POLECAMY

Czy możliwe jest całkowite poznanie cewebryty?

Całkowite poznanie cewebrytów nie jest możliwe. Wiąże się to z tym, że każdy może w internecie kreować siebie na taka osobę, jaką tylko potrafi sobie wyobrazić. Ale czy nam to przeszkadza? Czy sława w internecie potrafi zamienić cewebrytę w prawdziwego celebrytę?
Czy możliwe jest całkowite poznanie cewebryty? fot. Fotolia

Czy łudzimy się myśląc, że w znamy cewebrytów?

Terri Senft na swoim blogu dostała pytanie: czy nie łudzimy się (tak jak w przypadku tradycyjnych gwiazd), że znamy te osoby? Krótka odpowiedź to po prostu: „tak” – łudzimy się. Jednak Senft dodaje od razu: „[...] ale czy nie łudzimy się za każdym razem, kiedy myślimy, że w pełni znamy kogoś innego?”.

Badaczka, ilustrując swoje stwierdzenie, przywołuje socjologa Ervinga Goffmana, dla którego tożsamość człowieka sprowadza się do serii występów, jakie wykonuje on przed różnymi widowniami w swoim życiu – z inną publicznością będzie miał do czynienia, odgrywając rolę studentki, z inną – rolę dziewczyny, a jeszcze z inną – rolę córki.

„Różne widownie, różne prezentowane rzeczywistości” – jak pisze Senft. A zatem z tej perspektywy pytanie o to, czy nie łudzimy się, że kogoś znamy, sprowadza się do określenia, jaką widownię dla tej osoby stanowimy.

Jakiej widowni oczekują sławne osoby?

W przypadku „hollywoodzkiego celebryty” jest to widownia o jednej ściśle określonej funkcji – to „płacący klienci”. Widownia kogoś zaangażowanego w proces mikrocelebryty, jak ona to określa, jest już jednak do zdefiniowania o wiele trudniejsza. Bo o ile w przypadku camgirls taka płacąca klientela także zawsze była brana pod uwagę, o tyle sprawa wygląda zupełnie inaczej u „brandujących się” pracowników akademickich pragnących w ten sposób stworzyć kolejny kanał komunikacji ze swoimi studentami.

A już na pewno zysk ekonomiczny nie jest brany pod uwagę w przypadku, jak podaje Senft, młodych dziewcząt wymieniających się na YouTubie filmikami, na których po prostu tańczą. Zatem o ile w przypadku tradycyjnego celebryty budowanie jego sztucznego wizerunku – „wprowadzenie w błąd” – działa, przy uwzględnieniu funkcji widowni, jakoby z automatu, o tyle w Internecie może ono również wystąpić, ale jest to wyłącznie jedna z wielu strategii, jakie można tam obrać.

Ponieważ są ludźmi, osoby zaangażowane w mikrocelebrytę są tak samo zdolne do jednostronnej prezentacji, krętactw i zwyczajnych kłamstw jak reszta z nas – wyjaśnia badaczka. – Różnica pomiędzy tymi ludźmi a autentycznymi celebrytami jest taka, że dla tej drugiej grupy wprowadzanie w błąd nie jest przypadkiem albo strategią: to strukturalizujący fakt ich egzystencji.

Zobacz także: Jaki zasięg ma sława cewebrytów?

Dlaczego cewebryta jest dla nas autentyczny?

Faktycznie dzięki temu, że cewebryta nie oszukuje nas z definicji, relacja z nim jest o wiele bardziej autentyczna – nawet jeżeli kłamie z wyboru – ale tak naprawdę... jego publiczności najczęściej nie obchodzi, czy on kłamie czy nie. Takie pytania miały rację bytu w świecie celebrytów: naturalne wydaje się tam dociekanie o to, kim naprawdę jest akwizytor, który do nas przychodzi, albo w jaki sposób się nim stał, dzięki jakim cechom.

Jednak w przypadku opartej na subkulturach sieci, gdzie różnego rodzaju sukces jest dla każdego na wyciągnięcie ręki, pytania o autentyczność tracą sens. Zamiast tego, jak zauważa Terri Senft, zainteresowanie internautów dokonuje „etycznego zwrotu”: w miejsce spekulowania,

[...] kim webowa osobowość „jest naprawdę”, widzowie mają tendencję do dyskutowania zobowiązań tej osobowości wobec tych, którzy uczynili ją tym, czym ona jest. To dlatego że w Sieci popularność zależy od łączności z czyjąś publiką, zamiast od wymuszonej separacji od niej.

W sieci bowiem nie jestem sam, oddalony od swojego celebryty, a więc głodny każdej informacji na jego temat. Tutaj siedzimy obok siebie, ramię w ramię, więc dociekanie, kim on jest, nie ma sensu – nabiera go natomiast pytanie: co mógłby on dla mnie zrobić jako ta jedna konkretna tożsamość?

Zobacz także: Jakie relacje panuja między cewebrytami i ich fanami?

LonelyGirl15 i jej projekt

Dobrą ilustracją tego wszystkiego jest historia wideoblogerki LonelyGirl15. Bree, bo tak właśnie miała się ona nazywać, w swoich krótkich filmikach podawała się za 15-latkę ze „skłonnością do wypychanych pluszaków i chłopców z komputerami”, jak charakteryzuje ją Terri Senft. Nie potrzeba było dużo czasu, by dziewczyna stała się „obsesją »milionów« widzów”. W pewnym momencie jednak internauci odkryli (jak to mówi Jay Maynard, internetowi ludzie są nieźli w wykrywaniu bredni), że Bree nie jest jej prawdziwą tożsamością – „naprawdęjest nią Jessica, 20-letnia absolwentka szkoły filmowej, a cały projekt stanowi swoiste przygotowanie do produkcji filmu.

Prasa od razu podniosła głos: „Czy ujawnienie prawdziwej tożsamości LonelyGirl15 jako aktorki zmieni to, jak ludzie interpretują amatorskie wido online?” – pytał np. na sponsorowanym przez „The New York Times” blogu jeden z redaktorów tego dziennika. Ale, ku jego zaskoczeniu, tylko garstka internautów w ogóle przyznała, że dała się nabrać. Wielu natomiast twierdziło, iż nie ma nic szkodliwego w tym, że parę osób próbowało w taki sposób zdobyć dla siebie kontrakty filmowe. A jeden nawet porównał tę gazetę do wygłupiającej się starej babci. „Jesteś na to za stara – pisał. – Zabieram cię do domu”.

Marie Digby i jej kontrakt z Hollywood Records

Raz na jakiś czas przemysł branży rozrywkowej podejmuje próbę wykorzystania tej specyfiki sieci do oddolnego promowania, pod przykrywką zwykłego człowieka, swojej przyszłej gwiazdy. Innymi słowy: zamiast wrzucania nowego celebryty wprost do krótkiego czoła, wrzuca się go gdzieś w długim ogonie w nadziei, że zostanie on wypchnięty, a tak stworzona gwiazda będzie jeszcze bardziej przez wszystkich uwielbiana – bo w końcu jest nasza (plus drastycznie zmniejsza to koszty promocji).

Tego typu technikę obrazuje historia piosenkarki Marie Digby, choć trzeba zastrzec, że sprawa nie jest do końca transparentna i wobec argumentów każdej ze stron należy zachować dystans. Ta 24-latka zaczęła gromadzić wokół siebie widownię dzięki wykonywanym przez siebie coverom znanych utworów. Mniej więcej wtedy, gdy jeden z nich – Umbrella Rihanny – odtworzony został już ponad dwa miliony razy, należąca do The Walt Disney Company wytwórnia płytowa Hollywood Records wręcz krzyczała: „Przełomowa, fenomenalna Marie Digby z YouTube’a podpisuje [kontrakt] z Hollywood Records”.

Zarzuty postawione przed Hollywood Records

Tym, o czym [powyższe] ogłoszenie zapomniało wspomnieć, jest to, że Hollywood Records podpisało [kontrakt] z panną Digby [...] 18 miesięcy wcześniej, zanim została ona fenomenem YouTube’a –

piszą Peter Lattman oraz Ethan Smith z „The Wall Street Journal”. Oprócz tego ludzie z wytwórni mieli jej pomóc opracować strategię działania, skonsultować repertuar i rozdystrybuować wysokiej jakości nagrania Umbrelli do stacji radiowych i serwisu iTunes. Pomimo to sama Digby na swoim blogu, jak przytaczają redaktorzy ww. gazety, miała stwierdzić:

NIGDY w życiu nie pomyślałabym, że zrobienie mojego małego wideo Umbrelli w moim salonie do tego doprowadzi. programy telewizyjne, itunes, etc !!!

Na te wszystkie zarzuty „The Wall Street Journal” odnośnie do jej kontraktu z wytwórnią piosenkarka odparła natomiast, że nigdy nigdzie nie podała informacji, że żadnego kontraktu nie ma podpisanego, o jej związku z Hollywood Records można się było dowiedzieć już co najmniej miesiąc przed publikacją artykułu, m.in. z wywiadu radiowego, a także że jej obecność na YouTubie była jej inicjatywą, którą sama prowadziła i pokazywała tam prawdziwą siebie.

Nie jest to odpowiednie miejsce, aby rozstrzygać tę sprawę – tym bardziej, jeśli chce się pozostać wiernym duchowi sieci, któremu obojętne jest, kim dana postać jest „naprawdę”. Wzruszając zatem ramionami, można się natomiast zastanowić, jaka nauka płynie z tej historii.

Otóż faktem jest, że Digby zdołała do tej pory wydać już kilka płyt, a najpopularniejsza z nich (ta pierwsza), według Wikipedii, sprzedała się na całym świecie zaledwie w 80 tysiącach sztuk, mimo że Umbrellę odtworzono na YouTubie już ponad 18 milionów razy. Obojętnie więc, czy to Disney chciał stworzyć z niej nową gwiazdę czy covery na YouTubie były prywatną próbą młodej piosenkarki zwrócenia na siebie uwagi, prawdą jest, iż pomimo jej całkiem dużego sukcesu w sieci nie była ona w stanie niejako przepisać siebie na celebrytkę w klasycznym tego słowa znaczeniu.

Fragment pochodzi z książki „CeWEBryci – sława w sieci” Michała Janczewskiego (wydawnictwo Impuls, 2011). Publikacja za zgodą wydawcy.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)