„Wyjazd z pielgrzymką do Asyżu był moją 1. nadzieją na wakacje na emeryturze. Na miejscu modliłam się tylko o powrót”
„Odkładałam grosz do grosza z mojej skromnej emerytury, by choć raz zobaczyć inny świat. Kiedy zostałam zupełnie sama w plątaninie włoskich uliczek, myślałam, że to koniec moich marzeń. Nie wiedziałam, że najciekawsze dopiero przed mną”.

Przez czterdzieści lat mojego życia codzienność wyglądała niemal dokładnie tak samo. Pobudka o świcie, szybka kawa wypijana w biegu, a potem marsz do osiedlowego sklepu, w którym spędzałam większość dnia. Byłam tam świadkiem dorastania całych pokoleń. Pamiętam dzieci, które najpierw przychodziły po lizaki, trzymając się spódnicy mamy, a potem, po latach, same przyprowadzały swoje pociechy. Moje własne dzieci, dwoje wspaniałych, choć wiecznie zapracowanych ludzi, wyfrunęły z gniazda bardzo wcześnie. Syn wyjechał na drugi koniec kraju, córka założyła rodzinę w sąsiednim mieście, ale pochłonięta własnymi sprawami rzadko znajdowała czas na coś więcej niż krótki telefon w niedzielne popołudnie. Nie winiłam ich za to. Takie jest życie.
Miałam tylko jedno marzenie
Kiedy przeszłam na emeryturę, nagle w moim mieszkaniu zapanowała ogłuszająca cisza. Brakowało mi porannych rozmów z klientami, szelestu papierowych toreb, a nawet dźwięku dzwonka nad drzwiami wejściowymi. Moja emerytura nie pozwalała na luksusy. Każdego miesiąca starannie planowałam wydatki, odkładając drobne sumy do blaszanej puszki po ciastkach.
Zawsze marzyłam, by zobaczyć Włochy. Oglądałam programy podróżnicze, zachwycając się architekturą, słońcem i uśmiechniętymi ludźmi. Pewnego dnia, licząc te moje zaoszczędzone grosze, stwierdziłam, że to już czas. Albo teraz, albo nigdy. Zdecydowałam się na zorganizowaną wycieczkę autokarową z pielgrzymką kościelną do Asyżu. To był mój pierwszy zagraniczny wyjazd. Pierwszy raz miałam opuścić granice kraju, który znałam tak dobrze.
Podróż była długa i męcząca, ale nie zwracałam na to uwagi. Patrzyłam przez szybę autokaru jak zahipnotyzowana, chłonąc każdy kilometr zmieniającego się krajobrazu. Kiedy wreszcie dotarliśmy do Włoch, uderzyło mnie światło. Było zupełnie inne niż w Polsce – jaśniejsze, cieplejsze, niemal złote. Asyż przywitał nas plątaniną wąskich, kamiennych uliczek, które wspinały się stromo pod górę. Czułam się jak w bajce, w zupełnie innym wymiarze.
Straciłam grupę z oczu
Nasza przewodniczka, energiczna młoda kobieta z czerwoną parasolką, narzuciła bardzo szybkie tempo. Dla mnie, osoby nieprzyzwyczajonej do takich spacerów w upale, było to ogromne wyzwanie. Mimo to starałam się nie odstawać od grupy. Chłonęłam opowieści o świętym Franciszku, podziwiałam surowe piękno bazyliki i robiłam zdjęcia moim małym, starym aparatem.
W pewnym momencie poczułam pewien zapach. To było coś niesamowitego – mieszanka świeżo pieczonego chleba, rozmarynu, oliwy i czosnku. Zapach tak intensywny i domowy, że na ułamek sekundy przymknęłam oczy. Dobiegał z bocznej uliczki, wąskiej szczeliny między wysokimi, kamiennymi domami. Zrobiłam zaledwie kilka kroków w tamtą stronę, by zajrzeć przez małe okienko z drewnianymi okiennicami. Zobaczyłam tam półki uginające się od rustykalnych bochenków. Pomyślałam o moim sklepie, o tym, jak rano układaliśmy pieczywo. To wspomnienie pochłonęło mnie na krótką chwilę.
Kiedy się odwróciłam, czerwonej parasolki już nie było. Początkowo nie czułam strachu. Pomyślałam, że grupa po prostu skręciła za róg. Przyspieszyłam kroku, wchodząc na niewielki plac, ale tam zobaczyłam tylko obcych turystów i miejscowych pijących espresso przy małych stolikach. Skręciłam w lewo, potem w prawo, starając się przypomnieć sobie trasę, którą przyszliśmy. Z każdym krokiem otoczenie wydawało się coraz bardziej obce.
Szukałam ich wszędzie
Nagle dotarło do mnie, w jak tragicznym położeniu się znalazłam. Nie miałam przy sobie telefonu – został w autokarze, bo bałam się, że go zgubię. Nie znałam ani słowa po włosku, a mój angielski ograniczał się do kilku słów, których nauczyłam się w telewizji. Serce zaczęło mi bić jak oszalałe. Ogarnął mnie paraliżujący strach. Byłam zupełnie sama w obcym kraju, otoczona ludźmi, którzy mnie nie rozumieli.
Próbowałam zapytać o drogę. Podchodziłam do przechodniów, pokazując im identyfikator biura podróży, ale większość tylko kręciła głowami, śpiesząc się w swoje strony. Czułam się niewidzialna. Zupełnie jak w Polsce, kiedy jako starsza pani z siatkami byłam omijana szerokim łukiem na chodniku. Nogi odmawiały mi posłuszeństwa.
Opadłam na niski, kamienny murek w zacienionym zaułku i po prostu zaczęłam płakać. Łzy bezradności płynęły mi po policzkach, a ja czułam się jak mała, zagubiona dziewczynka, a nie dorosła kobieta. Myślałam o tym, że autokar odjedzie beze mnie, że zostanę tu na zawsze, że nikt nawet nie zauważy mojego zniknięcia.
Ktoś podał mi pomocną dłoń
– Signora?
Usłyszałam głęboki, ciepły głos. Podniosłam wzrok i zobaczyłam przed sobą starszego mężczyznę. Miał na sobie biały fartuch oprószony mąką, a jego dłonie były duże i spracowane. Zmarszczki wokół oczu układały się w łagodny uśmiech. Zrozumiałam, że to musiał być piekarz z tego małego zakładu, którego zapach mnie zwabił.
– Ja... ja się zgubiłam – wyłkałam po polsku, wiedząc, że i tak mnie nie zrozumie. Pokazałam mu mój identyfikator z nazwą biura i wizerunkiem autokaru.
Mężczyzna przyjrzał się plakietce, po czym pokiwał powoli głową. Powiedział coś po włosku, czego oczywiście nie zrozumiałam, ale jego ton był tak uspokajający, że przestałam płakać. Wyciągnął w moją stronę dłoń, zapraszając, bym wstała. Nie mając nic do stracenia, ujęłam jego rękę. Poprowadził mnie do tylnego wejścia swojej piekarni.
Wnętrze było gorące i pachniało absolutnie niebiańsko. Na dużym drewnianym stole leżały bochenki chleba, a w kącie pracował wielki piec. Mężczyzna wskazał mi stare, drewniane krzesło, gestem nakazując, bym usiadła. Następnie podszedł do blatu, ukroił spory kawałek jeszcze parującej focacci, posypanej solą morską i rozmarynem, po czym podał mi ją na małym talerzyku.
– Mangia – powiedział miękko, uśmiechając się szeroko.
– Dziękuję – odpowiedziałam cicho.
Smak tego pieczywa był niezwykły. Ciepło ciasta powoli rozchodziło się po moim ciele, przeganiając resztki paniki. Siedziałam tam, w tej maleńkiej włoskiej piekarni, jedząc najlepszą rzecz w moim życiu, podczas gdy starszy piekarz krzątał się po pomieszczeniu, od czasu do czasu spoglądając na mnie z troską. Nie potrzebowaliśmy słów. Dobroć nie ma języka.
Zrozumieliśmy się bez słów
Po kilku minutach piekarz zdjął swój fartuch, powiesił go na haku i dał mi znak, bym poszła za nim. Zrozumiałam, że zamierza mi pomóc znaleźć moją grupę. Szliśmy przez wąskie uliczki, a on co chwilę witał się z kimś po drodze. Promieniowała od niego niesamowita życzliwość i szacunek ze strony innych mieszkańców. Prowadził mnie pewnie, skręcając w uliczki, których sama nigdy bym nie odnalazła.
W końcu, po kilkunastu minutach marszu, moim oczom ukazał się wielki parking autokarowy na obrzeżach starego miasta. Zobaczyłam nasz autokar, a obok niego zdenerwowaną przewodniczkę, która właśnie rozmawiała z kimś przez telefon.
Kiedy mnie dostrzegła, odetchnęła z ogromną ulgą.
– Pani Grażyno! Szukaliśmy pani wszędzie! – zawołała, biegnąc w moją stronę.
Odwróciłam się do mojego wybawcy. Chciałam mu podziękować, dać mu chociaż kilka euro, które miałam w kieszeni, ale on tylko pokręcił głową, odpychając delikatnie moją dłoń. Uśmiechnął się, położył rękę na sercu, a potem lekko mi się ukłonił.
– Grazie – powiedziałam, przypominając sobie to jedno włoskie słowo.
– Prego, signora – odpowiedział i powoli ruszył w drogę powrotną do swojej piekarni.
Światło przywiozłam do domu
Podróż powrotna do Polski upłynęła mi na rozmyślaniach. Wróciłam do mojego chłodnego mieszkania w bloku z wielkiej płyty. Znowu otoczyła mnie cisza. Dzieci zadzwoniły tylko na chwilę, by zapytać, czy wycieczka się udała. Ich pytania były zdawkowe, a ja nie miałam siły, by opowiadać im o moim zagubieniu i strachu. Odpowiedziałam tylko, że było pięknie.
Jednak coś we mnie uległo zmianie. Tamtego dnia w Asyżu, mimo bariery językowej i początkowego przerażenia, doświadczyłam czegoś niezwykłego. Zrozumiałam, że świat nie jest tylko zimnym, pędzącym miejscem, w którym starsi ludzie są niewidzialni. Przekonałam się, że wciąż potrafię budzić w ludziach bezinteresowną życzliwość, że dobro istnieje niezależnie od granic i języków.
Teraz, kiedy robię sobie poranną kawę i patrzę przez okno na szare, polskie osiedle, często wracam myślami do tamtej małej piekarni. Czuję zapach rozmarynu i ciepło dłoni starego piekarza. To wspomnienie rozgrzewa mnie w chłodne dni. Dało mi siłę, by znów zacząć się uśmiechać do nieznajomych na ulicy, by zagadać do sąsiadki w windzie, by otworzyć się na ludzi. Mój pierwszy zagraniczny wyjazd dał mi znacznie więcej niż tylko piękne widoki. Dał mi wiarę w drugiego człowieka i poczucie, że nawet w jesieni życia można odnaleźć prawdziwe, ludzkie ciepło.
Grażyna, 69 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają one rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wakacje we Włoszech z ojczymem miały być moim najgorszym koszmarem. Wszystko zmienił jeden męski wypad w góry”
- „Chwaliliśmy się wakacjami na Lazurowym Wybrzeżu, ale kasa przepadła. Ze wstydu urlop spędziliśmy zamknięci na 4 spusty”
- „Wakacje w Andaluzji z siostrą miały ukoić żałobę po stracie ojca. A ona z uśmiechem na ustach wyznała prawdę o spadku”

