Malta przywitała nas słońcem, gorącym wiatrem i zapachem morskiej soli. Dla mnie i Wojciecha ten wyjazd miał być czymś więcej niż tylko zwykłym urlopem. To miała być nasza misja pojednawcza – próba uratowania czegoś, co po trzech latach małżeństwa zaczęło się niebezpiecznie chwiać. Wszyscy mówili, że pierwszy kryzys przychodzi właśnie wtedy, gdy kończy się miesiąc miodowy i zaczyna codzienność. My byliśmy dokładnie w tym miejscu. Ostatnio coraz częściej się mijaliśmy, rozmowy zamieniały się w wymianę krótkich zdań. Wojciech tłumaczył się pracą, ja próbowałam ratować naszą codzienność drobnymi gestami, ale coraz bardziej czułam, że gubimy się w rutynie.
WIDEO…
Wyprowadził nas na pustkowie
Tego popołudnia postanowiliśmy wybrać się na długi spacer poza utartymi szlakami turystycznymi. Zostawiliśmy za sobą gwarną Vallettę i ruszyliśmy w stronę mniej zaludnionych terenów na południu wyspy. Wapienne klify lśniły w popołudniowym słońcu, a morze mieniło się odcieniami turkusu. Było pięknie. Wojciech szedł kilka kroków przede mną, wpatrzony w ekran telefonu, szukając idealnego kadru na zdjęcie.
– Może byśmy już zawrócili? – zapytałam, czując, że nogi odmawiają mi posłuszeństwa, a słońce zaczyna niebezpiecznie zbliżać się ku horyzontowi.
– Daj spokój, Renato. Przecież dopiero co wyszliśmy. Zobaczysz, zaraz dojdziemy do jakiejś głównej drogi – rzucił przez ramię, nawet na mnie nie patrząc.
Posłusznie ruszyłam za nim, ignorując narastający niepokój. Zawsze mu ufałam, zawsze wierzyłam, że wie, co robi. To on był tym racjonalnym typem w naszym związku, tym, który podejmuje decyzje. Ja po prostu trwałam u jego boku, dostosowując się do jego tempa.
Nagle zapadł zmrok
Słońce zaszło szybciej, niż się spodziewaliśmy. Na południu Europy zmrok zapada gwałtownie – w jednej chwili niebo jest jeszcze pomarańczowe, a w następnej otacza cię gęsta, granatowa ciemność. Okolica, która w świetle dnia wydawała się malownicza, teraz nabrała złowrogiego charakteru. Zgubiliśmy drogę.
Otaczały nas wysokie, kamienne mury, oddzielające opuszczone pola i dawne posiadłości. Ścieżka, którą szliśmy, stawała się coraz węższa i bardziej kamienista. Zamiast głównej drogi, weszliśmy w istny labirynt opustoszałych, piaszczystych traktów. Nie było tu latarni, nie było widać świateł żadnych domostw. Zrobiło się chłodno, a wiatr przybierał na sile, gwiżdżąc nieprzyjemnie w szczelinach murów.
– Gdzie my jesteśmy, Wojtku? – zapytałam, starając się opanować drżenie głosu. – Mój telefon nie ma zasięgu.
– Mój też nie – mruknął z irytacją, wpatrując się w wygasły ekran. – Super. Po prostu wspaniale. Mówiłem ci, żebyśmy poszli tamtą ścieżką w lewo.
– Przecież to ty wybierałeś drogę! – wykrzyknęłam, czując narastającą panikę.
Zignorował moje słowa. Zaczął krążyć w kółko, narzekając na naszą sytuację. Strach zaczął zaciskać mi gardło. Byliśmy zupełnie sami, w obcym kraju, bez łączności ze światem. W oddali słychać było tylko szum morza uderzającego o klify. Wyobraźnia zaczęła podsuwać mi najgorsze scenariusze.
Postanowił ratować siebie
Nagle w oddali usłyszeliśmy dźwięk. Cichy na początku, z każdą sekundą stawał się coraz głośniejszy. To był warkot małego silnika. Po chwili zza zakrętu wyłoniło się pojedyncze światło reflektora. Skuter. Prowadził go młody chłopak, prawdopodobnie miejscowy, który wracał do domu skrótem przez pola.
Wojciech natychmiast wybiegł na środek ścieżki, machając rękami. Skuter zwolnił i zatrzymał się obok nas. Chłopak spojrzał na nas z zaskoczeniem. Mój mąż natychmiast zaczął do niego mówić w łamanej angielszczyźnie, gestykulując nerwowo.
– Zgubiliśmy się! Musimy dostać się do miasta! – krzyczał Wojciech.
Chłopak pokiwał głową i coś odpowiedział, wskazując ręką w kierunku, z którego przyjechał. Zrozumiałam tylko, że główna droga jest dość daleko stąd.
To, co wydarzyło się w następnej chwili, zapisało się w mojej pamięci niczym kadr z przerażającego filmu. Wojciech, bez słowa wyjaśnienia, bez choćby jednego spojrzenia w moją stronę, po prostu wsiadł na miejsce pasażera za plecami chłopaka.
– Wojtek! Co ty robisz?! – krzyknęłam, podbiegając do skutera.
– Muszę sprawdzić drogę! – odkrzyknął, trzymając się kurczowo siedzenia. – Pojadę z nim do miasta, złapię zasięg i zaraz po ciebie przyślę pomoc! Czekaj tu!
Zanim zdążyłam wydusić z siebie jakiekolwiek słowo sprzeciwu, chłopak odpalił silnik i dodał gazu. Skuter wyrwał do przodu, wzbijając chmurę pyłu. Stałam tam, osłupiała, wpatrując się w oddalające się czerwone światełko. Słuchałam, jak warkot silnika staje się coraz cichszy, aż w końcu całkowicie utonął w szumie wiatru. Zostałam zupełnie sama w głuchej, przerażającej ciemności gdzieś na pustkowiu Malty.
Byłam zdana sama na siebie
Minuty ciągnęły się w nieskończoność. Stałam w miejscu, bojąc się zrobić choćby krok. Wierzyłam, że zaraz wrócą. Że to tylko chwilowe, że Wojciech nie zostawiłby mnie tak po prostu samej w środku niczego. Przecież był moim mężem. Przecież miał być kimś, z którym przetrwam wszystkie życiowe trudności.
Ale czas mijał. Minęło pół godziny. Potem godzina. Ciemność gęstniała, a chłód przenikał przez cienką warstwę mojej letniej bluzki. Zaczęłam iść przed siebie, próbując odtworzyć w głowie drogę, którą przyszliśmy. Każdy szelest, każdy cień rzucany przez zarośla przyprawiał mnie o szybsze bicie serca.
Błąkałam się po tych kamienistych zaułkach, potykając się o nierówności terenu. Moje stopy bolały, a w oczach zbierały się łzy. Z każdym krokiem docierała do mnie potworna prawda, której tak bardzo nie chciałam dopuścić do świadomości. On nie wróci. Zostawił mnie tutaj. Uciekł przy pierwszej nadarzającej się okazji, ratując wyłącznie własną skórę.
Godziny mijały jak lata
Znalazłam schronienie pod starym, kamiennym murem, osłaniającym mnie przed wiatrem. Usiadłam na ziemi, obejmując kolana ramionami. To tam, w tej obcej, maltańskiej ciemności, moje życie przeleciało mi przed oczami. Zobaczyłam nasze małżeństwo takim, jakim było naprawdę, odarte z iluzji i moich ciągłych usprawiedliwień.
Przypomniałam sobie wszystkie te momenty, kiedy potrzebowałam jego wsparcia, a wtedy on po prostu znikał. Gdy miałam gorszy dzień, tłumaczył się konieczną pracą. Kiedy chciałam, byśmy spędzili razem wieczór, odpływał myślami gdzie indziej. Zawsze byłam dla niego wygodnym tłem, osobą, która zadba o jego komfort, wyprasuje koszule, przygotuje ciepły posiłek. Ale gdy tylko pojawiał się problem, gdy sytuacja wymagała poświęcenia lub choćby odrobiny troski, Wojciech wybierał siebie.
Ten skuter był tylko symbolem. Ostatnim, najbardziej jaskrawym dowodem na to, że w naszym związku zawsze byłam tylko pasażerem, którego można w każdej chwili wysadzić na pustkowiu. Moje małżeństwo było ułudą. Pustą obietnicą, w którą wierzyłam tylko ja.
Przestałam na niego liczyć
Nie wiem, ile czasu tam spędziłam. W końcu niebo zaczęło delikatnie szarzeć, zwiastując świt. Wraz z pierwszymi promieniami słońca, wstałam. Byłam zmarznięta, zmęczona do granic możliwości, ale jednocześnie czułam coś jeszcze. Niesamowitą, wyzwalającą jasność umysłu. Strach minął. Zastąpiła go zimna determinacja.
Idąc przed siebie, w końcu natrafiłam na asfaltową drogę. Jakiś wczesny dostawca pieczywa zauważył mnie i zaoferował podwózkę do miasta. Kiedy dotarłam do naszego hotelu, słońce świeciło już mocno. Weszłam do pokoju. Wojtek spał smacznie w rozkopanej pościeli. Na szafce nocnej leżał jego telefon podłączony do ładowarki.
Zatrzymałam się w progu, patrząc na niego. Nie czułam złości. Nie czułam nawet żalu. Czułam absolutną pustkę. Obudził się, usłyszawszy trzaśnięcie drzwi. Spojrzał na mnie zdezorientowany, przecierając oczy.
– O, jesteś – powiedział, ziewając. – Słuchaj, ten chłopak mnie wysadził pod miastem, zgubiłem drogę do hotelu. Jak w końcu tu dotarłem, byłem tak zmęczony, że zasnąłem. Miałem iść na policję rano. Dobrze, że sobie poradziłaś.
Nawet nie zapytał, jak się czuję. Nie zapytał, jak spędziłam noc.
– Tak, poradziłam sobie – odpowiedziałam cicho, podchodząc do szafy i wyciągając swoją walizkę. – I będę sobie radzić już zawsze. Sama.
Spakowałam swoje rzeczy w milczeniu, ignorując jego pytania i pełne oburzenia protesty. Kiedy opuszczałam pokój hotelowy, wiedziałam, że zamykam za sobą nie tylko drzwi, ale cały rozdział mojego życia. Zgubiłam się na Malcie, ale to właśnie w tamtych ciemnościach wreszcie odnalazłam siebie.
Renata, 31 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Poleciałam na Maderę z narzeczonym, a wróciłam jako singielka. Na urlopie dystans między nami był większy niż Atlantyk”
- „Zapłaciłam za wyjazd w Tatry, bo myślałam, że usłyszę to najważniejsze pytanie. Chłopak miał dla mnie inną propozycję”
- „Chciałam spędzić darmowe wakacje w Toskanii, a przeżyłam włoski koszmar. Pracodawcy potraktowali mnie jak śmiecia”



























