Historia wychowania w XX wieku

Rygorystyczny model wychowywania lat 50' musiał, w epoce hipisów, ustąpić podejściu antyautorytarnemu,w końcu ten ostatni również został zrewidowany. Zobacz, jak, w ciągu ostatnich 100 lat, zmieniały się poglądy na wychowanie.

Historia wychowania w XX wieku fot. Fotolia

Zasady dobrego wychowywania

U podstaw wszystkich naszych codziennych, ważnych i zupełnie – zdawałoby się –błahych poczynań wychowawczo-pielęgnacyjnych wobec dzieci leżą jakieś mniej czy bardziej uświadamiane wyobrażenia o tym, co jest właściwym sposobem wychowywania dzieci. Wyobrażenia owe wiążą się również z naszym własnym dzieciństwem.

Czasem jest to kontynuacja stylu, w jakim nas wychowywano, czasem poszukiwania zwracają się w kierunkach zupełnie odmiennych od tego, czego sami doświadczyliśmy w dzieciństwie. Nowy kierunek wyobrażeniom o optymalnym dla dziecka wychowaniu mogą na przykład nadać: książka, poglądy „bardziej doświadczonych” krewnych lub przyjaciół, styl pedagogiczny panujący w przedszkolu czy szkole. Raz przyjętym i uwewnętrznionym stylem wychowania posługujemy się po pewnym czasie niemal bezrefleksyjnie, a przynajmniej zwykliśmy to czynić tak długo, jak długo wychowanie dziecka nie przysparza trudności. Pojawienie się problemów zmusza do introspekcji i do szukania dróg wyjścia.

Bum na Bom’a

Prądy pedagogiczne są oczywiście związane z ich inicjatorami, lecz popularność i szybkość, z jaką się rozpowszechniają, jest również, choć w sposób znacznie mniej widoczny, zależna od czynników ogólnokulturowych i od tak zwanego ducha czasu.Warto przypomnieć w największym skrócie najważniejsze zmiany w sposobie myślenia o wychowaniu dzieci, jakie dokonały się w ciągu ostatnich mniej więcej sześćdziesięciu lat. Paulien Bom określa je bardzo trafnie jako „przeistoczenie się wychowawcy z pogromcy dzikich zwierząt w Anioła Stróża”.

Zobacz też: Wszystko o wychowaniu

Mama na rynku pracy

Do lat pięćdziesiątych XX wieku uważano, że najważniejsze zasady w praktycznym wychowaniu dzieci w domu to „spokój, czystość, regularność” (w języku holenderskim określa się taką postawę wychowawczą jako „zasadę trzech R”: Rust, Reinheid, Regelmaat), co wypływało z przekonania, że dzieci (nawet najmłodszych) nie wolno rozpieszczać.

Spocka, Freud i antyautorytarne wychowanie

W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ogromną popularność uzyskała –
i właściwie zachowała do dziś – książka Benjamina Spocka, który (opierając się między innymi na stwierdzeniach Zygmunta Freuda o traumatyzujących przeżyciach, których przyczyną może być wychowanie zgodne z zasadą „trzech R”), nadał zupełnie nowy kierunek wyobrażeniom o wychowaniu. Dla Spocka dziecko nie jest dzikim zwierzątkiem, które trzeba poddać tresurze, lecz indywidualnością, której odrębność i unikalność należy respektować i wobec której obowiązuje zasada bezwarunkowej miłości. Dziecko jest dobre z natury i w rozwój jego osobowości zarówno rodzice, jak i szkoła powinni możliwie mało ingerować. Spock stał się prekursorem zupełnie nowej kultury wychowania. Jego idee znalazły najbardziej skrajny wyraz w tak zwanym antyautorytarnym stylu wychowania, bardzo popularnym w Europie i USA w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku. W nieco zmienionej formie styl ten przetrwał do dziś.

Zobacz też:Dziecko z ADHD – poradnik dla nauczyciela

Badania Bowlby’ego

W 1953 roku John Bowlby opublikował wyniki badań przeprowadzonych na zlecenie Światowej Organizacji Zdrowia, dotyczących znaczenia więzi dziecka z matką. Konkluzja badań była następująca: długotrwały brak więzi z matką ma negatywne konsekwencje dla całego późniejszego życia. Teoria więzi Bowlby’ego (zwana również „teorią przywiązania”) stała się w latach sześćdziesiątych sławna na całym świecie i pomimo że słuszność niektórych konkluzji później zakwestionowano, można ją uznać za krok milowy w dwudziestowiecznej ewolucji poglądów na wychowanie.

Era Baltimore Study

W 1972 roku ukazało się Baltimore Study, publikacja zawierająca sprawozdanie z poświęconych obserwacji zachowania niemowląt i ich matek badań Mary Ainsworth i Sylvii Bell. Wyniki przedstawione w Baltimore Study są, mówiąc najkrócej, następujące: niemowlę ma zawsze powód do płaczu. Płacze, bo chce, żeby je pocieszyć. Należy niezwłocznie reagować na każdy płacz niemowlęcia, jako że wyraża ono w ten sposób potrzebę upewnienia się o istniejącej więzi pomiędzy nim a matką.

Podczas sześciu pierwszych miesięcy życia nie można dziecka rozpieścić.W późniejszych latach przeprowadzono szereg innych badań, które w znacznym stopniu podważyły wiarygodność Baltimore Study, lecz mimo to właśnie „duch z Baltimore” – czyli teoria przywiązania Bowlby’ego, ale w jej najbardziej skrajnym wydaniu – zyskał na pewien czas największą popularność i największy wpływ na sposób myślenia o wychowaniu i na wewnętrzną postawę wychowawcy względem dziecka.Nie bez znaczenia był przy tym z pewnością fakt, że publikację tę wydano w 1972 roku, to znaczy w okresie, gdy trwały jeszcze ruchy kontestacyjne wśród młodego pokolenia Europy Zachodniej i Ameryki Północnej. Właśnie duch Baltimore Study znakomicie pasował do „ducha czasów kontrkultury”.

Bowlby, „Baltimore” i ich następstwa

Idee Spocka, teoria przywiązania Bowlby’ego oraz konkluzje ze sławnego Baltimore Study zaowocowały w praktycznym wychowaniu najmłodszych dzieci popularyzacją metod karmienia piersią „tak często, jak często dziecko się zgłasza”, a oprócz tego zwyczajem ciągłego noszenia dziecka przy sobie w nosidłach czy chustach i poświęcania mu maksymalnej uwagi.

W odniesieniu do dzieci nieco starszych upowszechniły się postulaty „dzieciństwa bez granic”, zasady dawania dziecku całkowitej swobody pod każdym względem, unikania zakazów i nakazów oraz preferowanie partnerskich relacji między wychowawcami a małymi dziećmi.Ogromny wpływ na stosunek pedagogów i rodziców do kwestii władzy rodzicielskiej mają, poczynając od lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, idee Thomasa Gordona. Zwrócił on uwagę na ważność tego, w jakiej formie wychowawcy wyrażają oceny i uwagi skierowane do dzieci.

Jak komunikować się z dzieckiem?

Właśnie od formy przekazu zależy, zdaniem Gordona, czy wzmacnia się w ten sposób w dziecku ufność we własne siły i obraz samego siebie, czy też się je osłabia. Jeśli zwykliśmy się zwracać do dziecka z komunikatami typu „ty” (na przykład: „jesteś okropnym bałaganiarzem”), to osłabiamy jego wizerunek własny. Gdy zaś staramy się używać form przekazu typu „ja” (na przykład „bardzo mnie drażni, gdy rzeczy nie leżą na swoim miejscu”), to wówczas stymulujemy dziecko do autorefleksji i do ewentualnej zmiany postępowania, co działa nań pozytywnie.

Oto w największym skrócie przegląd popularnych stylów wychowania ostatnich sześćdziesięciu lat. Owoce tych radykalnych zmian w ocenie roli wychowawcy żyją w nas wszystkich, nie tylko w wyobrażeniach, lecz także – gdzieś pod progiem świadomości – w sferze emocjonalnej.

Fragment pochodzi z książki: "Mam czas dla dziecka. Pedagogika waldorfska dla najmłodszych. Propozycja alternatywnej kultury wychowania w domu, przedszkolu i w żłobku", Barbara Kowalewska (Wydawnictwo Impuls). Publikacja za zgodą wydawcy.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)