Ciąża w prezencie na 41. urodziny fot. Panthermedia

Ciąża w prezencie na 41. urodziny

Nareszcie mogliśmy z mężem cieszyć się sobą. Odżyła dawna namiętność i niczym nieskrępowany seks.
/ 12.09.2011 12:01
 Ciąża w prezencie na 41. urodziny fot. Panthermedia

Rok temu wydawało mi się, że jestem spełnioną kobietą, której niczego nie brakuje do szczęścia. Wszystko przynajmniej na to wskazywało. Przekroczyłam magiczną granicę czterdziestu lat, miałam ciekawą, pracę, kochającego męża, wspaniałą córkę i świeżo upieczonego zięcia. Mogliśmy więc z Olkiem od nowa rozkoszować się naszym związkiem. Nie przesadzę, jeśli powiem, że przeżywaliśmy drugą młodość. Kochaliśmy się częściej niż dotąd, bo wreszcie nikt nam nie przeszkadzał.
Mieliśmy też nareszcie trochę finansowego luzu, więc mogłam sobie pozwolić na fryzjera, na kosmetyczkę i manikiurzystkę od czasu do czasu. I właśnie wtedy, gdy wydawało się, że świat stoi przed nami otworem, zorientowałam się, że mija kolejny dzień, a ja wciąż nie mam miesiączki. Przeraziłam się nie na żarty. Czyżby tak wcześnie zaczął się u mnie proces przekwitania?!

Myślałam, że to już koniec mojej kobiecości
– Zdołowała mnie ta menopauza – zwierzałam się Izie, mojej siostrze i zarazem najlepszej przyjaciółce.
– Nie martw się na zapas – pocieszała mnie – może to nie to. Byłaś ostatnio bardzo zestresowana przygotowaniami do ślubu Ali, więc twój organizm dał w ten sposób znać o sobie. Zobaczysz, za dzień, dwa wszystko wróci do normy.
Jednak zaraz po naszej rozmowie zadzwoniłam do ginekologa i umówiłam się na wizytę.
– Cóż, jakby to pani powiedzieć… – przyjrzał mi się po badaniu.
– Tylko proszę, żeby był pan ze mną szczery. Starzeję się, tak? – czułam, że za chwilę się rozpłaczę.
– Wręcz przeciwnie – lekarz uśmiechnął się tajemniczo. – Można powiedzieć, że wkrótce na pewno pani odmłodnieje. Przynajmniej tak działają hormony.
– Nie rozumiem? Co pan ma na myśli?
– Pani Ewo, jest pani w ciąży. Drugi miesiąc, o ile się nie mylę…
– Co?! Chyba pan sobie ze mnie żartuje! Ja w ciąży, to niemo… – przerwałam, bo nagle przypomniałam sobie ostatnie, namiętne tygodnie z Olkiem.
Zapłaciłam za wizytę i ostatkiem sił powlokłam się do domu.
Nie chciałam tego dziecka! Z Alicją przytyłam dwadzieścia jeden kilo. Może dlatego, że zawsze miałam predyspozycje do tycia? W każdym razie wyglądałam jak słonica. Czułam się źle. Zakazałam nawet Olkowi robić mi zdjęcia w czasie ciąży i tuż porodzie. Te, które pstryknął, ciesząc się z posiadania córki, potajemnie podarłam. Wciąż pamiętałam, jak bardzo się napracowałam, zanim się pozbyłam tego uciążliwego nadbagażu. Ponad rok intensywnie ćwiczyłam, jadłam chude zupki i warzywa gotowane na parze, nim zaczęłam przypominać dawną Ewę.

Ciąża? O nie, to był prawdziwy koszmar
Gdy już zrobiłam się podobna do ludzi, zakomunikowałam Olkowi, aby nie liczył na kolejne dziecko. Nie miałam zamiaru jeszcze raz przeżywać katuszy związanych z odchudzaniem. Mąż dość szybko pogodził się z tym, że nie będzie miał syna. Za to Alicja długo jeszcze próbowała na nas wymóc braciszka, ale w końcu i ona spasowała. Zadowoliła się Toffim, sympatycznym sznaucerem miniaturką.
I dobrze, bo gdy rozpadł się zakład pracy Olką i przez jakiś czas żyliśmy z jednej pensji, naprawdę się bałam, że nie uda nam się nawet naszej jedynaczki odpowiednio wykształcić. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Mąż – po wielu miesiącach bezskutecznego poszukiwania pracy – w końcu dał mi się przekonać i założył własną firmę. Wierzyłam, że mu się uda. Miał głowę na karku, był pracowity i pomysłowy, a przede wszystkim zawsze, w najtrudniejszych nawet sytuacjach, potrafił zachować zimną krew. Tak właśnie powinien zachowywać się właściciel. I nie pomyliłam się co do niego – zaczęło nam się powodzić lepiej niż kiedykolwiek.
– Boże! A teraz dziecko wywróci nam świat do góry nogami – załamałam się, opowiadając Olkowi o wizycie u ginekologa. – Znów czekają nas nieprzespane noce, kolki, bieganie za rowerkiem, kiedy będzie uczyć się jeździć, odkładanie na jego przyszłość, a przecież nie jesteśmy już młodzi. Nie damy sobie rady.
– To fantastyczna wiadomość! – Olek był innego zdania.
– Co ty mówisz! – wkurzyłam się. – Powinniśmy być już dziadkami, a nie rodzicami! Ludzie będą nas wytykać palcami. A co powiemy Ali?


Myślałam, że go zabiję. Łatwo mu się cieszyć, przecież to nie on będzie w ciąży. Zarzuciłam mężowi egoizm.
– Myślisz tylko o sobie – czułam, jak ogrania mnie furia. – Wrobiłeś mnie w tą ciążę! Przecież to ty nie chciałeś się zabezpieczać? Mogliśmy sobie pożyć, korzystać z życia i wszystkich jego uciech.
– Nieprawda, to ty myślisz tylko o swoich kilogramach – stwierdził spokojnie. – Nie pamiętasz, jak płakałaś ze szczęścia, widząc po raz pierwszy Alusię? Ile było w tobie życia i rodzicielskiej pasji? Czy ona niczego nie wniosła w twoje życie oprócz tuszy? Nie wierzę, że tak myślisz – dodał poważnie.

Wstydziłam się siebie, ukrywałam pod płaszczami
Nie odezwałam się… Łatwo było mu tak mówić, bo to nie on był w ciąży, tylko ja. Alicja też nie mogła uwierzyć, że po dwudziestu latach wreszcie doczeka się upragnionego rodzeństwa.
– Dzięki wam od razu zaliczę szkołę macierzyństwa – dodała, śmiejąc się.
Nawet moja siostra Iza była zadowolona, że zostanie ciocią. Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszałam. „Czyżby wszyscy dookoła mnie zwariowali? Czy tylko ja uważałam, że Olek mnie oszukał i to wszystko, co nas teraz czekało, było pomyłką, głupim niedopatrzeniem?” – zastanawiałam się.
Na szczęście tegoroczna zima była długa, ukrywałam więc ciążę pod obszernym płaszczem. Było mi do tego stopnia wstyd przed koleżankami z pracy, że przez ostatnie trzy miesiące nie pokazałam im się na oczy, udając, że się leczę na tarczycę. W dużym zakładzie dało się to ukryć. Nawet gdy proponowały odwiedziny, odmawiałam i zasłaniałam się złym stanem zdrowia. Po raz pierwszy zobaczył mnie z Olą na jakimś spacerze. Podbiegły do wózka, piszcząc radośnie i wychwalając jej urodę.
– Nic nie mówiłaś, że zostałaś babcią!
– Bo nie zostałam – wzięłam głęboki oddech. – To… moja córeczka Ola. Dostała imię na cześć taty, który naprawdę oszalał na jej punkcie.
– Ewa! Ale jesteś odważna! – popatrzyły na mnie z podziwem.
Nie wierzyłam własnym uszom. Zamiast mnie skrytykować, były zachwycone moją, jak to nazwały, odważną decyzją. Jeśli się śmiały, to tylko z moich wątpliwości.
– Ewuś jesteś młodą, nowoczesną mamą i o niebo mądrzejszą od każdej dwudziestolatki, która przelewa na dziecko swoje frustracje – pocieszyła mnie Hanka, jedna z koleżanek.
Jej słowa sprawiły, że nagle spojrzałam inaczej na Olusię i swoje macierzyństwo. „Może wszyscy mają rację i niepotrzebnie tak panikuję? Przecież ta mała istotka to najspokojniejszy, najcudowniejszy brzdąc pod słońcem, nawet Ala taka nie była – pomyślałam. – Jest taka słodka, że nie sposób jej nie kochać. A figura? Czymże jest w porównaniu z tak wielkim szczęściem, jakie dało mi to dziecko?”.
Teraz nie wyobrażam już sobie życia bez mojej malutkiej córeczki. Żałuję tylko jednego, że zamiast cieszyć się ciążą, rosnącym brzuszkiem, jej kopniaczkami, przez tyle miesięcy zamartwiałam się nic nieznaczącymi błahostkami. Postaram się to teraz nadrobić.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)