Nieudane wesele fot. Adobe Stock, Serhii

„Nasze wesele zmieniło się w festiwal żenady i upokorzeń. Przez sprośne zabawy wodzireja prawie spaliłam się ze wstydu”

„Przez ułamek sekundy miałam nadzieję, że będę musiała zjeść jabłko… Ale to, co zobaczyłam na talerzu, sprawiło, że omal nie zwymiotowałam. Dwa jajka i parówka między nimi... Z kolei mój mąż musiał przypiętą do paska łyżką do butów przepchnąć papierową kulkę...”.
/ 07.11.2021 05:37
Nieudane wesele fot. Adobe Stock, Serhii

Drodzy państwo,  mam czterdzieści lat doświadczenia w prowadzeniu zabaw i jeszcze ani razu mi się nie zdarzyło, żeby goście wyszli niezadowoleni! – wodzirej uśmiechnął się szeroko i sięgnął po umowę,  by wręczyć ją mojemu tacie. – Na weselach ze mną ludzie bawią się jak nigdy! Gwarantuję, że będą mieli co wspominać!

Właściwie Tymek i ja nie chcieliśmy orkiestry ani wodzireja; woleliśmy didżeja. Spotkaliśmy się jednak ze zmasowanym oporem ze strony rodziców, babć i praktycznie całych obu rodzin. Jak ślub, to ma być orkiestra i wodzirej. Oraz obowiązkowo oczepiny, tradycyjne zabawy weselne i „Jedzie pociąg z daleka”. I butelka wódki na głowę, bo wiadomo, bez zimnej czystej nie ma porządnej zabawy.

– Myślałam raczej o winie – zauważyłam nieśmiało, ale rodzice mnie zakrzyczeli.

– Będzie sok porzeczkowy, dolejesz sobie do wódeczki i będziesz miała winko – zażartował ojciec Tymona, a ja uśmiechnęłam się z przymusem.

Tymek przewrócił oczami, ale tak, żebym tylko ja to widziała. W końcu za wszystko płacili jego i moi rodzice, więc nie mieliśmy prawa narzekać ani krytykować ich pomysłów. Chcą wódkę i wodzireja – to tak właśnie będzie!

Wodzirej wiedział, co bawi gości

Sam ślub był piękny, a życzenia jakoś przetrwaliśmy, choć miałam straszną ochotę wytrzeć twarz tonikiem po tych wszystkich mokrych pocałunkach wyciskanych na niej przez wujków, ciotki i niekiedy zupełnie obcych ludzi. Ale najgorsze miało dopiero nadejść…

– A teraz, posileni bigosikiem, rozpoczynamy wspólną zabawę! – zaryczał do mikrofonu wodzirej. – Potrzebuję czterech pięknych pań i czterech odważnych panów! O, tu widzę chyba Miss Polonię z ubiegłego roku! Mogę panią prosić?

– Chyba z ubiegłego stulecia – mruknął mi do ucha Tymon, bo nasz uroczy wodzirej właśnie wyciągał z tłumu krygująca się ciotkę Mariannę, platynową blondynę po pięćdziesiątce.

– A tu pewnie jej młodsza siostra – złapał za rękę Judytkę, moją siedemnastoletnią kuzynkę. – O, a tu widzę odważnego młodzieńca! Zapraszamy!

„Odważnym młodzieńcem” okazał się stryj Tymka, łysiejący i brzuchaty sześćdziesięciolatek, aktualnie robiący małpie miny do publiczności, wśród której stała jego żona i dwie córki.

– Paniom zawiązujemy oczy, a panowie krążą dookoła nich – dyrygował wodzirej. – Kiedy muzyka przestanie grać, każda z dam wyciąga rękę i szczęściarz, którego dotknie, zostanie jej partnerem w tej zabawie!

Po kilkudziesięciu sekundach jakiegoś okropnego disco polo ze zgrozą zauważyłam, że Adamowi, naszemu świadkowi, trafiła się ciocia Marianna, a kuzynka Judyta wylądowała w parze z nieco obleśnym stryjem.

– Rany, mam nadzieję, że będą musieli tylko tańczyć – syknął do mnie Tymon, patrząc z troską na swojego przyjaciela, spokojnego i nieśmiałego informatyka, na którego ramieniu uwiesiła się moja ciotka, nieomal miażdżąc mu je biustem.

Niestety, konkurs nie polegał na tańcu. Zadaniem uczestników było „przesunięcie balonika”. Balonik był umieszczony na wysokości kolan partnerki, a partner za pomocą pompki rowerowej umocowanej do paska musiał przepchnąć go w górę… W rewanżu panie musiały „przesunąć jajko” przez spodnie partnera, co oznaczało wsunięcie go u dołu jednej nogawki, przemieszczanie po nodze partnera wzwyż, zakręt na wysokości rozporka i powrót drugą nogawką.

– Rany boskie, przecież to jest obrzydliwe! – usłyszałam głośny kobiecy głos od stołu dla naszych znajomych z uczelni.

Ta opinia była, niestety, odosobniona. Reszta gości rechotała i waliła się z uciechy dłońmi po udach, kiedy moja kuzynka, czerwona jak piwonia, wbrew własnej woli obmacywała po nogach obcego faceta. Nie mniejszy aplauz wywołały sugestywne ruchy bioder u panów, którymi usiłowali przepchnąć nieszczęsne baloniki.

– To ohydne! – szepnęłam zdenerwowana do męża. – Judyta wcale się dobrze nie bawi, ta mała brunetka też, widzisz?

–  Za to stryj Stefan bawi się przednio – zauważył.

– Bo jeszcze nie dostrzegł, jaką minę ma jego żona – odparłam z niejaką satysfakcją. – Tak czy inaczej trzeba powiedzieć temu pajacowi, żeby się opanował. Nie chcę na naszym weselu takich konkursów! To nawet nie jest erotyczne, to jest obrzydliwe! – powtórzyłam zasłyszaną  opinię. – Wręcz obsceniczne!

Tymek się poświęcił z zaciśniętymi zębami

Niestety, nie było okazji, by to zrobić. Kiedy tylko wodzirej wypuścił ze szponów cztery „pary”, natychmiast obwieścił rozweselonym gościom, że teraz kolej na… państwa młodych!

– Najpierw pan młody zademonstruje nam swoje możliwości, pomysłowość oraz wytrwałość, które niewątpliwie przydadzą mu się dzisiaj w nocy! – stwierdził, a goście, w większości mający już dobrze w czubie, zaczęli wiwatować. – Zapraszam pana młodego!

Dostrzegłam błysk paniki w oczach męża.

– Nie musisz tego robić – szepnęłam. – Powiedz, że nie wyjdziesz na środek.

– TY-MON! TY-MON! TY-MON! – goście, podjudzani przez wodzireja, zaczęli skandować, klaskać i gwizdać.

Jasne, Tymek mógł odmówić udziału w zabawie, ale to byłoby towarzyskie samobójstwo. Jego protest od razu zepsułby biesiadnikom nastrój, może nawet skłonił niektórych do opuszczenia sali. A już na pewno do obmawiania, że Tymon nie umiał się bawić na własnym weselu. Mój małżonek, robiąc dobrą minę do złej, a raczej sprośnej gry, musiał dać sobie przypiąć do paska długą na metr łyżkę do butów i, ruszając biodrami w przód i w tył, przepchnąć papierową kulkę ze środka sali aż pod nasz stół. Widziałam, że czuje się upokorzony. Wykonując te ruchy jednoznacznie kojarzące się z seksem, czerwony na twarzy, unikał mojego wzroku…

Jednak naszych gości to bawiło, zwłaszcza tych starszych. Ale najgorsze były komentarze wodzireja.

– Dawaj, młody! Dopiero popychasz pół minuty! Kulkę, rzecz jasna! – zarechotał. – Nie spiesz się tak! Panna młoda patrzy, a już ona wie, że to nie ma być sprint, tylko maraton!

Poczułam, że moje dłonie pod stołem zaciskają się w pięści. Dlaczego musieliśmy to znosić na własnym weselu?! Odpowiedź kryła się o kilka krzeseł dalej, gdzie siedzieli nasi rodzice i dziadkowie. Kątem oka zobaczyłam, jak mój tato poklepuje teścia, a teściowa… Na miły Bóg!... Robi synowi zdjęcie!

– Doszedł! Pan młody doszedł! – ogłuszył mnie ryk wodzireja i entuzjastyczny aplauz tłumu.

Tymon z nieruchomą twarzą usiadł obok mnie i wychylił setkę wódki. Był cały fioletowy.

– A teraz kolej na pannę młodą! – zagrzmiał nasz etatowy klaun i doskoczył do mojego krzesełka. – Najpierw zawiążemy młodej żonce rączki krawacikiem. Który z panów wypożyczy swój?

– Nie chcę! – szarpnęłam się. – Nie będę brać udziału w takiej zabawie – syknęłam do wodzireja w nadziei, że odpuści.

Nie doceniłam go jednak

– Panna młoda ma dziewczęce opory. Pewnie dlatego, że jeszcze nie wie, co ją czeka! – puścił oko do gości. – Cóż, rozumiemy to wszyscy, ale mężatka ma pewne obowiązki!

Byłam zdenerwowana, oszołomiona i pod presją. Złapałam zachęcające spojrzenie ciotki Marianny i zrozumiałam, że co do jednego wodzirej miał rację: nasi goście naprawdę doskonale się bawili. Szkoda tylko, że cudzym kosztem.

– A teraz, kiedy rączki już związane – wskazał na moje wygięte do tyłu ramiona – proszę o przyniesienie głównego dania mężatek! Uwaga! Panna młoda musi zjeść z talerza wszystko! Dopingujemy ją, można też udzielać rad! Odsiecz nadeszła znienacka.

Przez ułamek sekundy miałam nadzieję, że będę musiała zjeść jabłko… Ale to, co zobaczyłam na talerzu, sprawiło, że omal nie zwymiotowałam. Dwa jajka i parówka między nimi. Z jednego końca zamoczona w majonezie. To właśnie miałam skubać wargami, nagryzać, lizać i połykać bez użycia rąk, ku uciesze mocno już podchmielonych gości. Bo jeśli nie, to przecież zepsuję własne wesele i nigdy mi tego nie darują…

To był największy koszmar mojego życia! Nie miałam odwagi się sprzeciwić, nie chciałam psuć innym zabawy. Przecież goście na weselu są najważniejsi, prawda?

– Dosyć tego! – Tymon nagle wstał i zaczął rozwiązywać mi ręce. – To przekracza granice dobrego smaku i moja żona na pewno nie weźmie w tym udziału. A panu już dziękuję. Może pan iść do domu. Od teraz bawimy się kulturalnie.

Powiedział to spokojnie, ale takim tonem, że rozzuchwalony wodzirej aż zaniemówił z wrażenia. Część gości również. A potem mój mąż kazał zagrać orkiestrze naszą piosenkę i poprosił mnie do tańca. Kilka osób głośno wyraziło swoje niezadowolenie, ale się nimi nie przejęliśmy. Nagle kompletnie przestało nas obchodzić, czy nasi krewni, których widywaliśmy raz na dekadę, będą dobrze wspominać to wesele. To był NASZ dzień, nie ich. W końcu daliśmy sobie szansę, żeby uratować własne wspomnienia.

Czytaj także:
„Urodziłam syna w pracy. Zamiast gratulacji od szefowej dostałam rachunek na 12 tys. za szkody wyrządzone porodem”
„Ojciec nosi feletron, matka co rano biega na msze. Gdy zaliczyłam wpadkę, wygnali mnie z domu”
„Nadawałam się tylko na śmietnik. Czułam się stara i brzydka. Dwa rozwody i choroba odebrały mi życiową energię”