Kobieta, która po latach odzyskała córkę fot. Adobe Stock, alonaphoto

„Oddałam córkę tuż po porodzie, bo nie miałam pieniędzy, żeby ją samotnie wychować. Przez 50 lat za to pokutowałam”

„Czułam, że jeśli nie odpokutuję swojej winy, nigdy nie zaznam spokoju. Ani na tym świecie, ani na tamtym. Zaczęłam szukać córki. Chciałam błagać ją o wybaczenie, wytłumaczyć, dlaczego tak postąpiłam. Prosiłam po urzędach, ale nikt nie chciał mi pomóc. Szczęście odezwało się samo”.
/ 12.10.2021 18:03
Kobieta, która po latach odzyskała córkę fot. Adobe Stock, alonaphoto

Przez wiele, wiele lat moje życie było puste. Niby się toczyło, niby coś tam robiłam, ale wciąż nie mogłam zapomnieć o tym, co wydarzyło się wiele lat temu. A wiele lat temu rozstałam się z córką. Nie mogłam się z tym pogodzić. Lecz gdy ją w końcu zobaczyłam i płakałyśmy w swoich ramionach, w jej spojrzeniu zobaczyłam przebaczenie.

Mogę więc już spokojnie odejść z tego świata. Ale wcale mi się do tego nie spieszy. Najpierw chcę się nacieszyć córką. Tą, którą widziałam tylko przez chwilę, w dniu jej narodzin. Ponad pół wieku temu.

Karen była owocem płomiennego wakacyjnego romansu. Ja, dziewiętnastoletnia kelnerka w ośrodku wczasowym w górach i on, samotnie wypoczywający mężczyzna przed czterdziestką. Miał na imię Stefan i mówił, że przesłoniłam mu świat. Kiedy jednak wyjeżdżał do siebie do Gdańska, nie podał mi nawet swojego adresu. Twierdził, że to niepotrzebne, że pozałatwia tam tylko swoje sprawy i zaraz do mnie wróci. I wyjedziemy razem w jakieś piękne miejsce. Byłam młoda, naiwna, więc mu uwierzyłam. Oczywiście, nie wrócił. A ja z przerażeniem odkryłam, że spodziewam się dziecka.

Nie chciałam, żeby ktoś dowiedział się, że jestem w ciąży. Bałam się reakcji ludzi. W tamtych czasach panny z dzieckiem nie miały, delikatnie mówiąc, łatwego życia. Wytykano je palcami, wyzywano od najgorszych, wyrzucano na margines społeczeństwa. Aby ukryć rosnący brzuch, owijałam się w pasie elastycznym bandażem i modliłam się, żeby sprawa sama się jakoś rozwiązała.

Najgorsze było to, że nie miałam komu się zwierzyć. Mama od dawna nie żyła, ojciec założył nową rodzinę i jasno dał mi do zrozumienia, że tylko przeszkadzam i mam się wynosić. To właśnie wtedy, szukając swojego miejsca na ziemi, wsiadłam w pociąg i wyjechałam do pracy w tym ośrodku w górach. Świetnie się tam czułam, więc miałam nadzieję, że zakotwiczę tam na dłużej. Niestety, nie udało się.

Gdy bandaż już nie był już w stanie zamaskować ciąży, stało się to, czego się spodziewałam. Kobieta, u której wynajmowałam pokój, wyrzuciła mnie z rzeczami na ulicę, a kierowniczka ośrodka kazała napisać wypowiedzenie. Mogłam odmówić, bo ciężarne już wtedy były pod ochroną, ale uniosłam się honorem. Poza tym czułam, że zamieni mi życie w piekło. Rzuciłam jej więc papierek w twarz i wyszłam.

Traktowali mnie jak intruza

Do porodu tułałam się po koleżankach, ale żadna nie pozwoliła mi zostać dłużej niż trzy dni. Bo zawsze znalazła się jakaś matka albo babcia, która wrzeszczała, że dla takich jak ja nie ma miejsca pod ich dachem, że tylko zgorszenie sieję. Zaciskałam zęby i przenosiłam się gdzie indziej. Nie chciałam, żeby widziały, że cierpię, że się boję, że nie wiem, co mam zrobić.

Załamałam się wtedy, kiedy na kilka dni przed terminem przyjechałam rodzić do szpitala. Lekarz powiedział, że to za wcześnie, żebym wracała do domu, ale ja nie miałam już dokąd pójść. Ulitował się nade mną i położył na oddziale. Pacjentki patrzyły na mnie z pogardą, ale pielęgniarki okazały wiele serca. Zwierzyłam się jednej z nich ze swoich problemów. Poradziła mi, żebym, gdy już urodzę, od razu oddała maluszka.

– Oddała? Gdzie? Do sierocińca? – dopytywałam się.

– Nie. Wczoraj na naszym oddziale poroniła kobieta. Piąty raz, w szóstym miesiącu. O Boże, jak ona rozpaczała. I jej mąż też. Aż się serce w plasterki krajało. Myślę, że chętnie by wzięli twoje dziecko. Zwłaszcza że już wiedzą, że nie doczekają się własnego – odparła.

– A to jacyś porządni ludzie?

– Bardzo. A do tego majętni. Mają piękny dom, elegancki samochód. Twojemu dziecku niczego u nich nie zabraknie. Pomyśl o tym…

– W porządku – przerwałam jej.

Nie miałam nad czym myśleć. Bo co ja mogłam dać temu dziecku? Nic. Tylko biedę, pogardę, poniewierkę. A ja chciałam, żeby miało dobre życie. Urodziłam dwa dni później. Córeczkę. Pielęgniarka mi ją pokazała, ale nie pozwoliła przytulić, a nawet dotknąć.

– Po co ci to, będziesz jeszcze bardziej cierpiała, niepotrzebnie – powiedziała i szybko gdzieś zabrała małą.

Nigdy później już nie widziałam swojego maleństwa. Tamta kobieta i jej mąż obiecywali, że mi ją pokażą, ale nie dotrzymali słowa. Bali, się, że jak zobaczę, to pokocham. A jak pokocham, to nie oddam. Nie zmienili zdania nawet wtedy, gdy załatwiliśmy już wszelkie formalności i ostatecznie zrzekłam się praw do dziecka.

– Przyrzeknij nam, że nigdy nie będziesz jej szukać. To teraz nasza ukochana córeczka – usłyszałam od kobiety.

– Właśnie… Najlepiej będzie, jak zapomnisz o jej istnieniu – dodał jej mąż.

Zanim się rozstaliśmy, wręczył mi dość grubą kopertę. W środku były pieniądze i jeszcze jedna koperta.

– Co to jest? – zapytałam zdumiona.

– Coś na dobry początek. A w tej kopercie jest list polecający do mojego znajomego w Łodzi. Pomoże ci znaleźć pracę. Będziesz mogła zacząć nowe życie – odparł.

– Za list dziękuję, pieniędzy nie chcę. Moja córeczka to nie towar – zdenerwowana oddałam mu banknoty.

– Weź, proszę, przydadzą ci się. Z dobrej woli daję. I wdzięczności – włożył mi je do kieszeni.

Wzięłam. Od razu pojechałam na dworzec i wsiadłam w pierwszy pociąg do Łodzi. Dwa tygodnie później wprowadziłam się do hotelu robotniczego i zaczęłam pracę w jednej z fabryk włókienniczych. Mijały lata. Moje samotne przyjaciółki z hotelu zakładały rodziny, a ja ciągle byłam sama. Mimo że bardzo się starałam, nie mogłam zapomnieć o córeczce. Męczyły mnie wyrzuty sumienia, że ją oddałam, i przez długi czas uważałam, że nie zasługuję na rodzinne szczęście.

Zmieniłam zdanie, dopiero gdy skończyłam trzydzieści pięć lat. Andrzej tak bardzo chciał mieć dzieci… Staraliśmy się, staraliśmy się i nic z tego nie wychodziło. A gdy w końcu zaszłam w ciążę, straciłam dziecko. Poroniłam w piątym miesiącu. To była dziewczynka. Mąż nie potrafił się z tym pogodzić.

– Dlaczego nas to spotkało? Przecież lekarz mówił, że wszystko jest w porządku – zastanawiał się, płacząc.

– To kara. Zostawiłam jedną córkę, to Bóg zabrał mi drugą – odparłam.

Wtedy po raz pierwszy opowiedziałam mężowi o tym, co zrobiłam w przeszłości. Dwa lata później byliśmy już po rozwodzie. Andrzej nigdy nie powiedział mi tego wprost, ale myślę, że nie mógł żyć z kobietą, która nie chciała własnego dziecka.

Po rozstaniu z mężem zalała mnie fala rozpaczy

Czułam, że jeśli nie odpokutuję swojej winy, nigdy nie zaznam spokoju. Ani na tym świecie, ani na tamtym. Zaczęłam szukać córki. Chciałam błagać ją o wybaczenie, wytłumaczyć, dlaczego postąpiłam tak, a nie inaczej.

Biegałam po urzędach, byłam w szpitalu, pisałam do gazet, telewizji. Zaangażowałam nawet prywatnego detektywa. Dowiedziałam się tylko jednego: że tamta rodzina wyjechała w latach osiemdziesiątych do Niemiec. Potem ślad się urywał. Straciłam wszelką nadzieję, że ją znajdę
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że córka po śmierci rodziców dowie się, że nie była ich rodzonym dzieckiem. Zacznie mnie szukać i odnajdzie…

Dokładnie pamiętam ten dzień. Rok temu, piątek, godzina dziewiętnasta trzy. Zadzwonił telefon. W słuchawce łagodnym tonem odezwała się jakaś kobieta.

– Czy pani nazywała się Irena Pilska i szuka córki? – zapytała.

– Tak – wykrztusiłam.

– To oddaję jej słuchawkę – powiedziała.

I nagle…

– Mamo, mamo. Meine mama – usłyszałam; serce zaczęło mi bić jak szalone.

– Córuś, meine Tochter – rozpłakałam się ze wzruszenia.

Karen przyjechała do mnie dwa tygodnie później. Ściskałam ją, tuliłam, wylałyśmy morze łez. A potem rozmawiałyśmy do rana. Chciałam wiedzieć o niej wszystko. Okazało się, że ma dwoje dzieci, że wiedzie szczęśliwe życie. I że nie ma do mnie pretensji, że ją oddałam. Bo ojciec przed śmiercią zostawił dla niej u adwokata list, w którym opisał całą historię.

– Dowiedziałam się o tobie dopiero dwa lata temu. To dlatego wcześniej cię nie szukałam – tłumaczyła.

– Nic nie szkodzi, nic nie szkodzi. Najważniejsze, że się odnalazłyśmy, córeczko – przytuliłam ją.
Nigdy nie czułam się tak szczęśliwa.

Nie wiem, ile lat życia mi jeszcze zostało. Mam nadzieję, że wiele. Że Bóg okaże się litościwy i pozwoli mi nacieszyć się córką, wnukami. Jeśli nie, trudno. Stanę przed jego obliczem i podziękuję za to, że choć dopiero po pięćdziesięciu latach, ale pozwolił mi odzyskać radość i spokój. 

Czytaj także:
„Żona zdradziła mnie z hydraulikiem i porwała z gachem moją córkę. Dopilnuję, żeby oboje zgnili w więzieniu”
„Moja ukochana straciła życie w wypadku. Los odebrał mi jedyną kobietę, którą kochałem. Nie mam po co żyć”
Mąż zostawił moją siostrę dla młodej kochanki, wyczyścił ich konto i ukradł oszczędności. Teraz skruszony chce wrócić”