nieuleczalnie chora kobieta fot. Adobe Stock

„Jestem nieuleczalnie chora i nie wiem, ile mi zostało. Nie chcę zmarnować życia ukochanemu dlatego wolę, żeby odszedł”

Dla mnie i Łukasza słowa przysięgi małżeńskiej mają bardzo konkretne znaczenie.
/ 28.11.2020 14:24
nieuleczalnie chora kobieta fot. Adobe Stock

Łukasz jest najwspanialszym mężczyzną, jakiego znam. Nie od razu odkryliśmy siebie, to nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Miałam wielkie szczęście, że los posadził nas w jednej licealnej ławce.
– Jola! Przesiądziesz się do Łukasza, może wtedy poświęcisz więcej uwagi lekcji, zamiast bez przerwy pytlować z przyjaciółką – zarządziła matematyczka.
Podniosłam się niechętnie i poszłam do rzędu pod oknem.

Łukasz był nudnym kujonem, który wzbudzał zainteresowanie kolegów wyłącznie przed klasówkami z fizyki. Szczupły, wysoki blondyn w okularach, pozostawał na marginesie wydarzeń towarzyskich klasy. Właściwie prawie go nie znaliśmy. Niewiele mówił, nie miał nic do powiedzenia na temat modnych zespołów. Tylko fizyk i matematyczka doceniali chłopaka, chociaż i to się skończyło, kiedy okazało się, że Łukasz znacznie wyprzedza szkolny program. Nauczyciele poczuli się niekomfortowo w tej sytuacji i chyba nie wiedzieli, co z tym fantem zrobić. Tak więc Łukasz nie święcił triumfów nawet tam, gdzie powinien

W liceum nie udało nam się bliżej poznać, głównie z mojej winy. Traktowałam zesłanie do ławki Łukasza jak zło konieczne, i poza korzystaniem z dobrze opracowanych ściąg niewiele miałam z nim wspólnego. Zdziwiłam się po kilku latach, kiedy przypadkowo wpadłam na niego na kampusie uniwerku. To był zupełnie inny chłopak niż ten, którego zapamiętałam. Studiowałam polonistykę, on – fizykę. Mimo młodego wieku miał już kilka osiągnięć naukowych i zaproszenie na staż do CERN-u, ośrodka badań jądrowych w Genewie. Okazało się też, że Łukasz jest bardzo interesującym człowiekiem. Nabrał pewności siebie, potrafił barwnie opowiadać o swojej pasji, zupełnie nie przypominał milczącego kujona z ławki pod oknem. Odkryłam, że lubię spędzać z nim czas.

Rzuciłam wszystkie swoje sprawy i pojechałam za nim

Powoli dojrzewałam do tej miłości. Odkryłam nagle, że go kocham, kiedy żegnał się ze mną przed wyjazdem do Genewy. Miałam spędzić bez niego rok, albo i więcej? Wykluczone! Zawsze byłam bardzo emocjonalna. Wpadłam w histerię i urządziłam mu awanturę. Łukasz milczał zaskoczony, a mnie, gdy oprzytomniałam, zrobiło się głupio, że mu się narzucam.
– Nie spodziewałem się, że tak o mnie myślisz – powiedział z namysłem. – Nawet nie śmiałbym o tobie marzyć. Zawsze starałem się wybić sobie ciebie z głowy. Wiesz, żeby nie cierpieć. Byłaś gwiazdą szkolnego towarzystwa, a ja outsiderem. Czego mogłem się spodziewać?
Wstrzymałam oddech, wlepiając w niego oczy.
Kocham się w tobie od szesnastego roku życia, to niezły staż – wyjaśnił. – Nie wiedziałaś?
Rzuciłam mu się na szyję, jak wariatka. Czułam ciepło jego ciała, stopniowo rozluźniałam kurczowy uścisk, aż wreszcie podniosłam głowę i spojrzeliśmy sobie w oczy. Pierwszy raz z tak bliska. Poczułam dreszcz oczekiwania. Bliskość Łukasza działała na mnie jak narkotyk, w moim brzuchu motyle zaczęły swój taniec. Całowaliśmy się jak szaleni, stojąc naprzeciwko Audytorium Maximum. Nie słyszeliśmy gwizdów i oklasków, którymi darzyli nas przechodzący studenci.

Do Genewy pojechaliśmy razem. Rzuciłam wszystko, obronę dyplomu odłożyłam na przyszły rok. Tak jak kiedyś nie dostrzegałam Łukasza, tak teraz nie mogłam bez niego żyć. Nieważne, co będę robić w Szwajcarii, byleby być tam razem z nim. Pomimo oszołomienia miłością udało mi się dobrze wykorzystać pobyt w Genewie. Była to głównie zasługa Łukasza, który zdopingował mnie do zapisania się na kurs francuskiego dla cudzoziemców. On w tym czasie robił karierę w świecie fizyki doświadczalnej, zbierał materiały do pracy doktorskiej, a mimo to zawsze miał dla mnie czas. Spytałam go kiedyś, jak to robi.
– Jesteś dla mnie najważniejsza – odparł poważnie.
– Ważniejsza od fizyki?
– Tuż przed nią. Fizyka to moja druga miłość, ale bez ciebie nie umiałbym się nią cieszyć. Jesteś moim przeznaczeniem, takie uczucie nie wszystkim się trafia, jestem szczęściarzem.
– Oboje jesteśmy. Czuję, że nie potrafię bez ciebie żyć.
Nie przypuszczałam wtedy, że te wyświechtane słowa, które kochankowie od zawsze sobie powtarzają, jakby to było ich prywatne odkrycie, nabiorą głębokiego znaczenia. 

Po przebytym przeziębieniu, długo nie mogłam dojść do siebie. Byłam ciągle zmęczona i ospała, nic mi się nie chciało robić. Jadłam garściami witaminy, spałam do południa, a mimo to nigdy nie czułam się rześka i wypoczęta. Potem straciłam przejściowo czucie w nodze. Przestraszyłam się. Lekarz skierował mnie na badania. To był najgorszy dzień w moim życiu.
Ma pani początki stwardnienia rozsianego – diagnoza brzmiała jak wyrok. – Proszę być dobrej myśli, choroba niekoniecznie musi szybko postępować. Czasem okresy remisji, czyli względnego spokoju, trwają nawet kilka lat.
Kilka lat! Przecież ja miałam ich dopiero 25! Przede mną było całe życie, czekał na mnie świat, ślub z ukochanym, własny dom, dzieci. Potrzebowałam czasu, żeby zdążyć to wszystko przeżyć!

Łukasz mocno trzymał moje dłonie, starając się dodać mi w ten sposób otuchy i jakby przejąć na siebie choć odrobinę mojego strachu. Tak, byłam przerażona. Bałam się nieznanego, z którym przyjdzie mi się zmierzyć samotnie. Nie mogłam pociągnąć za sobą Łukasza. Opieka nad chorą kobietą nie była tym, co powinien w życiu robić genialny naukowiec. 
Nie możesz się ze mną wiązać, będę ci zawadzać, może tak się stać, że będę się poruszać na wózku inwalidzkim – powiedziałam z pozornym spokojem. – Musimy się rozstać, dla twojego dobra.

Cieszymy się każdą chwilą, bo nie wiemy, ile nam ich jeszcze zostało

Chciałam się dla niego poświęcić, bo nic nie wydawało mi się tak ważne, jak jego szczęście. W tej najważniejszej chwili myślałam o tym, co będzie dobre dla Łukasza. To się chyba nazywa prawdziwa miłość, taka, która ukochaną osobę stawia ponad wszystko. To, że myślałam o Łukaszu, a nie o sobie, bardzo pomogło mi uporać się ze świadomością, że jestem nieuleczalnie chora. Nie pogodziłam się z wyrokiem, ale powoli zaczęłam oswajać tę myśl. 
Łukasz nie skomentował moich pomysłów na życie. Nadal nie był mocny mówieniu o sobie i o emocjach, które czuje, swobodnie poruszał się tylko w zagadnieniach fizycznych. Po prostu przy mnie trwał, cierpliwie pomijając milczeniem propozycje rozstania, które składałam mu co jakiś czas. W końcu się zdenerwował.
– Dlaczego mnie odpędzasz? – wybuchł z siłą, która mnie przestraszyła. – Myślałem, że jesteśmy razem na dobre i na złe, że nasz związek nie podlega dyskusji i rozważaniom, co jest bardziej opłacalne. Nie, nie poświęcam się. Poświęciłbym szczęście, gdybym musiał żyć z dala od ciebie. Czy choroba zmieniła coś między nami? Mniej się kochamy?
– Łukasz, jestem nieuleczalnie chora, ja już nigdy… – wydukałam przez łzy.
– I co z tego? Nie wyrzucaj mnie ze swojego życia, pozwól, że sam podejmę decyzję. Chcę tylko, żebyś ze mną była. Czy to tak wiele? 

Przekonał mnie. Wróciliśmy do Polski i wzięliśmy cichy ślub. W obecności najbliższej rodziny złożyliśmy przysięgę małżeńską. Słowa „i nie opuszczę cię aż do śmierci” nabrały konkretnego znaczenia, były obietnicą, z której do dziś czerpię siłę. Łukasz jest przy mnie, więc nie boję się walki. Może to pozytywne nastawienie spowodowało, że choroba nie postępuje. Przyczaiła się, jest we mnie i kiedyś wybuchnie. Ale jeszcze nie teraz. Żyjemy normalnie, pracujemy, spotykamy się z przyjaciółmi. Łukasz zrobił doktorat, jest zapraszany do współpracy przez rozmaite ośrodki naukowe. Pnie się w górę, pewnie niedługo zostanie najmłodszym w Polsce profesorem fizyki. Towarzyszę mu na rozmaitych galach, poznaję słynnych naukowców z całego świata. Często się wzruszam, bo Łukasz przedstawia mnie mówiąc: „moja żona” i zawsze wtedy w jego głosie dźwięczy autentyczna duma. Jakbym była najlepszym, co mu się w życiu przytrafiło. 

Jedno mnie tylko gryzie, nie mogę dać mu dziecka. Moje dni przesypują się jak piasek przez klepsydrę, nie wiem, czy dużo go tam jeszcze zostało. Nie powinnam planować, zaglądać w przyszłość. Będzie, co ma być, a tymczasem staramy się jak najlepiej przeżyć chwile, które są nam dane. Najlepiej – to znaczy razem. Nie tracę wiary i nadziei. Bo jak powiedziano „prawdziwa miłość może wiele znieść i nigdy się nie kończy”.

Więcej prawdziwych historii:
„Mam 35 lat, mieszkam z rodzicami, nigdy w życiu się nie upiłam i... jestem dziewicą. Nigdy nawet nie byłam na randce”
„Córka oskarżyła mojego partnera o gwałt. Świat mi się zawalił, a ta gówniara się świetnie bawiła”
„Nie chciałam pokazywać swojego faceta przyjaciółce, bo bałam się, że mi go odbije. Moje objawy były bardzo słuszne...”
„Wychodzę za mąż za faceta, którego znam 6 miesięcy. Matka się do mnie nie odzywa, a siostra dopytuje, czy wpadłam”