Siedziałam na tarasie naszego wynajętego domku letniskowego, obierając brzoskwinie. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, rzucając złociste refleksy na taflę jeziora. Było spokojnie, leniwie, idealnie. Marta, moja najlepsza przyjaciółka od czasów liceum, poszła na chwilę do środka, żeby poszukać jakiejś książki, którą rzekomo zapodziała gdzieś rano. Zostałam sama z Robertem, jej mężem.
WIDEO…
Poczułam się nieswojo
Robert zawsze był miły. Przystojny, z tym swoim łobuzerskim uśmiechem, który potrafił rozbroić najgorszy nastrój Marty. Znaliśmy się od lat, właściwie odkąd zaczęli się spotykać. Nigdy nie było między nami żadnych niezręczności. Traktowałam go jak kumpla, jak część pakietu, którym była moja przyjaźń z Martą. Przeciągnął się w leżaku i spojrzał na mnie.
– Smaczne te brzoskwinie? – zapytał, mrużąc oczy przed słońcem.
– Całkiem niezłe – odpowiedziałam, wycierając ręce w papierowy ręcznik. – Choć trochę za twarde. Wolisz takie, czy bardziej miękkie?
– Ja? – Uśmiechnął się dziwnie. – Ja wolę to, co nieoczywiste.
Zignorowałam ten dziwny komentarz, zrzucając go na karb wakacyjnego rozleniwienia. Ale on nie przestał się we mnie wpatrywać. Czułam jego wzrok na sobie, intensywny, niemal namacalny. Przesunęłam się niespokojnie na krześle.
– Wiesz, Beata... – zaczął cicho, pochylając się w moją stronę. – Zawsze się zastanawiałem, jakby to było.
– Jakby co było? – zapytałam, czując, że moje serce zaczyna bić szybciej, ale wcale nie z ekscytacji.
– Jakbyśmy spróbowali... czegoś innego. Tylko ty i ja. Bez Marty. Bez nikogo.
Zamarłam. Brzoskwinia wyślizgnęła mi się z dłoni i potoczyła po drewnianych deskach tarasu. Słowa Roberta zawisły w powietrzu, ciężkie i duszne jak letnie popołudnie przed burzą.
Nie mogłam w to uwierzyć
Spojrzałam na niego, szukając w jego oczach cienia rozbawienia, jakiejś wskazówki, że to tylko głupi, niesmaczny żart. Ale jego twarz była poważna, a w oczach widziałam coś, co sprawiło, że zrobiło mi się niedobrze.
– Robert, co ty wygadujesz? – wykrztusiłam, starając się brzmieć stanowczo, choć głos mi drżał.
– Mówię poważnie. Od dawna o tym myślę. Jesteś niesamowitą kobietą. Marta... Marta to Marta, kocham ją, ale... brakuje nam czegoś. Ty masz w sobie ten ogień, tę pasję.
Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę. Ten człowiek, mąż mojej najlepszej przyjaciółki, właśnie proponował mi... co właściwie? Romans? Skok w bok podczas wspólnych wakacji? Czułam się brudna, jakby sam jego wzrok zostawiał na mnie lepki ślad.
– Przestań – syknęłam, rozglądając się nerwowo w stronę drzwi, za którymi w każdej chwili mogła pojawić się Marta. – Zamilknij w tej chwili i nigdy więcej do tego nie wracaj. To obrzydliwe.
Zaśmiał się cicho, ale w jego śmiechu nie było nic z tego łobuzerskiego uroku, który znałam. Brzmiał raczej jak ktoś, kto jest pewien swojej przewagi.
– Nie udawaj świętej, Beata. Przecież widzę, jak na mnie patrzysz. Jak się uśmiechasz, kiedy opowiadam anegdoty. Iskrzy między nami, nie zaprzeczysz.
– Jesteś chory – powiedziałam, wstając gwałtownie. Krzesło zazgrzytało o deski. – Patrzę na ciebie jak na męża przyjaciółki. Koniec tematu.
Odwróciłam się na pięcie i weszłam do domku. Moje nogi były jak z waty, a serce waliło jak młotem. W korytarzu minęłam Martę, która niosła w ręku jakąś kolorową okładkę.
– Znalazłam! – zawołała radośnie. – Wpadła pod łóżko. A ty dokąd?
– Idę do łazienki – rzuciłam szybko, nie patrząc jej w oczy. – Zaraz wracam.
Zamknęłam się w łazience i oparłam o chłodne kafelki. Oddychałam ciężko, próbując uporządkować myśli. Co ja mam teraz zrobić? Powiedzieć Marcie? Zniszczę jej małżeństwo, jej życie, te wakacje... A jeśli mi nie uwierzy? Jeśli Robert powie, że to ja go prowokowałam? Przecież to on jest jej mężem, miłością jej życia.
Czułam do niego obrzydzenie
Reszta popołudnia i wieczór były koszmarem. Siedzieliśmy razem przy kolacji, a ja czułam się tak, jakbym siedziała na szpilkach. Każde słowo, każdy gest Roberta wydawały mi się podszyte podwójnym znaczeniem. Kiedy poprosił mnie o podanie soli, jego palce na ułamek sekundy musnęły moje. Wzdrygnęłam się, jakby oparzył mnie prądem.
Marta, jak to Marta, niczego nie zauważała. Paplała wesoło o planach na jutro, o tym, że musimy wypożyczyć rowery wodne i popłynąć na drugą stronę jeziora. Uśmiechałam się sztucznie i przytakiwałam, ale w środku wszystko się we mnie gotowało.
– Beata, wszystko w porządku? Jakaś cicha dzisiaj jesteś – zauważyła w końcu, marszcząc czoło.
– Boli mnie głowa – skłamałam gładko. – Chyba za długo siedziałam na słońcu.
– Ojej, biedactwo. Weź tabletkę i połóż się wcześniej – poradziła z troską. – Robert, zrobisz Beacie herbaty?
– Oczywiście, kochanie – odpowiedział Robert, posyłając mi znaczące spojrzenie. – Z przyjemnością zadbam o naszą przyjaciółkę.
Miałam ochotę uderzyć go w twarz. Zamiast tego wymamrotałam, że nie trzeba, że sama sobie poradzę i szybko uciekłam do swojego pokoju.
Leżąc w łóżku, gapiłam się w sufit. W głowie kłębiły mi się myśli. Jak mogłam być tak ślepa? Czy on wysyłał mi wcześniej jakieś sygnały, których nie dostrzegłam? Przypominałam sobie różne sytuacje z przeszłości: jego przedłużające się spojrzenia, dłonie przypadkowo lądujące na moich ramionach podczas powitania, komplementy, które wydawały się niewinne, ale teraz nabierały zupełnie innego znaczenia.
Czułam obrzydzenie do niego i poczucie winy wobec Marty. Choć przecież nic nie zrobiłam, czułam się tak, jakbym to ja ją zdradziła. Przez ułamek sekundy pomyślałam o spakowaniu walizek i wyjeździe pod pretekstem nagłej awarii w pracy. Ale ucieczka byłaby tchórzostwem. Musiałam jakoś przetrwać te kilka dni.
Zalała mnie fala wściekłości
Kolejne dni były walką o przetrwanie. Starałam się nigdy nie zostawać z Robertem sam na sam. Zawsze byłam o krok za Martą, jak jej cień. Jeśli ona szła do kuchni, ja szłam z nią. Jeśli szła popływać, ja też wskakiwałam do wody. Robert wydawał się rozbawiony moimi manewrami. Jego oczy śmiały się, gdy patrzył na moje żałosne uniki. Grał rolę idealnego męża przy Marcie, a gdy tylko odwracała wzrok, posyłał mi te swoje bezczelne, lepkie spojrzenia.
W środę wieczorem siedzieliśmy na tarasie, pijąc herbatę. Marta opowiadała o swojej pracy, a ja, choć starałam się skupić, wciąż uciekałam myślami do tamtego popołudnia.
– ...i wtedy szef mówi do mnie, że... Beata, słuchasz ty mnie w ogóle? – Marta przerwała wpół zdania.
– Przepraszam, zamyśliłam się – powiedziałam szybko, oblewając się rumieńcem.
– Od kilku dni jesteś jakaś nieobecna. Co się dzieje? Pokłóciłaś się z kimś w pracy? A może jakiś facet złamał ci serce i nic mi nie mówisz? – Marta uśmiechnęła się łobuzersko, szturchając mnie w ramię.
Spojrzałam na Roberta. Siedział wygodnie oparty w fotelu, kręcąc kubkiem w dłoni. Jego twarz była nieprzenikniona, ale w kącikach ust błąkał się ledwo zauważalny uśmiech.
– Nie, nic z tych rzeczy – odpowiedziałam, zmuszając się do uśmiechu. – Po prostu... chyba jestem trochę zmęczona tym rokiem. Potrzebowałam odpoczynku.
– No to dobrze, że tu jesteśmy! – Marta podniosła szklankę. – Za nasz babski wieczór! Robert, skoczysz po jakieś przekąski?
– Jasne, kochanie – powiedział, wstając. – Beata, pójdziesz ze mną? Pomożesz mi wybrać coś z naszych zapasów.
Zamarłam. To była pułapka. Jeśli odmówię, Marta znów zacznie dopytywać. Jeśli pójdę, zostanę z nim sama w kuchni.
– Ja... wiesz co, chyba zostanę z Martą – wydusiłam, czując, że dłonie mi się pocą.
– Oj, idź z nim, Beata, bo on znowu przyniesie coś niejadalnego – roześmiała się Marta.
Nie miałam wyjścia. Podniosłam się z ciężkim westchnieniem i poszłam za nim do kuchni. Gdy tylko zamknęły się za nami drzwi, Robert odwrócił się do mnie.
– Długo będziesz jeszcze grać ze mną w kotka i myszkę? – zapytał cicho, podchodząc niebezpiecznie blisko.
– Odsuń się – powiedziałam przez zaciśnięte zęby, chwytając pierwszą lepszą butelkę wina z blatu. – Nic z tego nie będzie, Robert. Wbij to sobie do głowy.
– Zobaczymy – szepnął, muskając dłonią moje ramię, gdy mijał mnie w drodze do szafki z zapasami.
Wróciłam na taras, trzęsąc się z wściekłości i bezsilności.
Nie chciałam tego ciągnąć
W piątek rano obudziłam się z ciężką głową. Zrozumiałam, że nie mogę tak dłużej żyć. Ta tajemnica mnie zżerała. Patrzenie na Martę, która nieświadomie uśmiechała się do człowieka, który chciał ją zdradzić z jej najlepszą przyjaciółką, bolało mnie fizycznie. Musiałam coś zrobić. Ale co?
Powiedzieć jej? Słowa brzmiały prosto, ale konsekwencje były przerażające. Wyobrażałam sobie jej łzy, jej krzyk, rozpad jej małżeństwa. A potem ten najgorszy scenariusz: ona mi nie wierzy, oskarża mnie o zazdrość, o to, że chcę zniszczyć jej szczęście, bo sama jestem samotna. Po śniadaniu, gdy Robert poszedł do sklepu, zostałam z Martą na tarasie.
– Marta, muszę ci coś powiedzieć – zaczęłam, czując, że gardło mam wyschnięte na wiór.
Spojrzała na mnie znad czasopisma, zaskoczona moim poważnym tonem.
– Co się stało, Beata? Brzmisz, jakby ktoś umarł.
– Chodzi o Roberta.
Widziałam, jak jej uśmiech powoli znika, a w oczach pojawia się niepokój.
– Co z nim?
Opowiedziałam jej wszystko. O tym popołudniu, o jego propozycji, o spojrzeniach, o tym, co powiedział w kuchni. Mówiłam szybko, jakbym chciała zrzucić z siebie ten ciężar jak najszybciej, zanim stracę odwagę. Marta słuchała mnie w milczeniu. Z każdą chwilą jej twarz stawała się coraz bardziej blada, a oczy szerzej otwarte. Kiedy skończyłam, zapadła cisza. Ciężka, duszna, lepka cisza.
– To... to nie może być prawda – szepnęła w końcu, kręcąc głową. – Robert... on by nigdy... Dlaczego miałby to zrobić?
– Nie wiem, Marta. Ale tak było. Przysięgam.
– Może... może źle go zrozumiałaś? Może to był żart?
– To nie był żart.
Wstała z krzesła, odwracając się do mnie plecami. Zaczęła nerwowo skubać liść jakiejś rośliny doniczkowej.
– Dlaczego mi to mówisz? – zapytała głucho, nie odwracając się.
– Bo jesteś moją przyjaciółką! Bo nie mogłam patrzeć, jak cię oszukuje!
Odwróciła się nagle, a w jej oczach zobaczyłam coś, czego się nie spodziewałam: gniew.
– Albo dlatego, że zawsze mi zazdrościłaś! – wybuchnęła. – Zawsze byłam tą, której się ułożyło, która ma męża, dom, a ty... ty ciągle szukasz!
– Co ty mówisz? – cofnęłam się, jakbym dostała w twarz.
– Mówię, że może to ty go sprowokowałaś! Może ty coś sobie ubzdurałaś! Robert by mi tego nie zrobił!
Patrzyłam na nią, nie mogąc uwierzyć własnym uszom. Moja najlepsza przyjaciółka właśnie zarzucała mi kłamstwo i zdradę. Wolała uwierzyć w moją złą wolę niż w zdradę męża.
Teraz muszę z tym żyć
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, usłyszałam chrzęst żwiru. Robert wracał ze sklepu. Wszedł na taras, uśmiechnięty, z siatkami w rękach.
– Dziewczyny, kupiłem te lody, co lubicie! – zawołał radośnie.
Spojrzał na nas, a jego uśmiech lekko zrzedł.
– Coś się stało? – zapytał, patrząc na zapłakaną twarz Marty.
Marta spojrzała na mnie, potem na niego. Przez chwilę wahała się, a potem podbiegła do niego i przytuliła się mocno.
– Nic, kochanie. Po prostu... Beata właśnie mi powiedziała, że musi wyjechać. Ma jakąś awarię w pracy.
Zamarłam. Robert spojrzał na mnie ponad jej ramieniem. W jego oczach widziałam triumf. Wygrał. Spakowałam się w godzinę. Marta nie wyszła się pożegnać. Została w pokoju. Gdy wsiadałam do samochodu, Robert stanął w drzwiach domku.
– Szkoda, że musisz już jechać, Beata – powiedział z tym swoim uśmiechem. – Wakacje się dopiero zaczynały.
Nic nie odpowiedziałam. Odpaliłam silnik i odjechałam, zostawiając za sobą lata przyjaźni i złudzenia. Siedzę teraz w swoim pustym mieszkaniu, gapiąc się w ścianę. Mój telefon milczy. Nie mam do kogo zadzwonić. Straciłam przyjaciółkę, a najgorsze w tym wszystkim jest to, że ona wciąż żyje w kłamstwie, z człowiekiem, który prędzej czy później i tak ją zniszczy. A ja będę musiała z tym żyć.
Beata, 31 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Chciałam ukryć przed chłopakiem wiejskie pochodzenie. Kiedy wiatr przyniósł odór z pola, wymyśliłam absurdalne kłamstwo”
- „Przez lata pomagałam teściom w szklarni z pomidorami. Żadne pieniądze nie są warte ciągłych upokorzeń i poniżania”
- „Lepiłam z teściową knedle ze śliwkami, a ona doprawiała je krytyką. Na końcu dorzuciła sekret, który złamał mi serce”



























