Z życia wzięte fot. Fotolia

„Nasz syn przez przypadek dowiedział się, że nie jesteśmy jego prawdziwymi rodzicami. Co teraz ludzie powiedzą...”.

Byliśmy szczęśliwą, radosną rodziną: mama, tata i wspaniały syn, na którego czekaliśmy wiele lat. Teraz boję się, że go stracimy
/ 29.07.2020 13:58
Z życia wzięte fot. Fotolia

Wiele osób pewnie powie, że ta sprawa musiała się kiedyś tak skończyć. Wcześniej czy później Filip i tak by się dowiedział, że nie jesteśmy jego prawdziwymi rodzicami. Tyle że to wszystko nie powinno się było odbyć w taki sposób. Nasz syn zasłużył sobie na to, aby o adopcji dowiedzieć się od nas, podczas poważnej rozmowy, a nie przypadkiem.

Kiedy zdecydowaliśmy się przysposobić dziecko, wiedzieliśmy jedno – musimy to zrobić w tajemnicy. Nie może o tym wiedzieć nikt z rodziny i nikt z naszej miejscowości. Mieszkamy bowiem na Wybrzeżu w miejscu, które tętni życiem tylko przez kilka miesięcy w roku. A potem wszystko tutaj zamiera, zostaje kilkadziesiąt chałup, a ich mieszkańcy znają się jak łyse konie. Kochają się i nienawidzą. Adoptowane dziecko nie miałoby tutaj życia. Na jakiś czas wyjechaliśmy – niby za granicę, a tak naprawdę do Warszawy, gdzie czekaliśmy na decyzję ośrodka adopcyjnego.

Filipek był niemowlęciem, kiedy do nas trafił. Jego rodzice produkowali dzieci na potęgę, nie mając zamiaru się nimi zająć. Nasz synek miał siedmioro starszego rodzeństwa, z czego czworo przebywało już w domu dziecka. Nawet zastanawialiśmy się, czy adoptować Filipa i jego o dwa lata starszą siostrzyczkę, aby nie czuł się na świecie samotny. Ale wtedy wszystko by się wydało, bo jak wytłumaczyć sąsiadom i rodzinie fakt, że nagle mamy takie duże dziecko? Rozum wziął więc górę nad porywami serca. Dom nad morzem odziedziczony po moich rodzicach był przecież dla nas gwarancją zarobku. Odkąd pamiętam, moja rodzina przyjmowała letników. Nie mieliśmy z mężem innego pomysłu na życie.

Dlatego Filip został jedynakiem, naszym prawdziwym oczkiem w głowie. Kiedy patrzyliśmy, jak rośnie, rozpierały nas szczęście i miłość. I radość, że mieliśmy odwagę, by go adoptować. Nie jest prawdą, że chcieliśmy na zawsze zataić prawdę przez Filipem. Wiele razy rozmawialiśmy z mężem o tym, że jako jedynak może czuć się osamotniony. Nie tylko teraz, ale gdy nas już zabraknie. A przecież tak naprawdę ma rodzeństwo, ludzi, w których płynie ta sama krew, co w nim.
– Powinien o nich wiedzieć. Będzie mi lżej na sercu, gdy ich w końcu pozna – mówiłam, Bóg mi świadkiem!

Uważałam, że nie będzie wielkim problemem odnalezienie kiedyś rodzeństwa mojego adoptowanego synka. Mieliśmy przecież nazwisko rodziców Filipa, zapisałam sobie także imiona wszystkich ich dzieci: Marcin, Jacek, Ewa, Patrycja, Piotrek, Gosia i Klaudia. W każdym razie tych, co się urodziły przed naszym synem. Jego rodzice to alkoholicy. A rodzeństwo wyrastało na niezłe ziółka. Dwaj bracia w chwili, gdy urodził się nasz synek, mieli po czternaście i dwanaście lat, a już weszli w poważniejsze konflikty z prawem. Najstarszy przebywał w poprawczaku za włamanie. Kto wie, co po latach się u nich dzieje?

My jesteśmy normalnymi, spokojnymi ludźmi, którzy pracują z całych sił, starając się pomnażać skromny majątek. W ciągu ostatnich dziesięciu lat udało nam się dobudować do domu jeszcze jeden budynek z pięknymi pokojami tylko dla letników. Nasz Filipek ma więc szansę odziedziczyć całkiem nieźle prosperujący interes, z którego kiedyś będzie mógł utrzymać się z żoną i dziećmi, a i nam zapewnić godną starość. Z tego powodu stanie się pewnie łakomym kąskiem dla wszelkiego typu naciągaczy. Nie przesądzam sprawy, oczywiście, ale kto nas może zapewnić, że jego rodzeni krewni nie zlecą się jak muchy do miodu?

Dlatego podjęliśmy decyzję o tym, że Filip o swojej adopcji dowie się w stosownym czasie. Kiedy już będzie dorosły i stabilny emocjonalnie. Uznaliśmy, że tak będzie najlepiej. No, bo co mielibyśmy mu teraz powiedzieć? Że jego rodzice go nie chcieli, że byli menelami? Mieszkali na kupie z dziećmi w mieszkaniu, które nie widziało remontu od wielu lat? W którym zamiast normalnego kranu był w kuchni jakiś gumowy wężyk? Niestety, los jednak sprawił, że to nie my podjęliśmy tę decyzję…

Oboje z mężem prowadzimy działalność gospodarczą, więc ubezpieczenie zdrowotne płacimy sobie sami. Niby dzieci w naszym kraju są nim objęte automatycznie, ale oczywiście musieliśmy wypełnić odpowiednie papiery do ZUS-u. Odkąd też przychodnie stały się prywatne i podpisują tylko umowy z NFZ, często byliśmy pytani o to, czy nasze ubezpieczenie jest ważne i od tego uzależniano przyjęcie Filipa u lekarza. Przyznam, że strasznie mnie to denerwowało. Nie mamy przychodni „za rogiem”, trzeba do niej dojeżdżać kilkanaście kilometrów. Za każdym razem więc musiałam myśleć o tym, czy na pewno wzięłam ze sobą wszystkie papiery, w tym zaświadczenie o bieżącej wpłacie na ZUS.

Kiedy jednak pojawił się w naszym kraju system eWUŚ, czyli Centralny Wykaz Ubezpieczonych w ZUS i KRUS, odetchnęłam z ulgą, że już nie będę musiała wozić ze sobą takich dokumentów. Wystarczy bowiem, że podam w przychodni nazwisko syna i jego PESEL, a informacja, że jest ubezpieczony, sama im się wyświetli. Wydało mi się to takie wygodne! Nawet nie podejrzewałam, że system ten może stać się dla mnie i dla męża źródłem kłopotów i wielkiej tragedii.

To była zwykła lekarska wizyta. Syn teraz szybko rośnie, zaczął więc mieć kłopoty ze wzrokiem. Jeszcze zimą zapisałam go więc do okulistki, aby przeszedł badania specjalistyczne, bo może będzie musiał nosić okulary. W recepcji przychodni wszystko przebiegło sprawnie. Dopiero w gabinecie rozegrał się horror. Nie wiem, dlaczego okulistka musiała jeszcze raz sprawdzić, czy Filip jest ubezpieczony, myślałam, że zrobiono to już w rejestracji. Ale nie, ona zajrzała do komputera i dla pewności przeczytała imię i nazwisko syna, jego PESEL oraz… imiona i nazwisko rodziców. Rodzonych.

Przyznam, że mnie z miejsca zatkało, bo kompletnie tego się nie spodziewałam. Pierwszy zareagował Filip.
– To nie moje dane – powiedział. – To znaczy nazwisko moje, ale moi rodzice nazywają się inaczej. Prawda, mamo?
A ta durna lekarka zamiast zmilczeć i spojrzeć na mnie, że jej daję znaki, poszła w zaparte…
– Ja tu mam tak zapisane! – powtórzyła dobitnie. – Trzeba w takim razie to wyjaśnić, bo inaczej NFZ nie odda nam pieniędzy za to badanie.

Myślałam, że ją tam uduszę! W dodatku Filip zauważył, że ze mną dzieje się coś złego, że reaguję tak bardzo emocjonalnie na coś, co przecież jego zdaniem było zwyczajną pomyłką.
– Mamo, jak mi to wytłumaczysz? – zapytał poważnym tonem. Nie mogłam mu skłamać. Po prostu nie mogłam. „Jeśli teraz powiem, że to zwyczajna pomyłka, to później, gdy już wyznam mu prawdę, mój syn mnie znienawidzi!” – pomyślałam.
– Możemy porozmawiać o tym w domu? – wyszeptałam cicho.

Filip oszołomiony kiwnął głową, po czym jak w jakimś transie dał sobie zrobić badanie, gdyż do lekarki na szczęście w końcu dotarło, że najważniejszy jest PESEL, a skoro on jest w porządku, to dziecko jest ubezpieczone. Dane rodziców w systemie trzeba tylko poprawić. Kiedy jeszcze w przychodni Filip poszedł do ubikacji, zadzwoniłam szybko do męża.
– Słuchaj, on już wie! – poinformowałam go w skrócie, co się stało.
– Nogi im z dupy powyrywam za tę pomyłkę! – wściekł się Wiktor, wiedząc, że mamy poważny problem. – Trzeba teraz powiedzieć Filipowi prawdę. Cholera, on jest za mały!

Tysiące razy wyobrażałam sobie, jak mój syn zareaguje na informację, że był adoptowany. Będzie płakał? Krzyczał? Powie, że to „wiele tłumaczy”? Tymczasem Filip jakby się zapadł w sobie. Siedział przed nami i się nie odzywał przez długą chwilę, po czym zapytał, czy możemy mu coś więcej opowiedzieć na temat jego rodziców. Uprzedziliśmy go, że nasze odczucia są subiektywne, ale prawda nie jest najpiękniejsza. O dziwo, informację o alkoholizmie przyjął spokojnie.
– Gdyby z moimi biologicznymi rodzicami było dobrze, tobym do was nie trafił – stwierdził rozsądnie. Powiedzieliśmy mu, że naszym zadaniem było go chronić, stąd uznaliśmy, że na razie nie powinien znać prawdy.
– Przykro mi, synku, że poznałeś ją w taki sposób. Do osiągnięcia przez ciebie pełnoletności dane twoich biologicznych rodziców powinny być utajnione – stwierdził Wiktor.

Oboje postanowiliśmy, że nie zostawimy tego. Złożyliśmy skargę do przychodni. Rozmawialiśmy z jej kierownikiem, który zasłonił się tym, że najwyraźniej zawinił ZUS, który nie wykreślił z rejestru dawnych rodziców, i przy nawet drobnej awarii eWUŚ mogli „wskoczyć” zamiast nas.
– Państwo wiecie, jakie cuda potrafią dziać się z danymi w tych komputerach… – usłyszeliśmy. Nie, dotychczas nie wiedzieliśmy. Zażądaliśmy ukarania lekarki, która na głos przeczytała dane.
– Pani doktor zrobiła to w dobrej wierze – brzmiała odpowiedź. – To nie jej wina, że system wyświetlił wszystkie informacje na temat dziecka, zamiast zwyczajowej notatki „ubezpieczony/nieubezpieczony”.
Nie ma więc winnych tej całej sytuacji, wszystko zwalono na bezduszny system komputerowy. Dowiedzieliśmy się także, że nie jest to pierwszy taki wypadek i zdaniem generalnego inspektora ochrony danych osobowych możemy dochodzić odszkodowania w sądzie, bo doszło do naruszenia naszych dóbr osobistych.

Problem w tym, że co się stało, to już się nie odstanie… Filip wie i teraz będzie musiał sam sobie poradzić z tym, że gdzieś istnieją jego biologiczni rodzice. Czy będzie chciał ich zobaczyć? Tego nie możemy wykluczyć, chociaż teraz twierdzi, że jeszcze na to za wcześnie, że musi to sobie wszystko przemyśleć. Doskonale jednak wiemy, że to jeszcze nie koniec całej sprawy i być może okulistka otworzyła puszkę Pandory. Jaką mamy bowiem pewność, że teraz ktoś z przychodni, na przykład sama lekarka, nie rozpowie tego, co się wydarzyło? Świat jest mały, na naszym terenie wszyscy ze wszystkimi są powiązani. Jak nie rodzinnie, to koleżeńsko. Kto nam zagwarantuje, że plotka już się bardziej nie rozejdzie?

Mój mąż zauważył, że Filip szukał informacji na temat swojej biologicznej rodziny w internecie. Z historii wyszukiwanych stron wynika, że odnalazł Klaudię, swoją o dwa lata starszą siostrę na portalu społecznościowym, i już wchodził na jej profil. My także z ciekawości na niego zajrzeliśmy i odetchnęliśmy z ulgą. Dziewczyna się uczy i wygląda na to, że nie jest żadną patologią. A może dla nas to gorzej? Gdyby była odstręczająca, to Filip pewnie nie chciałby się z nią spotkać, a tak może za chwilę to zrobić.

Strasznie się tym denerwuję, ale mój mąż zachowuje dziwny spokój.
– No i co? – spytał ostatnio. – To się z nią skontaktuje. Nie pamiętasz, że nawet chcieliśmy ją adoptować? Może trzeba rodzeństwu dać taką szansę, aby się poznali…

 

Więcej listów do redakcji:„Pijany kierowca tira spowodował wypadek, w którym omal nie zginęła moja żona. Tego dnia wracała od kochanka”„Czy na pewno jestem ojcem swojego syna? Ledwo znałem Aldonę, a już wpadliśmy. Może była w ciąży już wcześniej”„Moje dzieci uważają, że obowiązkiem dziadków jest zajmowanie się wnukami. Ja mam swoje życie”

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (2)
/03.06.2014 23:37
rzeczywiscie jestescie bardzo dziwni co was obchodza inni?
/03.06.2014 15:16
Szkoda ze jestescie tacy durni. Myslicie tylko o tym Co inni powiedza.