Wypadek samochodowy fot. Adobe Stock

„Pijany kierowca tira spowodował wypadek, w którym omal nie zginęła moja żona. Tego dnia wracała od kochanka”

Jedno wydarzenie zupełnie zmieniło moje życie. Mam na myśli nie tylko wypadek żony, po którym zapadła w śpiączkę, ale też to, czego się po nim dowiedziałem. Co robiła w Lublinie, skoro mówiła, że jedzie do Gdańska?
/ 26.07.2020 07:56
Wypadek samochodowy fot. Adobe Stock

Deszczowe chmury wisiały nisko nad miastem. Stojąc w oknie na dwudziestym piętrze wieżowca, miałem wrażenie, że dam radę dotknąć ich ręką. Pode mną rozpościerała się przepaść, która dziwnie mnie przyciągała. A jednocześnie napawała lękiem. Śmierć była tak blisko, oddzielała mnie od niej tylko szyba. Czy to samo czuła moja żona, kiedy zbliżał się do niej ten rozpędzony TIR? Czy także miała wrażenie, że tylko samochodowa szyba oddziela ją od ostateczności? A może jednak stało się to wszystko zbyt szybko, aby w ogóle zdążyła cokolwiek pomyśleć?

To był podobno cud, że Joanna przeżyła ten wypadek. Pijany kierowca TIR-a skosił kolejno dwa auta. Z pierwszego została tylko masa pogiętego żelastwa. Samochód mojej żony był tym drugim, TIR już zdążył nieco wyhamować, stracić impet, ale i tak nasz samochód został zmiażdżony, jak puszka sardynek. Niewiele z niego zostało po uderzeniu, ale na szczęście moją żonę udało się z niego wydobyć żywą. Miała jednak liczne złamania i była w śpiączce.

Paskudne siniaki zniknęły, złamania się zrosły. Rehabilitanci rozćwiczyli Joannie nogi i ręce tak, aby nie nastąpił zanik mięśni, tak jakby wierzyli, że jeszcze kiedyś mogą się jej przydać, że będzie chodzić, jeść, machać do kogoś na do widzenia. Ale moja żona, mimo tego, że minęło pięć miesięcy od wypadku, nadal była nieprzytomna. Lekarze nie mieli pojęcia, czy kiedykolwiek się wybudzi ze śpiączki, powtarzali, że dopóki nie nastąpił obrzęk mózgu, to jest dla niej nadzieja i tego trzeba się trzymać.

Dla mojej żony czas stanął w miejscu, podczas gdy moje życie wywróciło się do góry nogami. I to nie tylko dlatego, że Joanna zapadła w śpiączkę i nie było wiadomo, czy kiedykolwiek do nas wróci. Ale dlatego, że dowiedziałem się o jej romansie i że tamtego feralnego dnia wracała od kochanka.
O wypadku dowiedziałem się z telewizji. TIR skosił dwa samochody! –  to była wiadomość dnia. Ale na relację z miejsca zdarzenia patrzyłem obojętnie, gdyż do głowy mi nie przyszło, że ta kupa złomu rzucona na pobocze to może być akurat nasza mazda. Bo niby dlaczego miałem tak sądzić, skoro wypadek był na trasie do Lublina, a moja żona pojechała w delegację do Gdańska? Tak przynajmniej mi powiedziała! Jeszcze tego samego dnia, gdy dzwoniła do domu, twierdziła, że na wybrzeżu strasznie wieje. Ładne mi wybrzeże.

Dopiero telefon ze szpitala w Lublinie postawił mnie na nogi, bo pielęgniarka upierała się, że przywieziono do nich Joannę Cybulską, a w jej portfelu znaleziono kartkę z informacją, kogo powiadomić o nagłym wypadku i jestem to ja, Mateusz Cybulski, jej mąż.

Kiedy już ochłonąłem ze zdumienia, zacząłem się zastanawiać, co Joasia tam robiła?! Od razu zadzwoniłem do jej biura, czy przypadkiem nie kazali jej służbowo jechać jeszcze do Lublina, a tymczasem jej szefowa zdziwiła się, o jakiej delegacji do Gdańska lub Lublina mówię, skoro Joanna wzięła po prostu kilka dni wolnego.

Cóż, stało się jasne, że żona mnie najzwyczajniej w świecie okłamała! Przychodziły mi do głowy różne rzeczy, co mogła robić na lubelskiej szosie, ale zdrada była jedną z ostatnich. Bo przecież byliśmy z moją żoną szczęśliwi w małżeństwie! Dwanaście lat po ślubie, dwoje dzieci. Gdzie tu jest miejsce na jakiegoś kochanka? A jednak było...

Po wypadku Joasi opiekowałem się nią najlepiej, jak umiałem. Co dwa dni jeździłem do Lublina, gdzie początkowo leżała na intensywnej terapii, a kiedy po kilku tygodniach jej stan się poprawił i ustabilizował, wychodziłem i wybłagałem przetransportowanie jej do Warszawy. Teraz mogłem bywać u niej codziennie i nasze dzieciaki także – jedenastoletni Krzysio i dziewięcioletnia Ewunia.

Lekarze uważali, że żona może słyszeć, co się wokół niej dzieje, więc razem z dziećmi opowiadaliśmy jej rozmaite historie, czytaliśmy jej ulubione książki i modliliśmy się o jej zdrowie. Ja dodatkowo w duszy prosiłem Boga o rozwiązanie tej zagadki, co moja żona robiła na drodze do Lublina? I w końcu dostałem odpowiedź...

Siostra Joanny widząc, jak bardzo się poświęcam, nie wytrzymała i powiedziała mi, że Joanna miała kochanka – faceta, którego poznała przeszło rok wcześniej na jakimś służbowym wyjeździe i z którym połączył ją gorący romans. Podobno zamierzała ode mnie odejść. Do niego.

Załamałem się. Nie mogłem pojąć, co zrobiłem źle, że żona chciała mnie opuścić. Jakim sposobem nie zauważyłem ani jednego sygnału zwiastującego jego rozpad? Przecież nie jestem jednym z tych facetów, dla których liczy się tylko praca, poświęcałem się rodzinie i żona miała we mnie oparcie. Nigdy, przenigdy nie doszło między nami do żadnej większej awantury. Oczywiście, zdarzały się drobne nieporozumienia, jak w każdym związku, ale przecież rozmawialiśmy o nich i staraliśmy się na bieżąco rozwiązywać swoje problemy. No i nasze dzieci... Jak Joanna wyobrażała sobie ich życie po naszym rozwodzie? Czy naprawdę tamten facet był wart zniszczenia im spokojnego dzieciństwa? Nie chciało mi się w to wierzyć!

Po nocach śniło mi się, że rozmawiam o tym z Joanną, podobno nawet krzyczałem przez sen, o czym poinformowały mnie przestraszone dzieci. Nie miałem pojęcia, co krzyczę i na pewno nie były to miłe słowa, więc było mi głupio, że muszą tego słuchać, jakby miały za mało stresów.

Początkowo miałem żal do Joli, siostry Joanny, że mi o niczym nie powiedziała, że trzeba było aż wypadku, abym dowiedział się o zdradzie żony. Czy dużo osób spośród naszych znajomych wiedziało o jej romansie? Jak bardzo byłem wystawiony na pośmiewisko? Siostra mojej żony przysięgała, że wiedziała tylko ona i to od niedawna. Twierdziła też, że od początku usiłowała wybić Joannie z głowy ten romans i stała po mojej stronie. Po jakimś czasie więc jej wybaczyłem.

Jola utrzymywała także, że nie wie zbyt wiele o facecie, którego pokochała moja żona, oprócz tego, że ma na imię Roman i mieszka w Lublinie. Byłem wściekły na tego gościa! Nie tylko dlatego, że poderwał moją żonę, ale ponieważ ani razu nie odwiedził jej w szpitalu. Byłem tego pewny, bo personel donosił mi o każdej osobie, która przychodziła do Joanny. Jak ten gnojek śmiał? Przecież musiał wiedzieć, że miała wypadek, bo w przeciwieństwie do mnie doskonale zdawał sobie sprawę, że jechała tamtą trasą. Na pewno widział kraksę w telewizji, tymczasem nie tylko nie przyszedł zobaczyć się z moją żoną, ale nawet nie wysłał jej ani jednego SMS-a. Przepadł jak kamień w wodę.

Powstrzymywałem się, aby nie mówić Joannie, jak bardzo jej ukochany ma ją w nosie, że jeszcze się u niej nie pojawił. Jak mało była warta ich miłość. Na szczęście nie zabrakło mi rozsądku i milczałem. Kto wie, do czego mogłyby doprowadzić moje słowa, jak wpłynąć na żonę?

Po jakimś czasie doszedłem nawet do wniosku, że może głos kochanka ożywiłby ją dużo szybciej niż głos mój czy nawet ukochanych dzieci. Tak! Głos Romana mógł podziałać stymulująco na jej mózg, być decydującym bodźcem, który sprawi, że Joanna obudzi się ze śpiączki! Cóż z tego, że dla niego? Wtedy będę mógł zacząć o nią walczyć, podczas gdy teraz nic nie mogę zrobić i jestem kompletnie bezsilny.
Zacząłem więc szukać tego faceta. Nie miałem pojęcia, jak się do tego zabrać, bo w komórce żony nie znalazłem numeru do żadnego Romana. Przepytać znajomych? Zrobić wywiad w pracy Joanny.
Wtajemniczyłem w mój plan Jolę, która spojrzała na mnie z podziwem.
– Zawsze powtarzałam Joannie, że nie powinna niszczyć waszego związku, bo ty bardzo ją kochasz i teraz mam tego potwierdzenie – stwierdziła.

Ale ona także nie miała pojęcia, jak znaleźć Romana. Przejrzenie połączeń z komórki Joanny, jej papierów, zapisków, maili na komputerze nic nam nie dało. Moja żona świetnie się maskowała! W końcu, kiedy już byłem naprawdę załamany, Jola wpadła na pomysł, aby dać do lokalnej lubelskiej gazety ogłoszenie w imieniu Joanny, że szuka Romana i prosi go o kontakt. Może on sądził, że Joanna jest już rośliną i dlatego się do niej nie odzywał? A gdy zobaczy ogłoszenie i pomyśli, że Joanna odzyskała świadomość, postanowi jednak kontynuować romans z moją piękną żoną? Wszystko się we mnie gotowało na taką myśl, ale jednak postanowiłem spróbować. W ogłoszeniu podałem numer komórki żony, byłem więc przygotowany na głupie telefony od żartownisiów. Ale nie na TEN telefon.

Zadzwoniła jakaś starsza pani i niepewnym głosem zapytała, czy może rozmawiać z Joanną. Odparłem, że nie, bo Joanna jest w śpiączce. I wtedy ta kobieta się rozpłakała. Wśród szlochów wyznała mi, że jest matką Romana i zadzwoniła, ponieważ sądziła, że porozmawia z kobietą, którą jej syn tak bardzo kochał. Że do tej pory nie mogła zrozumieć, dlaczego Joanna jeszcze się do niej nie odezwała, ani nie była na pogrzebie Romana.
– Pogrzebie? – zdumiałem się. – On nie żyje?
Roman zginął w zderzeniu z TIR-em! W tym samym wypadku, w którym została ranna moja żona. Od słowa do słowa wyjaśniliśmy sobie z matką Romana, kim jestem. Ona nie miała pojęcia, że Joanna jest mężatką, wiedziała tylko tyle, że jej syn spotkał miłość swojego życia.

Tamtego pechowego dnia postanowili prawdopodobnie oboje przyjechać do Warszawy i powiedzieć mi o swojej miłości. Roman wybrał się swoim autem, aby mieć jak wrócić do Lublina i to on wziął na siebie uderzenie TIR-a. Zginął na miejscu.

Nie wiedziałem, co mam począć z tymi wszystkimi informacjami, jak się odnaleźć w tej nowej rzeczywistości. No i jak dotrzeć do Joanny, aby się obudziła. W końcu postanowiłem opowiedzieć jej szczerze o moich uczuciach. O tym, jak bardzo ją kocham, jakim szokiem był dla mnie jej romans i jak bardzo pragnę, aby się obudziła.
– Wiem, że gdy się ockniesz, mogę usłyszeć, że już nie chcesz ze mną być. Mimo to chcę zaryzykować – zwierzyłem się.

Dwa tygodnie po moim wyznaniu Joanna otworzyła oczy. Powoli wraca do siebie, ku radości najbliższych. Wiem, że czeka mnie z nią poważna rozmowa, bo słyszała moje słowa, gdy była w śpiączce. Ale skoro ona nie spieszy się, aby poruszyć ten temat, to ja także nie. Dajemy sobie oboje czas, aby oswoić się z tym, co się stało. Nie wiem, co z tego wyniknie, ale mam nadzieję, że moja żona postanowi zostać ze mną, bo bardzo ją kocham.

Przeczytaj więcej listów do redakcji:„Czekaliśmy na dziecko 12 lat. Syn urodził się 10 tygodni wcześniej z poważną wadą serca. Dlaczego los tak mnie pokarał?”„Moja żona zmarła przy porodzie. Ja nie byłem gotowy zostać samotnym ojcem i po prostu oddałem córkę do adopcji”„Zaszłam w ciążę w wieku 15 lat i bardzo długo to ukrywałam. Bałam się reakcji rodziców”