Załamana kobieta fot. Adobe Stock, shayneppl

„Poroniłam i chciałam zachować to w tajemnicy, ale mąż zrobił z tego newsa tygodnia. Wszyscy się nade mną litowali...”

„Spotkała mnie tragedia. Straciłam dziecko, które, choć jeszcze się nie urodziło, już kochałam. To chyba jasne, że nie chciałam tego rozgłaszać... Nie chciałam, żeby ludzie wiedzieli! Nie chciałam tych wszystkich spojrzeń, szeptów, wyrazów współczucia! Niestety mój mąż nie zrozumiał mojego cierpienia”.
/ 14.09.2021 13:30
Załamana kobieta fot. Adobe Stock, shayneppl

Nie mów nikomu o tym, co się stało, Rafał – w szpitalu złapałam męża za rękę i wymusiłam na nim obietnicę milczenia. – Nikomu, słyszysz?!

– Nie powiem – przysiągł.

Przez całą noc nie zmrużyłam oka. Czułam się tak, jakby ktoś ukradł mi wszystkie marzenia. Przez ostatnie dwa lata marzyliśmy przecież o dziecku, a kiedy zaszłam w upragnioną ciążę, nie udało mi się jej donosić… Pielęgniarki od razu zauważyły, że jestem zdruzgotana, i jak tylko umiały, starały się podtrzymać mnie na duchu.

– Może jednak zadzwonię po moją mamę? Pogadacie sobie, jak kobieta z kobietą – kiedy mąż przywiózł mnie do domu, chciał wezwać teściową.

Zareagowałam histerycznie.

– Nie mów jej, że poroniłam, słyszysz?! Nie miała jeszcze pojęcia o ciąży – i niech tak zostanie!

– To może chociaż zadzwoń do siostry? – zasugerował Rafał.

– Po co? Żeby zaczęła mi opowiadać, jak wspaniale rosną jej dziewczynki?– zapytałam ze łzami w oczach.

– Nie możesz tak się zadręczać. Wiele kobiet traci dziecko, a…

– Nie chcę o tym rozmawiać! – krzyknęłam zdenerwowana.

Kilka dni później wróciłam do pracy. Dziewczynom z firmy powiedziałam, że miałam wyjątkowo wredną grypę żołądkową. Nikt zresztą nie dopytywał się o szczegóły. Finalizowaliśmy akurat ważny projekt i każdy patrzył tylko na to, żeby wyrobić się z terminami. Prawdy mogła się domyślać jedynie kadrowa, to jej wręczyłam zwolnienie ze szpitala położniczego. Ona jednak była dyskretna i nie wierzyłam, że rozgłosi wszystko w firmie.

A jednak kilka dni od mojego powrotu do pracy, podeszła do mnie Gosia i spontanicznie mnie objęła.

– Tak mi przykro, Beata – powiedziała cicho. – Jak się czujesz?

Zamarłam w bezruchu.

– Przepraszam, wiem, że to delikatna sprawa, ale… – zaczęła.

– Nie chcę o tym rozmawiać – ucięłam najszybciej, jak potrafiłam.

– Rozumiem. Chciałam tylko powiedzieć, że naprawdę ci współczuję.

– Kto ci powiedział? – zapytałam.

Zaczerwieniła się i przygryzła usta.

– Twoja szwagierka. Kiedyś razem pracowałyśmy i często do siebie dzwonimy – przyznała.

„Świetnie! Po prostu cudownie” – pomyślała, wychodząc z łazienki. Chwilę później zadzwoniłam do mojego męża.

– Powiedziałeś komuś, prawda?! – krzyknęłam, kiedy odebrał.

– O czym? Beata, co ty…

– Nie udawaj idioty! – krzyknęłam i w słuchawce zapadła cisza. – Komu powiedziałeś o dziecku?!

– Bratu – przyznał w końcu mąż.

– A tak cię prosiłam, żebyś trzymał język za zębami! – jęknęłam.

– Pogadamy w domu, dobrze?– poprosił Rafał i dodał, że musi kończyć.– Za minutkę mam zebranie, a szefowa jest od rana nie w sosie.

Rozłączyłam się i ruszyłam w stronę damskiej toalety, gdzie ukryta przed światem, dałam upust łzom. Niestety, jak się okazało, długo nie cieszyłam się spokojem. Przeczesywałam właśnie włosy przed lustrem i myłam twarz, kiedy do łazienki weszła Anka.

– Hej, Beti. Jak się trzymasz? – rzuciła irytująco lekkim tonem, zupełnie jakby pytała, czy boli mnie głowa.
„Świetnie, więc wiedzą już wszyscy…” – pomyślałam niechętnie.

– A jak myślisz? – odburknęłam.

– Gdybyś chciała pogadać, możemy dziś skoczyć na kawę. Moja znajoma poroniła w piątym miesiącu. Jakiś rok temu, a może półtora. Czas leci. W każdym razie tak to wtedy przeżyła, że wylądowała w psychiatrycznym – chciała się truć, czy coś. Mówiłam jej, że…

– Nie chcę o tym rozmawiać! – krzyknęłam histerycznie i wybuchłam płaczem.

– Przepraszam, chciałam tylko…

Nie pozwoliłam Ance nawet dokończyć – odwróciłam się do niej plecami i szybko zniknęłam w jednej z kabin.

– Nie chciałam cię urazić, Beata. Przecież takie rzeczy się zdarzają, a między nami kobietami…

– Nie chcę o tym gadać! – powtórzyłam już chyba po raz setny.

Do domu wróciłam tak wściekła, że zadusiłabym męża gołymi rękoma

– Powiedziałeś Artkowi, a on wypaplał swojej żonie! Ona z kolei podzieliła się pikantną plotką z Małgośką z mojej firmy, z którą kiedyś pracowała, a Gośka powiedziała Ance. Istny łańcuszek! – wybuchłam.

Rafał zwiesił głowę i usiadł na sofie.

– Masz zamiar jakoś się wytłumaczyć? Prosiłam cię, żebyś nikomu nie mówił! Musiałeś wypaplać Arturowi?!

– To mój brat, Beata – westchnął. – I nie tylko ty przeżywasz tę stratę, wierz mi. Przykro mi, że Artek wygadał wszystko Jolce, która w dodatku podała to dalej, ale ja też mam prawo z kimś porozmawiać. Ty nie chcesz w ogóle poruszać tego tematu, zamknęłaś się w sobie, ignorujesz swój ból. Nawet nie zapłakałaś, zupełnie jakbyś wierzyła, że spłynie to po tobie, jak po kaczce! – krzyknął mąż.

– Owszem, płakałam! Dzisiaj w pracy, kiedy te plotkary zaczęły mi mówić, jak to niby bardzo jest im przykro!

– Bo może jest – zauważył.

– Daj spokój, nie bądź naiwny! Dla nich to tylko smaczny kąsek do przegadania podczas lunchu. Żadna z nich nie jest nawet moją przyjaciółką, a wszystkie wiedzą, co się stało!

– I co z tego? To nie żaden wstyd, Beata! Spotkała nas tragedia, ale na pewno nie musimy się jej wstydzić!

– Nie chciałam, żeby ludzie wiedzieli! Nie chciałam tych wszystkich spojrzeń, szeptów, wyrazów współczucia! – krzyknęłam rozpaczliwie.

Mąż podszedł i mnie przytulił.

– Powinnaś bardziej wierzyć w ludzi – pouczył mnie. – Myślę, że nawet te firmowe koleżanki, które na co dzień za tobą nie przepadają, w takich chwilach naprawdę ci współczują.

– I co mi z tego?! To mi przecież nie zwróci dziecka! – syknęłam zła, bo najwyraźniej on nic nie rozumiał.

Wieczorem zadzwoniła teściowa. Nie odebrałam, ale dzwoniła jeszcze trzy razy i w końcu się poddałam.

– Niech zgadnę. Mama też już wie? – zapytałam lodowatym tonem.

– Jolka mi powiedziała… – przyznała szczerze matka Rafała.

– Aż dziwne, że jeszcze nie poleciała z tym do prasy, bo gania chyba po całym miasteczku i opowiada wszystkim o moim poronieniu – rzuciłam.

– Przyjadę do was jutro rano, to porozmawiamy – powiedziała teściowa.

– Nie musi się mama fatygować – mruknęłam, jednak moja uparta teściowa nie zamierzała ustępować.

– Będę koło dziesiątej. Przywiozę placek ze śliwkami i domowy dżem – dodała, zanim się rozłączyła.

Następnego dnia rano rzeczywiście pojawiła się u nas z zatroskaną miną

– I jak się trzymasz, córciu? – pocałowała mnie w policzek i pogłaskała po włosach. – Chodź, usiądziemy na tarasie. Takie piękne przedpołudnie… Podejrzewałam, że jesteś w ciąży, wiesz? Ale nic z Rafałem nie wspominaliście, więc nie chciałam wyjść na wścibską.

– Musiałam mieć pewność, przejść przez pierwszy trymestr. Bałam się, że zapeszę, ale i bez tego miałam pecha – powiedziałam, i zupełnie niespodziewanie wybuchłam płaczem.

Teściowa zaparzyła mi melisy, po czym usiadła obok mnie, na rozłożonym rano przez Rafała leżaku.

– Zanim urodziłam pierwszego syna, też poroniłam. Były akurat żniwa i straszna duchota, a w tamtych czasach nikt się z ciężarnymi tak nie cackał, jak teraz. Poszłam w pole z mężem i bratem, pracowałam ręka w rękę z mężczyznami, a wieczorem straciłam przez to dziecko. Półtora roku później urodziłam Artura, później jeszcze dwa razy straciłam dzieci, i w końcu przyszedł na świat Rafał – wyznała mi szczerze matka męża.

Wytarłam oczy i spojrzałam na nią zupełnie innym wzrokiem. Nigdy za sobą nie przepadałyśmy, więc właściwie niczego o niej nie wiedziałam. Dla mnie była wiecznie czepiającą się, irytującą starszą panią, która wściubia nos w nie swoje sprawy. Nie przypuszczałam jednak, że ma za sobą takie przeżycia. Nigdy zresztą nie zastanawiałam się nad tym, jak kiedyś musiało być jej ciężko. Na podkarpackiej wsi, z mężem lubiącym zaglądać do butelki i dwójką synów musiała ciężko pracować, żeby nie zmarnować gospodarki i mieć co włożyć do garnka.

– Wiem, że jest ci ciężko, Beatko. Ale takie rzeczy się zdarzają. Jesteś kobietą, musisz być silna. Jeszcze urodzisz dzieci, zobaczysz. Jesteś młoda, silna, wszystko będzie dobrze – pocieszała mnie matka Rafała.

I nagle zrozumiałam, że nie mogę się izolować od ludzi. A moje firmowe koleżanki rzeczywiście szczerze chciały mnie pocieszyć. Jestem perfekcjonistką. Staram się mieć wszystko dopięte na ostatni guzik. Może dlatego utratę ciąży odebrałam tak, jakbym to ja coś zawaliła, jakbym zawiodła siebie samą i to dziecko. Ale to przecież nie moja wina, tak po prostu się zdarzyło.

– Dziękuję, mamo. Pomogła mi ta rozmowa – uściskałam teściową i obiecałam, że do niej wpadniemy.

Następnego dnia przyniosłam do pracy ciasto i zaprosiłam dziewczyny na babski wieczór przy winie.

– Przepraszam za swoje zachowanie. Wiem, że naprawdę było wam przykro. Ja… nigdy nie lubiłam okazywać słabości – powiedziałam.

Wieczór okazał się udany. Rozmawiałyśmy szczerze, choć dotąd nie byłyśmy bliskimi przyjaciółkami. Dowiedziałam się, że Gośka ma autystycznego synka, o czym nikt w firmie nie wie, a Ania też kiedyś poroniła.

– To nie o mojej znajomej chciałam ci wtedy opowiedzieć w łazience. To ja straciłam dziecko – wyznała.

Dziś znów jestem w ciąży. To już piąty miesiąc i chyba będzie dobrze.

Czytaj także:
„Rozwiodłam się z Kamilem, bo pił i mnie zdradzał. Zmarł wkrótce potem, a teściowa rozpowiadała że to moja wina”
„Syn wyrzekł się ojcowizny, wyjechał do Niemiec, a nas zostawił na gospodarstwie. Dzwoni kilka razy do roku”
„Matka zrobiła ze mnie nieudacznika. Sterowała mną jak marionetką. Gdy zacząłem się stawiać, rzuciła się na mnie z nożem”