Jak kochać, to... księcia

W miłości chciałam mieć wszystko albo nic – czy to naprawdę niemożliwe?
Jak kochać, to... księcia
Miłość miała mnie ogarnąć, jak pożar, strzelić jak grom, pojawić się z fanfarami.
A przyszła skromna i tak cicho, że prawie ją przegapiłam...


Zobaczysz, że się doigrasz – mama, widząc, że wyrzucam ciuchy z szafy w poszukiwaniu wystrzałowej kreacji, tylko pokiwała potępiająco głową.
– Oj, mamuś, nie kracz – uśmiechnęłam się. Doskonale wiedziałam, co myśli. Że w moim wieku czas się ustatkować, pomyśleć o rodzinie, domu, dzieciach.
A ja? No cóż... Twierdziłam, że jeszcze nie dojrzałam do pieluch i że kiedy mam się bawić, jeśli nie teraz. Zresztą, 28 lat – co to znowu za wiek? Nie była to do końca prawda, ale nawet przed sobą niechętnie się do tego przyznawałam. Bo to trochę głupio w dzisiejszych czasach marzyć o księciu z bajki. A ja... No dobrze, może i naczytałam się głupot w szczenięcych latach, ale... Czy to tak znowu źle?

W miłości chciałam mieć wszystko albo nic - czy to naprawdę niemożliwe?
Pamiętam swoją pierwszą miłość. Miałam 15 lat, mieszkałam w internacie. On był w klasie maturalnej. Sama się dziwiłam, że zwrócił na mnie uwagę. Mówił do mnie "księżniczko" i tak traktował. Nosił na rękach dosłownie i w przenośni. Może stąd te moje marzenia? Tamten "romans" minął tak samo szybko i łagodnie, jak się zaczął. Po jego maturze poszliśmy na długi spacer i on łagodnie, czule i cierpliwie wytłumaczył mi, że w naszym wieku 4 lata, to przepaść, że związek na odległość jest trudny, że za nic nie chciałby mnie skrzywdzić... Pewnie, popłakałam sobie trochę, ale serca mi to nie złamało. Tylko, że od tej chwili wszystkich swoich chłopaków porównywałam z Mariuszem. Żaden nie wytrzymywał konkurencji. Żaden nie był tak przystojny, tak inteligentny. I żaden nie umiał prawić takich komplementów.
– Czego ty chcesz, głupia babo? – pytała moja przyjaciółka Monika, za każdym razem, kiedy zrywałam kolejny, jej zdaniem fantastyczny, związek.
– Jak kochać, to księcia. Chcę bajki – odpowiadałam niezmiennie.
– Julia Roberts się znalazła – prychała Monika, robiąc aluzję do słynnego filmu "Pretty Woman".
Coś w tym było. To był mój ukochany film. Oglądałam go milion razy i zawsze, kiedy Vivian odrzucała propozycję Edwarda, by pojechała z nim do Nowego Jorku, tłumacząc: "chcę bajki", beczałam, jak bóbr.

Ale w moim życiu książę się jakoś nie trafiał. Miałam za to wiernego Piętaszka. Krzysiek był ode mnie 2 lata starszy i znałam go prawie od urodzenia. Nasi rodzice się przyjaźnili, mieszkaliśmy w tym samym domu, wychowaliśmy się na tym samym podwórku, chodziliśmy do jednej podstawówki. Przez całe życie był dla mnie starszym bratem, o którym marzyłam.
Zerknęłam na zegarek. Matko jedyna, już szósta, a ja w proszku. Krzysiek zaraz przyjedzie. Muszę być gotowa. Miałam iść z nim na parapetówę do jego kumpla z pracy i musiałam wyglądać wystrzałowo. Zawsze musiałam wyglądać wystrzałowo, bo kto wie, gdzie po raz pierwszy spotkam swojego księcia?
Nie, oczywiście, nie byłam kretynką, która myśli tylko o tym, jak złapać faceta, ale samotność już trochę zaczynała mi ciążyć. Wbrew temu, co mówiłam, chętnie wyszłabym za mąż, miała dzieci... Gdyby tylko pojawił się ON. Mężczyzna moich marzeń.

– Gotowe. Może być? – mama stanęła w drzwiach mojego pokoju z pięknie zapakowaną paczuszką w dłoni. W środku była oryginalna kamionkowa cukiernica – wiadomo przecież, że do nowego mieszkania nie idzie się z pustymi rękami.
– Ślicznie ci wyszło, dzięki, mamuś – wymamrotałam niewyraźnie, bo właśnie malowałam sobie rzęsy.
– Idziesz z Krzysiem? – mama wyraźnie miała ochotę na pogawędkę.
– Mhm – mruknęłam.
– Wiesz... – zaczęła, ale nagle urwała.
– Taak? – rzuciłam nieuważnie.
– Bo wiesz, Halinka mówiła, że on zerwał z tą Olgą... – mama znów zamilkła.

O niczym nie wiedziałam, a może po prostu nie chciałam wiedzieć...
– Słyszałam. A co? – odparłam.
– No i Halinka z Janem, jak to rodzice, martwią się, że tak mu nie wychodzi. Najpierw w ogóle nie interesował się dziewczynami. Aż się martwili, że coś z nim nie tak. A potem... Chyba jeszcze gorzej. Ta Olga była taka miła, ładna i taka w nim zakochana. Halinka miała nadzieję, że się pobiorą. Była już nawet o tym mowa. I co? Zerwał z nią zupełnie niespodziewanie. A z tą poprzednią, Anią chyba, było tak samo... – mama wyraźnie się rozkręcała, słyszałam pretensję w jej głosie.
– Może, zamiast krążyć wokół tematu, powiesz mi, o co ci chodzi? – odwróciłam się w jej stronę razem z krzesłem.
– Nie, nic. Ja tylko tak – zmieszała się.
– Mamo – jęknęłam. – Przecież widzę, że coś cię gryzie, ale nie wiem, jaki to ma związek z Krzyśkiem. Powiedz mi wprost, bo inaczej się nie dogadamy – tłumaczyłam.
– Dobrze – mama nagle się zdecydowała. – Uważam, a myślę, że Halina również, że to przez ciebie.
– Co przeze mnie?
– Nie udawaj. Myślę, że Krzysiek od lat jest w tobie zakochany i dlatego nie może ułożyć sobie życia.
– Żartujesz – uśmiechnęłam się, ale w głębi duszy wcale się nie zdziwiłam. Chyba od dawna to czułam, tylko wolałam nawet o tym nie myśleć. – A zresztą, nawet jeżeli, to co ja mogę na to poradzić? – powiedziałam lekko, bo nie da się ukryć, że taka możliwość bardzo mi pochlebiała.
– Aldona! – mama była wyraźnie zła. – Chcesz sobie z niego zrobić zabawkę? Pomyślałaś, co on czuje, jeśli naprawdę cię kocha? Ile to już lat jest na każde twoje zawołanie? Zdecyduj się i albo bądź z nim, albo raz na zawsze daj mu spokój – obróciła się na pięcie i wyszła.

Zrobiło mi się trochę głupio.
Teraz, kiedy mama powiedziała to tak bez owijania w bawełnę, byłam pewna, że ma rację. Jak mogłam być tak głupia, że tego nie widziałam? Krzysiek zawsze miał dla mnie czas, to moje sprawy, moje kłopoty były najważniejsze. Ile razy opowiadałam mu o Mariuszu? Wypłakiwałam w koszulę swoje kolejne miłosne zawody? A on mnie wtedy obejmował, przytulał, szeptał do ucha, że jestem śliczna, cudowna i że na pewno znajdę w życiu prawdziwą miłość...
O cholera... Pocieszał mnie. No tak, ale za wiele było w tych pocieszeniach żaru, za wiele czułości. Jak mogłam tego nie widzieć? Poczułam, że policzki palą mnie we wstydu. Bezwzglednie wykorzystywałam jedynego człowieka, który akceptował mnie bez zastrzeżeń i nawet kiedy nie miałam racji stawał po mojej stronie. Ale... To on miałby być tym moim wymarzonym księciem z bajki? To jakiś żart.

Nie myślał o sobie, tylko przyprowadził mi faceta, o którym marzyłam
Poszliśmy na tę imprezę, ale nie był to udany wypad. Ja byłam spięta, a Krzysiek jakiś nieswój.
– Co jest? – zapytałam, kiedy wyszliśmy na balkon odetchnąć.
– Nic. Trochę jestem zmęczony i tyle – uśmiechnął się. – Zaraz będziesz miała niespodziankę – dodał...
Pół godziny później, dowiedziałam się, o co mu chodziło.
– Znasz tego pana? – Krzysztof podszedł do mnie wraz z gospodarzem i jego bratem, ostatnim gościem, na którego czekaliśmy z otwarciem szampana. Spojrzałam i... nogi się pode mną ugięły. To był Mariusz. Mój Mariusz.
– Wypiękniałaś, księżniczko – powiedział, a ja poczułam się jak tamta nastolatka, którą byłam wiele lat temu.

Resztę wieczoru spędziłam z Mariuszem. Nie mogliśmy się nagadać. Przez lata nic nie stracił ze swojego uroku, a ja głowiłam się, jak by tu dyskretnie dowiedzieć się, czy jest żonaty. Na szczęście sam mi to powiedział – nie był. Rozwiódł się rok temu... Tańczyliśmy, opowiadał mi jakieś anegdotki, z których oboje zaśmiewaliśmy się do łez, kiedy zobaczyłam, że Krzysiek daje mi znaki.
– Przepraszem cię, ale muszę już iść – powiedział, gdy podeszliśmy.
– Nie ma sprawy, leć. Ja ją odwiozę – zaproponował Mariusz.
Krzysiek spojrzał na mnie pytająco.
– Pewnie, nie przejmuj się mną. Skoro Mariusz jest taki uprzejmy...
– W porządku, baw się dobrze – mruknął i już go nie było. Przez drzwi widziałam tylko, jak w ciemnym przedpokoju przystanął na chwilę i przetarł ręką czoło, a potem powoli, jakby z wysiłkiem ruszył do drzwi.

Coś zakłuło mnie w sercu i poczułam się, czy ja wiem... opuszczona chyba. Mariusz? No tak, był tu Mariusz, ale... Nagle uświadomiłam sobie, że początkowe oszołomienie, które ogarnęło mnie na jego widok już minęło. Teraz był dla mnie zwyczajnym kumplem sprzed lat. Bez trudu mogłam sobie wyobrazić, że nie zobaczę go przez kolejne naście lat. A Krzysiek? I nagle zrozumiałam, że to Krzyśka muszę zobaczyć jeszcze dzisiaj...

Aldona R.,
28 lat, kosmetyczka

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)