawałam sobie sprawę, jak to idiotycznie brzmi.
– Ty kretynie! – wrzasnęłam na Sławka. – Co się gapisz?! Zjeżdżaj stąd, ale już!
– Coś zepsułem? – spytał z durną miną.

Nie zamierzałam mu odpowiadać. Podskakując, wciągnęłam na nogi kozaczki, chwyciłam kurtkę i pobiegłam. Musiałam dogonić Janusza! Po prostu musiałam...

Na ulicy już go nie było. Dostrzegłam tylko światła samochodu skręcającego za róg. Pobiegłam do swojego wozu, ale zanim otworzyłam drzwi, wpakowałam się do środka i odczekałam, aż zaczął działać immobilizer – minęło tyle czasu, że nie miałam już szans zlokalizować tego auta.

Niby była Wigilia, ludzie powinni siedzieć w domach i świętować, a ruch na drodze wcale nie był tak mizerny, jak mogłoby się wydawać. „Myśl, myśl!” – powtarzałam sobie. To na pewno była taksówka. Przecież mówił, że trudno ją złapać. Może nawet kazał kierowcy czekać, nie mając pewności, czy mnie zastanie i jak ja go przyjmę... Wczoraj na pewno jeszcze był w Polsce. Na pewno! A zatem przyleciał samolotem. I samolotem też będzie chciał opuścić Anglię! Pozostawał mi tylko jeden kierunek: lotnisko Heathrow!

Jechałam szybko, ale zdaje się, że tamten taksiarz miał zamiłowania rajdowe, bo kiedy przejechałam obok postoju, nie zobaczyłam już żywego ducha. Boże, żeby tylko zdążyć, żeby go znaleźć... Biegłam w stronę hali odlotów, przeklinając sama siebie, że włożyłam buty na obcasie.

Wpadłam do wielkiego pomieszczenia, teraz na szczęście prawie pustego, bez wielkiego, kolorowego tłumu, który wypełnia budynki lotniska w zwyczajny dzień. Rozglądałam się na wszystkie strony, lecz nie dostrzegłam mojego mężczyzny.
– Janusz! – krzyknęłam rozpaczliwie. – Janusz, gdzie jesteś?!
Stojący w pobliżu policjant spojrzał na mnie ze zdziwieniem i czujnie zarazem, po czym zaczął iść w moim kierunku.
– Janusz! – darłam się wniebogłosy, tymczasem policjant był już przy mnie.
– Proszę się uspokoić – poprosił łagodnie, bo chyba uznał, że ma do czynienia z wariatką. – Zaraz pani pomożemy...

Policjant powiedział coś do krótkofalówki, a ja zobaczyłam zmierzających w naszą stronę dwóch mężczyzn w mundurach. Dostrzegłam też… Janusza, który nagle zmaterializował się kilka metrów dalej. Patrzył na mnie oczami okrągłymi ze zdumienia. A potem podbiegł.
– Wszystko w porządku – powiedział do funkcjonariuszy – Ja się panią zajmę.
– To pańska znajoma? – spytał jeden z policjantów podejrzliwym tonem.
– Żona – odparł z kamiennym spokojem Janusz. – To znaczy przyszła żona.
– Rozumiem – funkcjonariusz pokiwał głową. – W takim razie niech ta pana przyszła żona w przyszłości nie drze się jak opętana. Merry Christmas.

Oddychałam ciężko po biegu i krzyku. Nie byłam przyzwyczajona do takiego wysiłku. Janusz stał przede mną z bardzo poważną, a nawet chmurną miną.
– Pozwolisz sobie to wszystko wyjaśnić? – spytałam, opanowując oddech. – Czy zamierzasz się znowu obrazić?
Janusz nie zmienił wyrazu twarzy, lecz kąciki warg drgnęły mu zdradziecko.
– Pozwolę – powiedział. – Ale na pewno chcesz wyjaśniać tutaj czy może jednak usiądziemy do wigilijnego stołu? Tylko uprzedzam cię, że jeśli czeka na ciebie tamten facet, to chociaż mamy czas miłości, obiję mu gębę i zrzucę go ze schodów.
– Obij i zrzuć – odparłam z powagą.
– Moim zdaniem w pełni na to zasługuje. A ja o niczym innym nie marzę, tylko żebyśmy spędzili Wigilię razem. Przytulił mnie mocno, a ja wreszcie poczułam się tak, jak powinnam się czuć w święta – radosna i szczęśliwa.

Więcej listów do redakcji:„Adoptowaliśmy chłopca. Po 7 latach postanowiłam, że oddamy go z powrotem do domu dziecka”„Nie mieszkam z mężem, bo ciągle się kłócimy. Spotykamy się 2 razy w tygodniu i w weekendy”„Mąż miał na moim punkcie obsesję. Nie chciał się mną z nikim dzielić. To doprowadziło do tragedii”