Proszę Państwa, 2 lipca 2026 roku skończyło się małżeństwo Damiana i Marty z “Love is Blind Polska”. Tę ważną informację do informacji publicznej podała nie Joanna Szczepkowska, a sam zainteresowany – Damian Gawron. W niespełna dobę podcast, w którym ogłosił rozstanie w towarzystwie kolegi z programu Kamila “Uno”, obejrzało ponad 90 tys. osób. Całkiem nieźle jak na debiutancki odcinek. Panowie, choć nowi w mediach, najwyraźniej zdążyli już zrozumieć, co klika się najlepiej.
WIDEO…
Definicja prawdy
Marta Frymer, czyli druga strona medalu (choć nie za 50 lat pożycia małżeńskiego), skomentowała ten showbiznesowy news tygodnia powiedzeniem “Prawda jest jak du**. Każdy ma swoją”. Kto chciałby w tym momencie zarzucić jej wulgarność, powinien przypomnieć sobie odcinek programu, w którym zapytała przyszłego męża o to, jaką bieliznę chciałby, żeby założyła na ślub. A raczej odpowiedź, której nie zacytuję.
Para, która została przedstawiona w programie Netflixa jako najlepiej dobrana i najsympatyczniejsza (mimo żartów Damiana brzmiących jak gadka 15-latków w męskiej szatni), korzystała z terapii, ale finalnie miała nie wytrzymać presji związanej z emisją “Love is Blind”. Choć Netflix rzadko dzieli się statystykami swoich programów, reality show długo utrzymywało się w TOP 10 najchętniej oglądanych programów w Polsce, zdobywając też ogromną popularność w Czechach, na Łotwie czy Islandii, a także w tak odległych miejscach jak Brazylia czy Stany.
Reakcje widzów to w pierwszej kolejności zawód – wszyscy lubimy happy endy – ale nie ma, co płakać nad rozlanym mlekiem. Ciekawsze jest tu co innego – to, że mleko się rozlało, ale jakimś cudem panowie przeszli nad nim suchą stopą. Pytanie brzmi: dlaczego. Zacznijmy jednak od końca.
Lady Di z "Love is Blind"
“Wywiad”, w którego opisie czytamy: “Damian po raz pierwszy otwarcie odpowiada na pytania o relację z Martą. Czy nadal mają kontakt? Czy miłość okazała się wystarczająca?”, mimo że przytłaczająco powolny, został zrobiony z dramaturgią przywodzącą na myśl kultową rozmowę Księżnej Diany z Martinem Bashirem z 1995 roku. Tę, w której po raz pierwszy opowiedziała o kulisach życia w brytyjskiej rodzinie królewskiej, a także przyznała publicznie, że w jej małżeństwie były trzy osoby, nawiązując do romansu Karola z Camillą Parker Bowles.
Oświadczenia o rozpadzie małżeństwa wydawane wspólnie i publikowane na Instagramie (ostatnio przez Tomasza Kota i Marcina Prokopa) nie cieszą się szacunkiem odbiorców, ale mają jeden, zasadniczy plus: ucinają pytania.
I niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie był w sytuacji porozstaniowej, w której tłumaczy się szeregowi dalszych znajomych i ciotek, którzy nic nie wiedzieli. A dlaczego? A kiedy to było? “Nigdy go nie lubiłam” vs “A taki dobry chłop”. Nie, żebym zachęcała do wydawania publicznych oświadczeń, ale niewątpliwie zwalniają osoby publiczne z odpowiadania na część niewygodnych pytań, rozwiewają też wątpliwości i domysły.
W przypadku Damiana i Marty tak się nie stało. To on, bez wiedzy jeszcze-żony, postanowił nie tylko upublicznić informację, ale też wykorzystać ją do promocji swojego podcastu.
10 w skali Beauforta
Skala Holmesa i Rahe'a została stworzona, by mierzyć natężenie stresu spotykające daną osobę w danym roku. Różnym wydarzeniom z życia zostały przypisane “punkty” – osoby, które przeżyły wiele obciążających psychicznie sytuacje w ciągu ostatnich 12 miesięcy (jak np. narodziny dziecka, śmierć rodzica i utratę pracy), są bardziej narażone na objawy somatyczne (np. ataki paniki, bezsenność, drżenie rąk, zespół jelita drażliwego), załamanie nerwowe (zwane dziś fachowo kryzysem psychicznym), czy depresję. Na czele stresorów, tuż za śmiercią współmałżonka, jest rozwód. Na miejscu trzecim – rozstanie.
Niestety skala nie ujmuje takich wydarzeń jak nagłe zyskanie popularności, czy publiczne ogłoszenie rozpadu związku za twoimi plecami.
To nie tak, że nie żal mi Damiana. Zakładam, że podobnie jak Marcie jest mu trudno, rozstanie to zawsze utracona nadzieja, utracona bliskość, poczucie zawodu drugą osobą, ale i samym sobą, często też przekonanie, że “już nic nas nie czeka”.
Jednocześnie nie mam wątpliwości, że chłopcy (celowo używam tego określenia) monetyzują swój krótki moment popularności, jak tylko umieją. Nie byłoby w tym nic złego, bo i kto z nas patrząc na życie influencerów, nie myśli czasem, że “fajnie mają” – żadnego etatu, egzotyczne wakacje, designerskie wnętrza, a to wszystko z pokazywania suplementów, kremów i innych bajerów. Tyle że panowie poniekąd wybijają się na plecach swoich byłych już narzeczonych. Może i między wierszami, bo komentujący co do zasady są złośliwi, ale za podłością nie przepadają, ale jednak.
Klasyczni narcyzi i "W ciemno"
Przed wywiadem a la Lady Di, panowie wypuścili kawałek hip-hopowy. Swój skład nazwali po warunach: Red Flag – Klasyczni narcyzi. Miało to być rzecz jasna ironiczne nawiązanie do programu, ale słuchając ich wywodów trudno nie pomyśleć, że oto rozmawiają o uczuciach dwaj redflagowcy. A żeby było zabawniej, ich podcast ma zajmować się zdrowiem psychicznym i emocjami. W kraju, w którym nie ma ustawy o zawodzie psychoterapeuty, zajmujący się pośredniczeniem w rekrutacjach i wynajmem samochodów będzie dyskutował o zdrowiu psychicznym z korporacyjnym project managerem. Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie było niepokojące.
W utworze “W ciemno” (wszak miłość jest ślepa) nawijają między innymi o kupowaniu obserwujących na insta, albo fraza “gadając o mnie, chcesz zbudować prestiż” – paradne, zważywszy, kto tu gada o kim. Szkoda, że nie było miejsca na zwrotkę o tym, że Damianowi trudno było znieść fakt, że Marta zarabiała znacznie lepiej od niego (green flag?).
Przejmując narrację Damian i Kamil robią z dziewczyn potwory, tyle że w białych rękawiczkach, “co złego to nie oni”. W Polsce umiejętność naprawdę podstawowej i niezbyt pogłębionej rozmowy o emocjach czyni z ciebie wspaniałego, wartościowego faceta. Weźmy Kamila – który jako pierwszy z uczestników zgodził się udzielić długiego wywiadu (w dodatku spalonemu na wielu frontach Filipowi Chajzerowi) – mimo powtarzanego pytania o założenie rodziny, nie był w stanie udzielić odpowiedzi innej niż “wszyscy znajomi mają dzieci”, “pochodzę z dużej rodziny”. Marna motywacja, jak na kogoś, kto chce rozmawiać na głębokie tematy psychologiczne.
Nie chodzi o to, że Kamil i Damian powinni zamilknąć i przywdziać pokutne szaty. Uczestnicy reality show też mają prawo opowiedzieć własną wersję wydarzeń. Zwłaszcza kiedy przez kilka tygodni stają się dobrem wspólnym widzów, którzy po trzech odcinkach wiedzą już, kto ma unikający styl przywiązania, kto toksyczną rodzinę, a kto powinien iść na terapię.
Problem zaczyna się w momencie, gdy „moja wersja” zostaje opakowana jak premiera formatu: tytuł, dramaturgia, kolega w roli prowadzącego i była partnerka jako zawoalowany temat odcinka. Trudno wtedy mówić wyłącznie o potrzebie zamknięcia sprawy. To raczej zamknięcie sprawy z dobrym potencjałem zasięgowym.
Przeczytaj także:
- Miłość w czasach swipe’owania. Dlaczego „Love is Blind” trafia w czuły punkt randkujących w 2026 roku?
- "Nie mogę gadać, bo jestem w klubie książki". Nowa moda, motywacja czy snobizm intelektualny?
- Kochanka, kłamstwa i posty na grupach. Polujemy na "tę drugą", a facetom dajemy immunitet



























