Tyle siły w nas

Tyle siły w nas

Tata zostawił nam dużo więcej, niż pieniądze, od których wszystko się zaczęło. Wraz z nim odeszły nasze plany, marzenia, nadzieje...
/ 17.08.2007 16:16
Tyle siły w nas
Na pewno żadna z nas, nie umiałaby starać się tak bardzo tylko dla siebie.  Ale kiedy człowiek nie jest sam, wtedy nie ma dla niego rzeczy niemożliwych.

Anka wyciągnęła z pieca partię świeżo wypalonych naczyń i uważnie oglądała pomalowane przeze mnie kubki.
– Baśka, masz talent. Rzuć tę swoją posadę i pracuj ze mną. Będziemy bogate.
Od dawna mnie namawiała. Ale, jeśli się mieszka na wsi, praca na etacie w gminie to nie jest coś, co się łatwo rzuca.
– Wiesz, że teraz nie mogę. W domu potrzebne są pieniądze.
Nie to, że byliśmy biedni – mieliśmy sad, ogród, tata hodował pszczoły, w sezonie przyjeżdżali letnicy – biedy nie było, ale gotówki raczej też nie. A potrzebna była tym bardziej, że właśnie moja młodsza siostra Ewa dostała się na wymarzone studia. Od października miała zamieszkać w Warszawie. A wiadomo, życie w mieście kosztuje. Otrząsnęłam się z zamyślenia.
– Muszę lecieć pomóc mamie przygotować pokoje. Od jutra mamy gości.

Wpadłam do kuchni. Ewa siedziała z twarzą schowaną w dłoniach. Straszne przeczucie ścisnęło mnie za gardło.
– Co się stało? – wykrztusiłam.
– Tata dostał wylewu. Zabrało go pogotowie. Mama pojechała razem z nim.
Trzymając się za ręce czekałyśmy. Było już całkiem ciemno, kiedy przypomniałam sobie o mających przyjechać letnikach.
– Ewa, musimy ich chyba odwołać.
Kiwnęła głową. Znalazłam w notesie numer telefonu i zadzwoniłam. A potem dalej siedziałyśmy w ciemnościach. Mama wróciła nad ranem. Kiedy stanęła w drzwiach, wiedziałyśmy, że stało się najgorsze. Miałam wrażenie, jakby świat się skończył. Co teraz będzie, co będzie? – myślałam i czułam, że mama i Ewa zadają sobie to samo pytanie.

Wraz z tatą odeszło wszystko, nasze plany, marzenia, nadzieje...
Następne dni upływały, jak w koszmarnym śnie. Załatwianie formalności, pogrzeb. Potem wzięłam urlop, żeby spróbować jakoś poukładać to nasze nowe, smutne życie. Sprzedałyśmy ule taty, było więc trochę pieniędzy, ale co będzie dalej?
– Mam pracę, damy radę – mówiłam.
– Może ja też znajdę jakieś zajęcie – dodawała Ewa. I robiło się jeszcze smutniej, bo przecież Ewa miała się zajmować czymś zupełnie innym. Tyle było planów, które teraz gdzieś się rozpłynęły... Żyłyśmy z dnia na dzień. I wtedy pojawił się wujek Tomek z Warszawy, cioteczny brat taty.
– Wybaczcie, naprawdę nie mogłem przyjechać na pogrzeb Krzysztofa – tłumaczył. – Byłem w Niemczech, kończyliśmy duże zamówienie... Ale spieszyłem się, jak mogłem, bo mam ważną sprawę. Mama patrzyła na niego apatycznie i widać było, że dla niej nie ma teraz ważnych spraw. Ale wujek Tomek niezrażony ciągnął dalej: – Od trzech lat Krzysztof co miesiąc przysyłał mi trochę pieniędzy.
– Po co, dlaczego? – zdumiałam się.
– Bo wiedział, że ja się trochę znam na bankach, kontach i takich różnych. Chciał, żebym te pieniądze korzystnie lokował, żeby się trochę uzbierało na czarną godzinę. Przysłał w sumie dziewięć tysięcy. A z tego zrobiło się dwanaście.
– Jak "zrobiło się"? – nie rozumiałam.
– No, narosło procentów. Jak się dobrze ulokuje, to rosną – wujek był zakłopotany. – Nie jest to majątek, ale na pewno wam się teraz przyda.

Patrzyłam na mamę i siostrę i wiedziałam o czym myślą. O tym samym, co ja. O tacie, który najbardziej by się cieszył, gdyby te pieniądze zostały wydane na naukę Ewy. Ale było ich o wiele za mało na cztery lata studiów. Nie ma co się łudzić.
– Ewuniu... – zaczęłam.
– Przepraszam, Basiu – przerwał mi wujek. – Jeszcze muszę coś powiedzieć. Rozmawiałem już z Kasią i postanowiliśmy, że jeżeli Ewa chce studiować, może zamieszkać u nas. Mamy spore mieszkanie, ja często wyjeżdżam, Kasia jest ciągle sama – będzie się cieszyć z towarzystwa.
– Tomku, ale przecież my nie możemy przyjąć od ciebie takiej pomocy – głos mamy drżał i starała się nie patrzeć na Ewę. – To niemożliwe. Przecież oprócz dachu nad głową potrzeba jeszcze tylu innych rzeczy. Nie damy rady – mówiła mama. A ja gorączkowo myślałam: "nie, to się nie może zmarnować! Oszczędności taty, dobre serce wujka to już jest tak dużo, że i reszta też się jakoś znajdzie".
– A czy myślisz, że gdybyś nadal lokował te pieniądze, to one by rosły? – spytałam.
– Oczywiście – odparł z pewną miną.
– Więc weź je na utrzymanie Ewy. Może dzięki temu rośnięciu wystarczą na trochę dłużej. A pierwsze wydatki trzeba opędzić tym, co zostało z pieniędzy za ule. Spróbujmy, jak to będzie, a potem się zobaczy.
Może był to plan naiwny, ale jedyny. Wszyscy zgodzili się, z nieco sztucznym entuzjazmem, zagłuszając wątpliwości.

Na drugi dzień wujek odjechał, a niedługo potem i Ewa ruszyła do Warszawy. Ja też nie zamierzałam tkwić tu bezczynnie. Kiedy tylko odprowadziłam Ewę do pociągu, pobiegłam do Anki.
– ...więc sama widzisz. Teraz to ja naprawdę potrzebuję pieniędzy – zakończyłam swoją opowieść.
– W samą porę! – roześmiała się Ania. – Wczoraj przyjęłam duże zamówienie i rozglądałam się za jakąś pomocą. A nie dzwoniłam do ciebie, bo wyglądałaś ostatnio, jakby ci się już nic nie chciało.
– Już mi się chce! Będę przychodzić po pracy, w soboty, w niedziele...
Bałam się tylko, co mama powie na tę ciągłą nieobecność w domu. Ale mama o nic nie pytała. Znowu krzątała się energicznie po obejściu, smażyła jakieś powidła, dżemy, konfitury... Zastanawiałam się, po co nam tyle tego, ale najważniejsze, że znalazła sobie zajęcie. Czasami wyglądała na bardzo zmęczoną. Ale kiedy proponowałam pomoc, mówiła:
– Nie, nie, dziękuję, idź sobie do Ani, pogadajcie, rozerwiesz się trochę.
Gdyby wiedziała, jaka to rozrywka...

Patrzyłyśmy zdumione - jak to możliwe, że wszystkie robiłyśmy to samo?
Ewa dzwoniła co kilka dni, z zapałem opowiadała o Warszawie, o uczelni, ale kiedy pytałam co robi wieczorami, niezmiennie odpowiadała, że się uczy.
– I nie chodzisz nawet do kina, teatru?
– Na razie nie mogę, na początku jest dużo nauki – tłumaczyła.
Pewnie nie ma za co – pomyślałam. Więc, kiedy tylko z Anką zainkasowałyśmy pierwszą część naszego honorarium, zadzwoniłam do wujka Tomka.
– Wujku, wysyłam ci pieniądze dla Ewy. Ale nie mów jej o tym, ona i tak się o nas na pewno martwi. A ja zarobiłam je dodatkowo, więc chcę żeby miała na jakieś przyjemności...
Strasznie byłam przejęta, a wujek jakby rozbawiony.
– Basiu, Ewa mówi, że jej niczego nie brakuje i obawiam się, że nie przyjmie ode mnie żadnych pieniędzy.
– Ojej, wujku, znajdź jakiś sposób. Może kup jakieś bilety do teatru i powiedz, że znalazłeś, albo co...
– Spróbuję – śmiał się i chyba coś wymyślił, bo kiedy posyłałam następne dotacje dla Ewy, już nie protestował.

Kilka tygodni później Ewa i wujek znienacka stanęli w progu.
Przy powitaniu wszystkie trzy płakałyśmy jak bobry. A kiedy już troszkę ochłonęłyśmy, wujek oznajmił ze srogą miną:
– Nie mogę czekać dłużej ani chwili. Musimy porozmawiać. Jeszcze nigdy nie musiałem mieć tylu tajemnic i już nie mam siły ich w sobie trzymać. Niestety, muszę was zdemaskować.
– Kogo? – zaniepokoiła się mama.
– No to na początek ciebie – uśmiechnął się. – Czy wiesz Ewo, że twoja mama co miesiąc przysyłała dla ciebie okrągłą sumkę. Dokładnie to samo robiła zresztą twoja starsza siostra.
– Mamo! – krzyknęłam ze zdumieniem. – Skąd brałaś pieniądze?
– A ty? – odparła mama. – Przecież oddawałaś mi całą pensję!
– Ja malowałam z Anią kubki!
– A ja robiłam przetwory, które sąsiadka woziła do zaprzyjaźnionego sklepiku.
– Niezła z was szajka – wujek patrzył na nas z kamienną twarzą. – Panno Ewo, proszę teraz przyznać się, co robiłaś niemal każdego wieczora przez trzy miesiące?
– Ewa! – w głosie mamy był wyrzut. – Przecież mówiłaś, że się uczysz...
– Bo się uczyłam! Tylko że nie w domu... Poszłam do takiej agencji opiekunek i wieczorami, kiedy ludzie chcieli sobie gdzieś wyjść, opiekowałam się ich dziećmi... Ale te dzieci zazwyczaj spały, więc ja się uczyłam! Naprawdę!
– Skutek waszych spisków i podstępów jest taki, że z pieniędzy Krzysztofa nic nie ubyło, wręcz przeciwnie – wujek nadal udawał powagę. – Jak tak dalej pójdzie, zanim Ewa skończy studia, zbijecie majątek. Jesteście niemożliwe – roześmiał się.
Wieczorem pobiegłam na cmentarz. Patrzyłam na grób taty i zadawałam sobie pytanie, skąd każda z nas wzięła tyle siły. Odpowiedź przyszła sama, niemal natychmiast – z miłości.

Barbara D. 22 lat, kasjerka
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/16.08.2007 14:44
straszne to było, wymęczone i takie nijakie! a do tego błędy logiczne: praca w gmnie i kasjerka, no coż była... a wystarczy trochę pomyśleć.