Wnuczka mnie zmieniła

Kiedy tulę moją wnuczkę, nie wyobrażam sobie życia bez niej. A tak niedawno myślałam, że jej mama zmarnowała sobie życie.
/ 06.07.2007 16:07
Dzięki niej myślę, że każdy ma prawo sam układać sobie życie. I że nie wolno nikogo zmuszać, by wybrał to, co nam wydaje się najlepsze.





Jesteś moją małą królewną. A ja cię kocham najbardziej na świecie. Pamiętaj, że na babcię zawsze możesz liczyć – tuliłam moją roczną wnuczkę i całowałam jej pyzatą buzię. Za każdym razem, kiedy na nią patrzę ogarnia mnie wzruszenie. To maleństwo jest oczkiem w głowie całej rodziny. A jeszcze nie tak dawno nawet nie dopuszczałam myśli, że z nami będzie. Mało tego, uważałam, że jej mama, zachodząc w ciążę, zmarnowała sobie życie.
Wszystko zaczęło się od tego, że moja 17-letnia wtedy córka z wesołej, roześmianej nastolatki nagle zmieniła się w smutną i przygaszoną dziewczynę.
– Zauważyłeś, że coś dziwnego dzieje się z naszym dzieckiem? – spojrzałam badawczo męża. – Jest jakaś przygnębiona. Martwię się o nią – dodałam.
– E, chyba przesadzasz. Jesteś przewrażliwiona – odparł mąż, nie podnosząc nawet głowy znad gazety.
– Nie wydaje mi się. Wiem, co widzę – upierałam się przy swoim.
– Kochanie, uważam, że przesadzasz analizując zmienne nastroje Kasi. W końcu jest nastolatką i, jak każda dziewczyna w jej wieku, przechodzi okres buntu. Pewnie stąd to dziwne zachowanie. Nie widzę w tym nic nadzwyczajnego. Ot, zwykła chandra – mąż oderwał się od czytania i wyłożył mi swoją teorię na temat dojrzewania dziewcząt.

To samo ja przeżyłam siedemnaście lat temu
No tak. On zawsze znajduje proste wytłumaczenie. A jakby co, to i tak ja się potem muszę wszystkim martwić – myślałam z goryczą o moim ślubnym. Nie to, żebym narzekała. Byliśmy dobrym małżeństwem od 17 lat. A przecież, kiedy się pobieraliśmy, nikt nie wróżył nam długiego stażu. Mieliśmy wtedy po 18 lat i wzięliśmy ślub, bo na świecie była już Kasia.
To była taka szczenięca miłość, jeszcze z podstawówki. Pamiętam jak Janek ciągnął mnie za warkoczyki pierwszego dnia w szkole. W ósmej klasie byliśmy już przyjaciółmi, a w liceum zostaliśmy parą. Och, jaka byłam wtedy dumna. Niewiele moich koleżanek miało swojego chłopaka. W dodatku Janek był przystojny i bardzo dojrzały, jak na swój wiek. Większość jego rówieśników skupiała się na robieniu koleżankom głupich kawałów, a on zabierał mnie na romantyczne spacery w wiosenne popołudnia. Kiedy zaszłam w ciążę, podjęliśmy pierwszą w życiu poważną decyzję – pobierzemy się. Byliśmy niepełnoletni, trzeba więc było poczekać ze ślubem jeszcze rok. I tak najpierw zostałam mamą, dopiero potem żoną. Przez cały czas ciąży Janek był przy mnie i bardzo mnie wspierał. Mimo to, moi rodzice patrzyli z niechęcią na tę naszą miłość i nawet pojawienie się na świecie Kasi nie ociepliło ich stosunków z Jankiem. Tak naprawdę zaakceptowali go kilka lat po naszym ślubie. Chyba dopiero wtedy nabrali przekonania, że ta szczenięca miłość przerodziła się w poważny związek, i że oboje – choć młodzi – zachowaliśmy się bardzo dojrzale.
Kasia zawsze była oczkiem w głowie Janka – taka typowa córeczka tatusia. Ja też cieszyłam się z macierzyństwa, choć miałam czasem żal do siebie, że z tego powodu nie udało mi się nawet zdać matury, a moje dawne plany, żeby pójść na studia, zostały odłożone na wieczne "później". Ale dzięki miłości męża i córeczki, rozumiałam, że są sprawy ważniejsze niż kariera.

Po urodzeniu Kasi zrezygnowałam z nauki i zajęłam się domem. Janek dobrnął do matury. Nie wiem, kiedy się uczył, bo zaraz po szkole szedł do warsztatu samochodowego, w którym dorabiał, a potem spędzał czas ze mną i dzieckiem. Ale on zawsze był ambitny i odpowiedzialny. Nie chciał, żeby rodzice nas utrzymywali. Po skończeniu szkoły został w warsztacie i przez kolejne lata ciężkiej i uczciwej pracy zasłużył na takie uznanie, że został kierownikiem zakładu. Co tu dużo mówić – byłam dumna z męża. A i ambicja zrobiła swoje. Cieszyłam się, że utarliśmy nosa tym wszystkim, którzy uważali, że takie wczesne rodzicielstwo spowoduje, że prędko skończą się amory i każde z nas pójdzie w swoją stronę. Kilka małżeństw moich koleżanek, zawartych dużo później niż nasze, rozpadło się, a my byliśmy ciągle razem. I było nam ze sobą dobrze. Pewnie, że czasem zdarzały się drobne kłótnie, ale chyba nie istnieją ludzie, którzy się nigdy nie sprzeczają. Ostatnio najczęściej mieliśmy różne zdania w sprawie wychowywania naszej pierworodnej, która niepostrzeżenie wyrosła na dużą pannicę. Z żalem myślałam, że już niedługo wyfrunie mi z domu i zostaniemy z Jankiem sami.
Kasia była dobrym dzieckiem. Czasem mi się wydawało, że aż za dobrym. Grzeczna, dobrze ułożona, nie w głowie jej były szalone pomysły, o których tyle czytało się w gazetach czy słyszało na szkolnych wywiadówkach. Uczyła się świetnie i miała dużo zainteresowań. A my oboje marzyliśmy, żeby zdobyła dobre wykształcenie, bo bez tego dzisiaj ani rusz. Ale nie narzucaliśmy jej swoich wyborów. Zawsze mówiliśmy, że to jest jej życie i jej decyzje. Pamiętaliśmy doskonale, jak kiedyś nam rodzice mówili, że się zmarnowaliśmy. Nie chcieliśmy więc, żeby nasza córka słyszała te same bolesne słowa. Kasia wiedziała, jednak, że może na nas liczyć. Wszystkie sąsiadki zazdrościły mi takiej córki. Zawsze stawiały ją za wzór swoim dzieciom. A my z Jankiem nie kryliśmy dumy i czuliśmy oboje, że egzamin z rodzicielstwa zdaliśmy na piątkę.
Tak było przez lata, ale ostatnio coraz częściej miałam wrażenie, że dzieje się coś niedobrego. Kasia stała się jakaś nieswoja, zamknięta w sobie. Po powrocie ze szkoły szybko znikała w swoim pokoju i czasem słyszałam tylko, że długo rozmawia przez telefon. Trochę mnie to martwiło, bo dotychczas, jeśli miała jakieś problemy, zwierzała się z nich mnie. Teraz jednak wybrała na swoją powiernice jedną ze swoich szkolnych przyjaciółek.
– Może to i dobrze – pocieszałam się w myślach. – W końcu takie dziewczyńskie przyjaźnie też są potrzebne. No i pewnie chodzi o jakiegoś chłopca. A wiadomo, że z takich spraw lepiej zwierzać się koleżance niż matce – rozmyślałam wieczorami. Ale gdzieś w głębi duszy bardzo niepokoiła mnie ta nagła zmiana w zachowaniu córki. Rozmowy z Jankiem nie prowadziły do niczego, bo on nie zauważał problemu i twierdził, że jestem przewrażliwiona.
– Zrozum, ona nie może być zawsze naszą małą córeczką, ma prawo do swoich spraw i swoich przyjaciół – bronił jej niezmiennie i tłumaczył, że w końcu i nasza córka musi być, choć trochę zbuntowaną nastolatką. To jak z tym powiedzeniem, że uczeń bez dwói, to jak żołnierz bez karabinu – uśmiechał się, słuchając po raz kolejny o moich rozterkach.
Niby zgadzałam się z nim, ale jednak cały czas zastanawiałam, co się dzieje. Ma swoje sprawy – w porządku. Ale teraz trudno ją było namówić nawet na to, żeby razem z nami zjadła obiad, nie wspominając już o wspólnym niedzielnym spacerze. Zresztą, zauważyłam, że z jedzeniem w ogóle nie było najlepiej. Może się odchudza? – myślałam. Teraz nastolatki oglądają w kółko te chude modelki i chcą wyglądać jak one – trochę się przestraszyłam.

Trudno było się zdobyć na rozmowę
Po dwóch tygodniach zastanawiania się, o co w tym wszystkim chodzi, doszłam do wniosku, że najlepiej będzie, jeśli po prostu spróbuję szczerze porozmawiać z córką. W końcu to na pewno nie zaszkodzi, a być może uda mi się rozwiązać tę zagadkę i jeśli trzeba, to jakoś jej pomóc. Postanowiłam działać od razu. Kiedy tylko Kasia wróciła ze szkoły, powiedziałam, że dziś będzie jej ulubiony obiad – naleśniki.
– Mamo, nie jestem głodna, przepraszam – odparła. – Jak to? Przecież na naleśniki zawsze masz ochotę? Zjedz jednego – nie dawałam za wygraną.
– Ale ja naprawdę nie chcę jeść – powiedziała i wiedziałam już, że mój starannie obmyślony podstęp się nie uda.
– Kasiu, co się z tobą ostatnio dzieje? – wypaliłam prosto z mostu. – Martwię się. Mało jesz, całymi dniami siedzisz w pokoju. Coś się stało? – pytałam.
– Nie mamo, nic się nie stało – powiedziała, ale czułam, że kłamie.
– Przecież wiesz, że możesz mi wszystko powiedzieć. Coś w szkole? Dostałaś jedynkę? – nie dawałam za wygraną.
– Nie, mamo, naprawdę. Jestem zmęczona, muszę się położyć – Kasia chciała jak najszybciej zakończyć rozmowę.
No cóż, odpuściłam, bo wiedziałam, że i tak nic z tego nie będzie. Cały wieczór jednak zastanawiałam się jak wyciągnąć z niej prawdę. Wiedziałam, po prostu czułam, że coś jest nie tak. Nad ranem wpadłam na pomysł, o który nigdy bym siebie nie podejrzewała. Postanowiłam przeszukać pokój Kasi, kiedy ona wyjdzie do szkoły. Wiedziałam, że to nie w porządku i że nie powinnam grzebać w rzeczach córki, ale uznałam, że w tym wypadku, mam prawo, a nawet obowiązek to zrobić.
Rano, gdy tylko za Kasią zamknęły się drzwi, weszłam do jej pokoju. Przejrzałam leżące na biurku książki i zeszyty – nic w nich nie było. Przetrzepałam łóżko – wstyd mi było przed samą sobą, że sprawdzam córkę, jakby była jakimś przestępcą. Ale ciągle myślałam o tym, że ważniejsze jest poznanie problemów Kasi, niż moje moralne dylematy. W łóżku też nic nie było. Sprawdziłam wszystkie szuflady i szafę – tam też nic. Właściwie sama nie wiedziałam, czego szukam, ale liczyłam, że znajdę coś, co podpowie mi gdzie jest problem, jakoś naprowadzi na właściwy tor. Po godzinie szukania, doszłam do wniosku, że to jednak nie ma sensu. Żeby jakoś rozproszyć myśli o kłopotach, wzięłam się za sprzątanie. Postanowiłam zrobić generalne porządki. W końcu wiosna tuż tuż. Odsunęłam łóżko Kasi, żeby odkurzyć dywan pod nim i zobaczyłam jakieś kolorowe pudełeczko. Podniosłam je i zamarłam. Na opakowaniu było zdjęcie małego dziecka i napis: Test ciążowy. O mój Boże – jęknęłam. To niemożliwe. Moja córka nie mogłaby być w ciąży, to nieprawda – myśli pędziły mi przez głowę, jak oszalałe. Pewnie któraś z jej koleżanek ma taki problem i Kasia chciała jej pomóc i dlatego teraz tak często rozmawiają przez telefon – szukałam jakiegoś wyjaśnienia. Pudełeczko było otwarte. Ostrożnie wyjęłam ze środka test. W okienku widniały dwie kreski. Czułam jak krew odpływa mi ze skroni. Potem zrobiło mi się duszno i nogi się pode mną ugięły. Rzuciłam się do okna. Czarne płatki wirowały mi przed oczami, kiedy brałam głęboki wdech.
Kasia ma co prawda chłopaka, ale to bardziej przyjaźń niż miłość. No i Adam wygląda na odpowiedzialnego młodego człowieka. Nie... to niemożliwe – w kółko powtarzałam to samo, w nadziei, że to co sobie wmówię okaże się prawdą.
– Natychmiast muszę zadzwonić do Janka – nawet nie wiedziałam, że mówię na głos. – Nie, jednak nie. Lepiej sama z nią porozmawiam jak wróci ze szkoły. Może to nie jej test... Przecież to niemożliwe, żeby moja 17-letnia córka była w ciąży. Ona chyba nawet nigdy... Na pewno, oczywiście, że nigdy. Jak mogłam ją podejrzewać o coś takiego – wmawiałam sobie, że wszystko zaraz samo się wyjaśni i że to jakieś idiotyczne nieporozumienie.

Jak mogła mnie tak zawieść...
Przez kolejne godziny nie mogłam znaleźć sobie miejsca w domu. W końcu usłyszałam dźwięk klucza w zamku i do mieszkania weszła moja córka. Była blada i wyraźnie zmęczona – przyglądałam jej się badawczo.
– Kasiu, chciałabym z tobą porozmawiać – zaczęłam, żeby mieć tę rozmowę jak najszybciej za sobą. – Sprzątałam dzisiaj i za twoim łóżkiem znalazłam coś takiego – mówiąc to wyciągnęłam przed siebie rękę z pudełeczkiem z testem. Kasia zbladła jeszcze bardziej. Wargi zaczęły jej drżeć. Nagle rozpłakała się. W jednej sekundzie zrozumiałam wszystko. To nie był test ciążowy żadnej z jej przyjaciółek. Moja córka jest w ciąży. Zaczęłam ją szarpać i na nią krzyczeć. – Jak mogłaś? Jak to możliwe?!? Powiedz, że to nieprawda, słyszysz? No powiedz coś! – próbowałam wymusić na niej, żeby zaprzeczyła.
W głowie mi się to nie mieściło. W jednej chwili wydawało mi się, że to nie jest moja córka. Że jakaś obca dziewczyna stoi przede mną. Jak mogła mnie oszukiwać? Jak mogła kłamać? Jak mogła nam to zrobić? – myśli przebiegały przez moją głowę z prędkością światła. A ona stała i nie odzywała się ani słowem. Nie zaprzeczała. Łzy ciekły jej po policzkach i kapały na bluzkę. Wreszcie puściłam ją i wybiegłam do kuchni. Nie wiedziałam, co się wokół mnie dzieje. Musiałam natychmiast porozmawiać z Jankiem. Może on coś wymyśli. Tylko co? – zastanawiałam się. Wiedziałam przecież, że jeśli to prawda – jeśli Kasia jest w ciąży – nic nie da się wymyślić. Nie mogłam w to uwierzyć. Moja córka zmarnowała sobie życie. Jak mogła być tak bezmyślna? – zadawałam sobie w myślach kolejne pytania. Przecież inaczej ją wychowywaliśmy, czego innego uczyliśmy. Gdzie w takim razie popełniliśmy błąd? – gorączkowo szukałam gotowych odpowiedzi i recepty na to, co będzie dalej. Analizowałam wszystko – może dawaliśmy jej za dużo swobody? Teraz mamy za swoje. Zaufaliśmy dziecku, które zawiodło nasze zaufanie. I zmarnowało swoją przyszłość. Nie tylko swoją – naszą przecież też. Jak ja spojrzę w oczy ludziom? Byłam wściekła, zrozpaczona i przerażona tym wszystkim. Nawet nie pomyślałam, żeby zapytać, kto jest autorem tej "wpadki".
Zadzwoniłam do Janka i poprosiłam, żeby wrócił wcześniej z pracy. Nie chciałam nic mówić przez telefon więc próbowałam udawać, że jestem spokojna i że po prostu chcę z nim o czymś porozmawiać. Ale Janek wyczuł od razu, że coś się dzieje. Dwadzieścia minut później był już w domu. Kazałam mu najpierw usiąść, a potem bez ogródek wypaliłam:
– Nasza córka jest w ciąży.
Patrzył na mnie zdumiony, jakbym mu opowiadała jakiś film.
– Co? Co powiedziałaś? Powtórz to jeszcze raz, bo chyba się przesłyszałem – wstał i zaczął nerwowo chodzić po pokoju. Powtórzyłam. – Jak ona mogła nam to zrobić? Jak mogła zmarnować sobie życie – krzyczał Janek. – Zawołaj ją tutaj. Niech się wytłumaczy. Skoro chciała być dorosła tak szybko, to będzie – jeszcze nigdy nie widziałam mojego męża tak wściekłego. Poszłam po Kasię. Była spokojna.
– Urodzę to dziecko – powiedziała cicho. – Wiem, że was zawiodłam. Wiem, że mogę przez to nie skończyć szkoły. Ale będę starała się zdać maturę. A może za kilka lat, kiedy dziecko podrośnie, pójdę na jakieś studia – mówiła tak, jakby przygotowywała się do tej rozmowy bardzo długo. – Ojcem dziecka jest Adam, jak się pewnie domyślacie. Wiem, sądziliście, że jesteśmy bardziej przyjaciółmi niż parą. Wiem też, że sama powinnam była wam powiedzieć... Adam wie i nie zostawi mnie z tym samej. A poza tym, chyba wy najlepiej wiecie, że ciąża nie jest zmarnowaniem sobie życia. W każdym razie, do tej pory myślałam, że tak uważacie – powiedziała i rozpłakała się.

Zrobiło nam się wstyd
Janek wziął mnie za rękę i wiedziałam, że oboje myślimy o tym samym.
O tym, jak siedemnaście lat temu, to ja stałam przed swoją matką i słuchałam jej podniesionego głosu i wyrzutów, że popełniłam błąd, którego będę żałować do końca życia. Pamiętam do dzisiaj, jak zabolały mnie te słowa. I jak bardzo wtedy chciałam, żeby mnie przytuliła. Żeby powiedziała, że chociaż ją zawiodłam to ciągle mnie kocha. – Córeczko, to bardzo poważna decyzja – mój mąż pierwszy odzyskał głos. – Nie jesteśmy zadowoleni, że tak się stało – nie będę tego ukrywał. Ale ciągle cię kochamy i będziemy cię wspierać. Nie będzie lekko – wiemy to z własnego doświadczenia. Ale wiemy też, że nawet, jeśli będziesz czasem żałować, że tak szybko musiałaś dorosnąć, to jeden uśmiech tej maleńkiej istotki wynagrodzi ci wszystko. Dla nas byłaś i jesteś najpiękniejszym prezentem od losu – Janek miał łzy w oczach, a my z Kasią rozbeczałyśmy się na dobre. Zrozumiałam, że muszę i chcę wspierać moje dziecko w tej szybkiej szkole dorosłości i że teraz przyszedł czas udowodnienia, że słowa, które powtarzaliśmy jej często – że w każdej sytuacji może na nas liczyć – były prawdziwe. A zaraz po świętach Bożego Narodzenia zawitał do naszego domu śliczny niebieskooki aniołek, któremu moja córka dała na imię Marysia – po babci.

Maria D., 36 lat, gospodyni domowa
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/07.07.2007 11:37
wspaniały przykład miłości ponad wszystko. Mam dwóch prawie dorosłych już synów /19l i 21l/ ale zawsze byłam takiego samego zdana co p Maria . To nie tragedia , oczywiście 17 lat to zbyt wcześnie by zostać mamą ale gdy jest wsparcie miłość i pomoc ci młodzi okazują się być bardzo dorośli i odpowiedzialni. Życzę dużo szczęścia!!!!!!!!!