POLECAMY

Urodziłam dziecko na prośbę męża. Nie umiałam być dobrą matką

Nie każda kobieta musi czuć potrzebę posiadania dziecka... Gdzie szukać winnych finału tej sytuacji?

/ 3 miesiące temu
Urodziłam dziecko na prośbę męża. Nie umiałam być dobrą matką fot. Fotolia

Pochodzę z wielodzietnej rodziny, miałam sześcioro rodzeństwa. Mama wprawdzie nie pracowała, ale w domu zawsze było coś do zrobienia, więc ja, jako najstarsza, musiałam jej pomagać. Miałam piętnaście lat, kiedy mama znowu zaszła w ciążę. Nie mogłam w to uwierzyć. Znowu?!

– Może byście przestali? Mało macie dzieci? – wykrzyczałam rodzicom.
– Córcia, nie cieszysz się, że jest was dużo? – spytał tata zdziwiony.
– Nie! – odpowiedziałam przez łzy.
– Wolałabym być jedynaczką.
Wtedy obiecałam sobie, że ja nie będę miała dzieci. Nie chcę w kółko zajmować się kimś, wolę zajmować się sobą.

Wszystko, co osiągnęłam, zawdzięczam ciężkiej pracy

W liceum bardzo się starałam, żeby mieć najlepsze oceny. Świetnie zdałam maturę i dostałam się na studia, na ekonomię. Otrzymałam stypendium i miejsce w akademiku – tam miałam wreszcie spokój. Do rodziców jeździłam rzadko, nawet wakacje spędzałam po swojemu, to znaczy pracując. Już po drugim roku załatwiłam sobie wyjazd do Norwegii, a potem jeździłam tam ze znajomymi rok w rok, odkładając oszczędności. Po skończeniu studiów udało mi się zatrudnić w dużym banku, najpierw na stażu, ale wkrótce, jako wzorowa stażystka, dostałam etat. Byłam zachwycona, wzięłam kredyt, kupiłam niewielkie mieszkanie. Teraz nie jeździłam za granicę pracować, jeździłam tam odpoczywać. Rodzice powtarzali, że są za mnie dumni, ale czułam, że woleliby, żebym założyła rodzinę, czyli wyszła za mąż i urodziła dzieci. Moje młodsze siostry były już mężatkami i mamami.

Kiedy po raz pierwszy zawiozłam Andrzeja do rodziców, mama była zachwycona. W końcu najstarsza córka znalazła sobie chłopaka, może więc jednak nie zostanie starą panną. A on od razu poczuł się jak w domu.
– Gdyby nie to, że tak bardzo cię kocham – powiedział, kiedy wróciliśmy do siebie – ożeniłbym się z tobą po to, żeby wejść do twojej rodziny. Jest wspaniała, tyle w niej ciepła...
– Andrzej, nie masz pojęcia, o czym mówisz – odpowiedziałam. – Ja wolałabym być jedynaczką.
– Bo nigdy nie byłaś – roześmiał się. – Wydaje mi się, że to ty nie wiesz, o czym mówisz. Okropnie jest być jedynakiem, uwierz mi.

Wzruszyłam ramionami, nie miałam zamiaru kłócić się, kto z nas miał lepsze, a kto gorsze dzieciństwo. I tak by mnie nie przekonał.


Wkrótce się pobraliśmy.
Lubiłam odwiedzać teściów, za to Andrzej wolał jeździć do mojej rodziny, szczególnie na święta lub imieniny, kiedy w moim rodzinnym domu robiło się tłoczno. Na jednym z takich zjazdów, jakiś dwa lata po ślubie, tato zwrócił się do Andrzeja:
– No to, kochany zięciu, kiedy powiększy się wam rodzina?
– Jeszcze nie rozmawialiśmy o dzieciach – odparł mój mąż nieco speszony. – Oboje pracujemy, mamy do spłacenia duży kredyt...
– Dzieci to szczęście – westchnął ojciec, wodząc wzrokiem po wnukach, których z roku na rok przybywało.
Po tej rozmowie Andrzej jakoś szybko zaczął tęsknić do ojcostwa.

– Ja to chyba nie nadaję się do dzieci – zbywałam go, gdy zaczynał temat.
– Jak to się nie nadajesz? Twoja rodzina ma to w genach.
– Skąd wiesz?
– Widzę, jak Aśka świetnie zajmuje się swoimi dziećmi, Beata swoimi.
– To trzeba było ożenić się z Aśką lub z Beatą – zdenerwowałam się.

Gdy tłumaczyłam, dlaczego nie chcę mieć dzieci, przekonywał, że będzie mi pomagał, że dziecko w niczym mnie nie ograniczy.

Czasem dyskutowaliśmy, czasem kłóciliśmy się, czasem żartowaliśmy, ale Andrzej nie odpuszczał. W końcu dopiął swego. Z miłości do męża zdecydowałam się urodzić dziecko. Szybko zrozumiałam, że to była zła decyzja. Małej jeszcze nie było, a ja już czułam się ograniczona i zniewolona. Musiałam zrezygnować z wysokich szpilek i eleganckich sukienek. W połowie ciąży pojawiły się problemy, dostałam zwolnienie i zalecenie, żeby nie przemęczać się, dużo leżeć i odpoczywać. To mnie denerwowało, zawsze żyłam na pełnych obrotach. Andrzej, co prawda, troskliwie się mną opiekował, ale i tak odliczałam dni, kiedy ten koszmar się skończy i będę mogła wrócić do pracy. Stałam się wybuchowa, często wpadałam w złość. Gdyby nie anielska cierpliwość mojego męża, kłócilibyśmy się chyba non stop.

W końcu urodziłam córkę. W rodzinie zapanowało święto. Najbardziej cieszyli się rodzice Andrzeja, w końcu oni mieli go tylko jednego i Kasia była ich pierwszą, wyczekaną wnuczką. A ja, tak naprawdę, zamiast radości i dumy poczułam ulgę, że już mogę wrócić do normalnego życia. Okazało się jednak, że niezupełnie.

Zdaniem rodziny powinnam karmić piersią, siedzieć z dzieckiem w domu, wychodzić tylko na spacery do parku i cieszyć się z życia pełnoetatowej mamy. Nie potrafiłam tak. Wytrzymałam pół roku. Któregoś dnia poczułam, że jeszcze trochę, a oszaleję, zacznę krzyczeć, gryźć i zrobię krzywdę sobie lub dziecku. Wtedy postanowiłam jak najszybciej wrócić do pracy. Zaczęłam przestawiać Kasię na sztuczny pokarm i rozglądać się za opiekunką. Andrzej oczywiście natychmiast zaprotestował.
– Nie możesz zostawiać takiego maluszka z obcą kobietą – przekonywał.
– Nie mam wyjścia – upierałam się.
– Marta, przecież wcale nie musisz wracać do pracy, prawda? Stać nas na to, żebyś nie pracowała.
– To nie chodzi o pieniądze.
– Więc o co?
– O moje zdrowie psychiczne.
– Głupoty opowiadasz!
– Andrzej, ja dopiero zacznę opowiadać głupoty, jak dalej będę robić za kurę domową.
– Martunia, kochanie moje, przecież nie robisz za kurę domową, tylko za mamę naszej małej córeczki. Ona potrzebuje twojej opieki.
– A ja potrzebuję ludzi!

Nie wiem, czym by się to skończyło, gdyby nie pomoc teściowej.

Zaproponowała, że ona zajmie się Kasią. Na opiekę matki Andrzej się zgodził, choć oczywiście zachwycony nie był. Chwilami miałam wrażenie, że naprawdę powinien ożenić się z którąś z moich sióstr, najlepiej z Aśką, która siedziała w domu i wychowywała trójkę dzieci. Zachowywała się, jakby takie życie sprawiało jej to satysfakcję, jakby zmienianie pieluch i gotowanie zupek było jej marzeniem.

Hej, mamo, to ja. Córka, którą zostawiłaś. Od 24 lat próbuję zrozumieć, dlaczego...

Wróciłam do eleganckich kostiumów, szpilek i pracy w banku.

Początkowo miałam nie zostawać po godzinach, nie wysiadywać na konferencjach, a popołudnia spędzać z córką. Szybko okazało się, że nie jest to takie proste. Nie mogłam tracić czasu na siedzenie w piaskownicy lub na dywanie! Kasia coraz dłużej przebywała z teściową lub z tatą, a ja coraz bardziej poświęcałam się pracy. Andrzej próbował mi tłumaczyć, że zaniedbuję dziecko. Dziś myślę, że miał rację, ale wtedy nie chciałam rezygnować z niczego, co było dla mnie ważne.
– Przecież małej nie dzieje się krzywda z twoją mamą – złościłam się, kiedy mąż wytykał mi zaniedbania.
– Ale to ty jesteś jej matką. Jeszcze trochę, a zacznie na babcię mówić mama, a zapomni, jak wyglądasz.
– Przesadzasz.
– Gdybyś się bardziej nią interesowała, sama zauważyłabyś, że mam rację. Dziecko potrzebuje matki w domu.
– To trzeba było ożenić się z kobietą, która siedziałaby w domu jak kura na grzędzie – wysyczałam ze złością.
– Wszystko przede mną – warknął.
– Proszę bardzo – powiedziałam tak, bo byłam zła, ale wierzyłam, że mnie kocha i nigdy nie porzuci.

Nawet teściowa próbowała ratować nasze małżeństwo.

Teściowa na ogół nie wtrącała się do naszego małżeństwa. Kilka razy usiłowała zwrócić mi uwagę, że poświęcam Kasi za mało czasu, ale kiedy zobaczyła, że to nie przynosi efektu, przestała. Kiedyś zauważyłam jednak, że jest dziwnie smutna.
– Coś się stało? – zapytałam.
– Nie wiem – odpowiedziała – chyba jeszcze nie.
– O czym mama mówi?
– Czy nie uważasz, dziecko, że zaniedbałaś rodzinę. Ja nie chcę się wtrącać, ale nie masz czasu ani dla Kasi, ani dla Andrzeja.
– Moja praca wymaga pewnych poświęceń – starałam się zachować spokój, choć byłam zła.
– Tak, tak, ja wiem, ale...
– Powiedziała mama, że nie chce się wtrącać, więc proszę tego nie robić!
Teściowa popatrzyła na mnie smutno, ale nic więcej nie powiedziała.
Miesiąc później wybierałam się na szkolenie do Krakowa, na całe dwa tygodnie. Andrzej był temu przeciwny, ale nie mogłam zrezygnować, od tego szkolenia zależał mój awans.
– Mam tego dosyć! – krzyczał, kiedy pakowałam walizkę. – Niby mam żonę, a właściwie jej nie mam. Wiecznie praca, szkolenia, kursy, wyjazdy integracyjne. Gdzie w tym wszystkim jesteśmy my, ja i Kasia?
– Proszę cię, przestań...
– Dobrze, jedź, będziesz miała dużo czasu, żeby przemyśleć sobie nasze małżeństwo i twoje do niego podejście. Dalej tak być nie może.
– Nic nie przemyślę! Ja tam nie jadę leżeć na leżaku i rozmyślać o tobie, ale pracować – przypomniałam.
Andrzej przez chwilę patrzył na mnie w milczeniu, widziałam, że bardzo zabolało go to, co usłyszał.
– Więc pracuj, nie będziemy ci przeszkadzać – powiedział w końcu.
Po powrocie zastałam puste mieszkanie. Natychmiast zadzwoniłam do męża z pytaniem, co to ma znaczyć.
– Wyprowadziłem się – usłyszałam tylko krótkie wyjaśnienie.
– Jak to się wyprowadziłeś? Dokąd? Gdzie jest Kasia?
– Na razie u rodziców, ale wkrótce przeniosę się do wynajętego mieszkania. Kasia oczywiście jest ze mną.
– Oszalałeś?! Nie możesz zabrać mi dziecka! – krzyknęłam.
– To dziecko ledwie cię zna – odpowiedział Andrzej. – Możesz się z nią spotykać, kiedy tylko zechcesz... jeśli znajdziesz na to czas – dodał.
– Ale ja nie chcę się rozwodzić! Kocham cię, Andrzej – załkałam.
– Nie, ty kochasz tylko swoją pracę
– odpowiedział mój mąż.

Nie musisz wydawać milionów, żeby poczuć się jak w raju! 7 najlepszych plaż w Europie

Andrzej w końcu spełnił swoje marzenia. A ja?

Wzięliśmy z Andrzejem rozwód za porozumieniem stron. Uniosłam się honorem i nie chciałam go o nic prosić. Domaga się rozwodu, niech ma. Początkowo zamierzałam walczyć o Kasię, ale doszłam do wniosku, że bym ją w ten sposób skrzywdziła. Bardziej niż ze mną była związana z babcią i z ojcem. Widywałyśmy się raz na tydzień, później raz na dwa tygodnie, w końcu raz na miesiąc. Właściwie niewiele miałyśmy sobie do powiedzenia. Zabierałam ją na lody albo do pizzerii, kupowałam prezenty. I na tym właściwie się kończyło. Zabolało mnie, kiedy pół roku temu Andrzej się ożenił, a Kasia powiedziała mi, że będzie miała siostrzyczkę i, że ogromnie się z tego wszyscy cieszą.

A, niech tam... Próbuję to sobie jakoś poukładać. Na razie w ramach rekompensaty zapisałam się na dodatkowe studia. Mam teraz dużo czasu, nikt i nic mnie nie ogranicza. Mogę się rozwijać. Tylko po co?

Nie każda kobieta musi czuć potrzebę zostania matką.

Nie chciałam urodzić tego dziecka... Nie temu mężczyźnie! - smutna historia Sandry

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (8)
/2 miesiące temu
Jesli nie chce śpię mieć dzieci,to po co wychodzic za mąż? Lepiej żyć w związku nieformalnym i miec swiety spokój, spotykać się,kiedy wam pasuje i czerpać z życia same przyjemności, a malzenstwo to obowiązki i nieustanna praca nad związkiem. Jak ktoś nie dojrzał,to nie powinien podejmowac takiwj decyzji
/2 miesiące temu
cóż, każdy ma wybór.nie każda kobieta marzy o dzieciach i trzeba to zrozumieć.uleganie presji otoczenia prowadzi do takich właśnie skutków jak opisane.ale nie zgodzę się, że "albo rybki albo akwarium", przy dobrej woli obojga partnerów można połączyć pracę zawodową (a nawet rozwój zawodowy) z posiadaniem i wychowywaniem dzieci.jestem tego przykładem.choć oczywiście, nie mam całego dnia dla dzieci, a będąc w domu mam jeszcze sporo innych "domowych" obowiązków, bo one nie znikają wraz z pójściem do pracy ;) ja osobiście jestem zadowolona z takiej opcji, choć w efekcie nie mam właściwie czasu dla siebie.
/3 miesiące temu
Ale jestes pusta i zepsuta od środka. Rozumiem , ze mogłaś nie być gotowa na dziecko , ale jak juz je urodziłaś, patrzylas jak rośnie czastka ciebie to nie rozumiem jak mogłaś ją zostawić , wręcz porzucić dla kontaktu z jakimiś ludźmi gdzie co drugi to psychol. Mi mojej córki jest żal zostawić z kimś na 2 h jak juz musze i martwie sie caly czas czy ktoś dobrze sie nią zajmuje. Zniszczylas sobie życie. Chociaż nie wiem czy takie puste babki kiedys zrozumieją co zrobily. Wspolczuje twojemu mężowi , ze trafil akurat na ciebie, a twojej córce tez, ze stala sie ofiarą twojej słabej psychiki i braku osobowości. :'(
POKAŻ KOMENTARZE (5)