Kobieta, która miała żal do matki fot. Adobe Stock, Jacob Lund

„Nie byłam na pogrzebie matki, bo dla mnie dawno nie żyła. Miała 17 lat, kiedy mnie urodziła i porzuciła”

„Niewiele pamiętam z dzieciństwa. Ułożyłam sobie obraz smutnego dziecka, które przyszło na świat przez nikogo nieproszone. Matka miała 17 lat, kiedy mnie urodziła. Nie pamiętam słodkich poranków, czy czułego głaskania po włosach. To uczucie szybko przerodził się w dziką nienawiść do matki...”.
/ 12.10.2021 17:15
Kobieta, która miała żal do matki fot. Adobe Stock, Jacob Lund

Wpadłam w amok. I pocięłam zdjęcie biednego dziecka…

Haniu, zemsta jest rozkoszą bogów, a nie ludzi – powiedziała ze smutkiem babcia, gdy pochwaliłam się, że w końcu nastał czas sprawiedliwości i wyrównania rachunków. Nie zrozumiałam wtedy ukochanej babuni. Miałam dwadzieścia kilka lat i aż kipiałam nienawiścią. Wstyd się przyznać, ale do własnej matki.

– Była młoda, ale ani przez chwilę nie pomyślała, że miałabyś się nie urodzić. Od małego cię kochała – podkreślała babcia, ale ja tylko wzruszałam ramionami.

Szkoda, że gdy się urodziłam, nigdy mi tej miłości nie okazała – myślałam, ale nigdy nie powiedziałam tego na głos, by nie robić przykrości kochanej staruszce. Nie pamiętam z dzieciństwa słodkich poranków w objęciach mamy czy czułego głaskania po włosach, które widziałam na filmach. Moja matka wiecznie była zapracowana i zniecierpliwiona. Pracowała jako kelnerka i teraz wiem, że to nie była praca jej marzeń. Chciała być aktorką i zrobić wielką karierę. Nie udało się. Może myślała, że to przeze mnie? Wiecznie była zdenerwowana, byle co wyprowadzało ją z równowagi. I pięknie pachniała. Zapach perfum, które ciągnęły się za nią niczym niewidzialna smuga, gdziekolwiek przeszła, będzie mi towarzyszył chyba do końca życia.

Prawie ze mną nie rozmawiała. Owszem, dawała mi rano śniadanie i układała równo ubrania, które powinnam włożyć do szkoły, ale to było wszystko. Nawet specjalnie nie rozpaczałam, kiedy w trzeciej klasie powiedziała mi, że wyjeżdża do Niemiec. Pamiętam, że gdy powiedziałam o tym koleżankom w szkole, jedna nagle wybuchła płaczem.

– Nie będziesz miała mamy? To tak, jakby umarła! – powtarzała ze zgrozą.

Zupełnie nie rozumiałam, dlaczego tak rozpaczała. Teraz po latach już wiem dlaczego. Ja po prostu nie byłam do mamy tak przywiązana, jak inne dzieciaki do swoich rodziców. Mama nie zrobiła przez te wszystkie lata nic, żeby miłość między nami podtrzymać. Byłam jej wdzięczna tylko za jedno. Na czas wyjazdu oddała mnie formalnie pod opiekę swojej matki. Babcia była jedyną osobą, której – i zawsze o tym wiedziałam – na mnie zależało.

Gdy mama wyjechała, nie byłam samotna

Kiedy byłam smutna z powodu złej oceny, jaką dostałam w szkole, to nie mama, a właśnie babcia, podchodziła, głaskała mnie po twarzy i dopytywała, co się dzieje. To babcia siedziała ze mną, gdy byłam chora. To ona mnie znała.  Byłam z najukochańszą i najważniejszą dla mnie osobą na świecie.

Mama regularnie przesyłała nam pieniądze. Wyróżniałam się dzięki nim w szkole. Stać mnie było na ładniejsze ubrania niż szare ciuchy noszone przez koleżanki. Babcia częściej się uśmiechała i miała dla mnie więcej czasu. Byłyśmy szczęśliwe. Denerwowało mnie tylko, że babcia zawsze w rozmowach ze mną broniła mamy.

– Zostawiła swoje małe dziecko. Która normalna kobieta tak robi? – mówiłam, kiedy byłam starsza i zaczęłam się buntować.

– Zrobiła tak po to, żeby zapewnić ci lepsze życie – powtarzała babcia, ale ja jej nie wierzyłam. Zasklepiałam się w swojej niechęci, która nieco później przerodziła się w nienawiść do mamy.

– Ma dokładnie, czego chciała – uznałam. Zawsze kombinowała, jak pozbyć się mnie ze swojego życia – powtarzałam.

Nie mogłam pojąć, dlaczego mama nigdy nie zaprosiła mnie do siebie. Z podsłuchanych rozmów dorosłych wiedziałam, że wynajmuje dwupokojowe mieszkanie. Znałam kilka osób, które też miały któregoś z rodziców zagranicą, ale one na każde wakacje jeździły w odwiedziny – mama tymczasem ograniczała się do listów i rzadkich telefonów.

Zagadka wyjaśniła się pewnego szarego i deszczowego dnia wczesną wiosną. To zwykle babcia wyjmowała listy ze skrzynki, ale tym razem nie było jej w domu, kiedy przyszedł listonosz.

– O, akurat jest list od twojej mamy… – powiedział dobrotliwy starszy pan, wręczając mi kopertę.

Nie wahałam się długo, przecinając papier. A później siedziałam kilkanaście minut jak skamieniała, niezdolna się ruszyć.

Nie drgnęłam nawet, kiedy w drzwiach usłyszałam zgrzyt przekręcanego klucza. Babcia weszła i wyjęła z mojej zdrętwiałej ręki fotografię i krótki list. Mama nigdy za nadto się nie rozpisywała. Ale zdjęcie mówiło samo za siebie.

„Hanna, to jest twoja siostrzyczka, Gertie” – przeczytałam.

Gertie? No tak, jasne, nawet normalnego polskiego imienia nie potrafiła dać swojemu nowemu dziecku – pomyślałam.

Czułam, jak wszystko się we mnie gotuje z tłumionej latami nienawiści. Babcia nie miała innego wyjścia, jak wszystko mi opowiedzieć. Mama od dawna nie mieszkała w Niemczech sama. Poznała mężczyznę, wprowadziła się do niego. Jak to wyjaśniła w którymś z listów, „w końcu chciała ułożyć sobie życie”. Nie zamierzała wracać ani zabrać mnie kiedykolwiek do siebie.

Najpierw zasłaniała się tym, że tu mam szkołę. Później nie chciała mnie ponoć „wyrywać z mojego środowiska”. W końcu przyznała, że ten jej cały Thomas nie chce słyszeć o żadnym polskim dziecku. A on jest dla niej najważniejszy. Półtora roku temu wzięła ślub. A teraz urodziła mu wymarzoną córeczkę.

Wpadłam wtedy w szał

Nie pamiętam nic z tego, co się działo. Najpierw pocięłam nożyczkami zdjęcie tego Bogu ducha winnego dziecka. Później w napadzie wściekłości zaczęłam ciąć wszystko, co kiedykolwiek dostałam od tej kobiety. Po kilkudziesięciu minutach podłogę w moim pokoju zaściełała góra pociętych dżinsów i sweterków z niemieckimi metkami.

– Nie chcę tej kobiety nigdy więcej znać. Nigdy mi o niej nie przypominaj. Dla mnie ona umarła – wycedziłam.

Babcia, oczywiście, usiłowała mi tłumaczyć, że mama nie mogła inaczej postąpić i że na pewno mnie na swój sposób kocha… Ale ja już zapiekłam się w nienawiści. Na wiele lat. Skończyłam szkołę średnią, wyprowadziłam się z domu. Często przyjeżdżałam do babci na weekendy, tym bardziej że staruszce zdarzało się niedomagać. Nigdy jednak nie pytałam o mamę. Wszelkie wspomnienia o niej ucinałam w pół słowa.

Nie zmieniłam swojego nastawienia, nawet gdy babcia powiadomiła mnie, że mama ciężko zachorowała.

– Rak mózgu… – wyszeptała ze zgrozą. – Taka młoda kobieta… Będą robili, co w ich mocy, ale szanse są niewielkie. Haniu, mama wciąż o tobie mówi… Pojedź do niej, pojednaj się.

– Nie ma mowy – warknęłam – I raz na zawsze zapamiętaj. Ja nie mam matki – wycedziłam wściekła.

– Ja możesz tak mówić? – babcia otarła trzęsącą się ręką mokrą od łez twarz. – Jak możesz być tak zapiekła w nienawiści? Czy tego cię nauczyłam?

– Nie ty, babciu. Ona. Nigdy mnie nie kochała i ty dobrze o tym wiesz!

– Może nie umiała, dziecko – usiłowała mnie jeszcze przekonywać babcia, ale w odpowiedzi wykrzywiłam tylko twarz w ironicznym uśmiechu.

– Zrobię wszystko, żeby matka cierpiała, tak jak ja cierpiałam przez tyle lat – syknęłam.

To wtedy babcia powiedziała mi, że zemsta jest rozkoszą bogów, nie ludzi. Ale ja wcale nie zamierzałam się przejmować jej słowami. Nie zmieniłam nawet zdania, kiedy usłyszałam, że mama po długiej chorobie w końcu zmarła. Stanowczo odmówiłam pojechania na jej pogrzeb.

– Ona już ma swoją rodzinę, niech ją opłakują – odparłam.

W tamtym czasie złość na mamę zeszła na dalszy plan, wydarzyło się bowiem coś, co wywróciło moje życie do góry nogami. Zakochałam się. Patryka poznałam w dyskotece. Był barmanem. Od razu zwrócił moją uwagę. Wysoki, przystojny, z oczami jak dwa węgielki i śnieżnobiałymi zębami. Nie mógł się opędzić od dziewczyn. A jednak to na mnie zwrócił uwagę.

Nie powiem, imponowało mi to. Zabierał mnie na przejażdżki swoim sportowym samochodem. Nad jezioro i do kolegów pracujących w okolicznych barach. Kupował mi, co tylko chciałam.
I mówił, szeptał mi do ucha słowa, od których kręciło mi się w głowie.

– Jesteś najbardziej niezwykłą dziewczyną, jaką spotkałem w życiu – powtarzał rozgorączkowany. – Bądź ze mną. Przy tobie się ustatkuję. Nie każ się błagać – prosił.

Uległam i uwierzyłam mu, chociaż nie wszystko mi się w zachowaniu Patryka podobało. Kiedyś usłyszałam, jak kłóci się ze swoją matką, i aż włosy mi dęba i stanęły, tak ją wyzywał od najgorszych! Ale szybko wytłumaczyłam sobie, że przecież w głowie narzeczonego nie siedzę i nie wiem, czym mu tak zawiniła.

Znowu innym razem przyszedł do mnie z rozbitym nosem. Ludzie mi powiedzieli, że pobił się z kimś na dyskotece. Nie podobało mi się to, ale szybko wytłumaczyłam sobie, że widocznie to była honorowa sprawa, nie wypadało mu stchórzyć. Swojego Patryczka zawsze umiałam wytłumaczyć.

Kiedy poprosił mnie o rękę, płakałam z radości

– Za mąż wychodzę – śmiałam się do ukochanej babci. – Za Patryka! Życz nam wszystkiego dobrego, babuniu.

– Wiesz, że ja bym ci nieba przychyliła, Haniu – usłyszałam wtedy stroskane słowa staruszki. – Ale o tym twoim Patryku różnie ludzie mówią. Przemyśl może jeszcze ten krok, dziecko – prosiła.

Żachnęłam się wtedy na ukochaną staruszkę, oburzyłam, że plotek słucha, zamiast głosu mojego serca. Obrażona wyjechałam. Tej nocy nie spałam dobrze. Budziłam się co chwila, przewracałam z boku na bok. W końcu zasnęłam, ale wtedy ten dziwny sen mi się przyśnił..

Nie widziałam matki, odkąd wyjechała, zostawiając mnie maleńką. A jednak we śnie od razu poznałam, że to ona. Postarzała się i zmieniła. Tylko perfum używała tych samych. Ten zapach mi się przyśnił.
Pochyliła się nade mną, po twarzy pogłaskała, jak nigdy za życia.

– Źle robisz, córeczko… – powiedziała.

Chciałam coś odpowiedzieć, ale w tym śnie nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Mogłam tylko słuchać.

– Źle robisz, dziecko – powtórzyła moja mama. – Nie popełniaj moich błędów, Haniu… – wyszeptała.

Potem się obudziłam. I albo mi się wydawało, albo rzeczywiście przez ułamek sekundy w pokoju czuć było piżmowy zapach maminych perfum…

– Sen mara, Bóg wiara – powtórzyłam zasłyszane powiedzenie, ale przekonanie, że to był ważny i wyjątkowy sen, nie opuszczało mnie cały dzień.

O co mogło chodzić mamie? 

Wieczorem nie wytrzymałam i zadzwoniłam do babci. Byłam na nią jeszcze trochę zła za to, co powiedziała o Patryku, ale była najbliższą mi osobą. Kogo innego miałam się poradzić? Opowiedziałam babuni niezwykły sen.

– Nie wiesz, o co mogło mamie chodzić? – zapytałam w końcu.

Babcia milczała dłuższą chwilę. Ale kiedy już przemówiła, każde jej słowo padało na mnie jak lodowaty prysznic.

– Nie powiedziałam ci całej prawdy o twojej mamie, dziecko – usłyszałam.

– Kiedy miałaś przyjść na świat, o mamę zaczął się starać chłop z naszej wsi, taki jeden Józek. Źle o nim mówili, ale ona, panna z dzieckiem, myślała, że nikt inny się nie trafi. No i wyszła za niego…

– To ja miałam tatę? – wyrwało mi się.

Babcia ciężko westchnęła.

– Ojczyma raczej – odpowiedziała. – I to najgorszego, jakiego można sobie wyobrazić! – dodała. – Bił ciebie i mamę. Przypalał ją papierosem… Boże, do czego ten człowiek był zdolny! Jak to dobrze, że ty byłaś za mała, żeby to pamiętać! Mama w końcu od niego cudem uciekła, ale on szukał jej jeszcze przez wiele lat, zwłaszcza jak sobie popił…

– To dlatego wyjechała… – zrozumiałam. – Dlaczego ty mi tyle lat nic nie powiedziałaś? – zapytałam szeptem.

– Dziecko, ona mi zabroniła. Dumna była. Wstydziła się, że taki błąd popełniła. Zawsze uważała się za najmądrzejszą ze wszystkich, a tu jakiś tam ostatni pijaczyna ją wykiwał… – odparła.

Pokiwałam głową. W tym momencie poczułam się, jakby przez lodowatą skorupę mojego serca ktoś przesączył promyk słońca. Zrozumiałam że, mama chciała mnie ostrzec we śnie. Tego dnia powiedziałam Patrykowi, że jeszcze za mało go znam, żeby za niego wyjść. Nie przyjął tego dobrze. Krzyczał, że pewnie mam innego. A później zwyczajnie mnie pobił… Nigdy wcześniej nie sądziłam, że jest do tego zdolny!

– Boże, jak dobrze, że ten człowiek nie zostanie moim mężem – powtarzałam sobie, płacząc z bólu i upokorzenia.

I to był koniec wielkiej miłości

Jakiś czas później wróciłam do rodzinnej wsi, żeby zaopiekować się starzejącą się babcią. O Patryku zapomniałam. Przypomniał mi o sobie sam. W sposób, jakiego bym się nigdy nie spodziewała.
Pewnego dnia zobaczyłam jego twarz w ogólnopolskiej gazecie. Oczy miał zasłonięte grubą czarną krechą, żeby nie można go było rozpoznać, ale nie miałam wątpliwości, że tabloid opisuje mojego byłego, który po pijanemu dokonał strasznej zbrodni, pozbawiając życia Bogu ducha winnych ludzi.

Z artykułu dowiedziałam się też, że ma żonę i dwie córeczki – i wszystkim ten „potwór w ludzkiej skórze”, jak go opisywali dziennikarze, zgotował piekło.

– Boże, to mogłam być ja… – powtarzałam bezwiednie.

Tego dnia po raz pierwszy pomodliłam się szczerze za mamę.

– Dziękuję ci, że mnie ostrzegłaś – mówiłam jak w jakimś transie. – Dziękuję i przepraszam, że nie było mnie przy tobie, gdy najbardziej mnie potrzebowałaś. Dopiero wtedy poczułam spokój, jaki płynie z pojednania.

Czytaj także:
„Babcia mnie nienawidziła, bo byłam dzieckiem z wpadki. Uważała, że to przeze mnie jej córka zniszczyła sobie życie”
„3 lata czekałam na oświadczyny, a on zerwał ze mną w 4 zdaniach. Odszedł do kochanki, z która natychmiast wziął ślub”
„Za dnia jestem poważną panią urzędnik, a wieczorami dorabiam jako sprzątaczka. Ukrywam to przed znajomymi”