Mężczyzna mojego życia fot. Panthermedia

Mężczyzna mojego życia

Miotałam się, szukałam szczęścia, miłości. Aż nagle uświadomiłam sobie, że nie mam pojęcia, co to dla mnie tak naprawdę znaczy.
/ 22.03.2012 16:37
Mężczyzna mojego życia fot. Panthermedia
Pamiętaj, że zawsze będę na ciebie czekał” – po raz pierwszy usłyszałam te słowa od Sławka jedenaście lat temu! Nawet dzisiaj wydaje mi się to nieprawdopodobne, że jego uczucie przetrwało tyle lat. Tym bardziej, że nie dawałam mu żadnych nadziei.
Spotkaliśmy się w banalny sposób, jak miliony innych par. Przez wspólnych znajomych, którzy urządzili imprezę w domu. W trzech pokojach kłębił się tłum gości, powoli zawiązywały się grupki dyskusyjne, a mnie się wydawało, że do żadnej z nich nie pasuję. To poczucie wyobcowania szybko jednak minęło, kiedy Ewa, moja koleżanka, przedstawiła mi Sławka.
– To mój kumpel z liceum, fajny i przede wszystkim bardzo porządny facet. Mam wrażenie, że będziesz się z nim dobrze bawiła – szepnęła mi do ucha.
Początkowo w myślach nawet lekko się obruszyłam na moją kumpelę, bo facet był, krótko mówiąc, taki sobie. Miał niemodnie przycięte włosy, trochę zbyt długie na karku, jak na mój gust. No i jeszcze ta dziwaczna sztruksowa kamizelka. Taką nosił mój dziadek, ale on miał ponad osiemdziesiąt lat, a nie trzydzieści!
Bardzo szybko jednak zapomniałam o wyglądzie Sławka, kiedy zaczęliśmy rozmawiać. Ewka miała rację! Inteligencja, przenikliwe sądy, ciekawe poglądy – w takim towarzystwie nawet nie zauważyłam, kiedy minął mi wieczór.
– Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy… – stwierdził Sławek, kiedy wychodziłam do domu.
Uśmiechnęłam się, ale nawet mi do głowy nie przyszło dać mu swój numer telefonu. Po co?
Po raz drugi spotkałam go prawie rok później, znowu na imprezie u Ewy. Przyznam, że zdążyłam o nim po prostu zapomnieć, tymczasem Sławek przywitał mnie słowami:
– Często myślałem o tobie.
Po tym drugim wieczorze, przegadanym prawie do rana, dałam mu już swój numer telefonu. I wtedy stał się takim moim… chłopakiem z zapomnienia.
Pewnie wszyscy wiemy, co to jest „sklep z zapomnienia”. To ten blisko domu, do którego wpadamy tylko wtedy, kiedy nagle, tuż przed kolacją, uświadamiamy sobie: Oj, zapomniałam kupić masło! A na co dzień zakupy robimy zupełnie gdzie indziej. Taki „sklep z zapomnienia” jest mało atrakcyjny, ma ograniczoną liczbę towarów i w ogóle robi się interesujący tylko wtedy, kiedy akurat mamy nie po drodze do każdego innego. Na chwilę.

Kiedy patrzę wstecz, widzę, że dokładnie tak traktowałam Sławka. On był zawsze, z tą swoją niemodną fryzurą i zabawnymi ubraniami, gotów na każde moje skinienie pośpieszyć z radą, pomocą, czy choćby po prostu dotrzymać mi towarzystwa. Nie korzystałam z tego bez umiaru, bo tak naprawdę interesowali mnie zupełnie inni mężczyźni i to nimi byłam zajęta. Tymczasem Sławek cierpliwie mi zawsze powtarzał, że on na mnie poczeka i że zawsze mogę na niego liczyć.
Nie był nachalny. Nie bombardował mnie telefonami i nie zasypywał kwiatami, co pewnie szybko by mnie zirytowało. Potrafił w jakiś cudowny, tylko sobie właściwy sposób tak wyważyć swoje zainteresowanie moją osobą, że faktycznie czułam, iż jest, ale mi to nie doskwierało.
Czasami tylko myślałam, że „teraz to już na pewno zrezygnuje”. Jak wtedy, gdy wyszłam za mąż za Jacka. Może jednak raczej powinnam powiedzieć, że nie tyle wyszłam, co „przeszłam się”, tam i z powrotem. Bo to małżeństwo od początku nie było dobrane.
Jacek zaimponował mi swoją przebojowością i tym, że zawsze dostawał to, co chciał. Potrafił w urzędzie załatwić każdy papierek w ciągu jednego dnia, podczas gdy innym zajmowało to tydzień. W sklepie dawano mu znaczne rabaty, chociaż kupował rzeczy z najnowszej kolekcji. Ale tak zakręcił zawsze ekspedientkę, że udostępniała mu swoją pracowniczą zniżkę.
Imponowało mi to, szczególnie że bardzo często wykorzystywał swoje umiejętności, aby załatwić coś dla mnie. Czułam się wyróżniona i trochę chyba nawet pogardzałam w głębi ducha tymi wszystkimi urzędniczkami i sprzedawczyniami, że dają mu się tak „urobić”. Dopiero po jakimś czasie zdałam sobie sprawę z tego, że ja także padłam ofiarą Jacka, i dałam mu się okręcić wokół małego palca. Zgadzałam się na wszystkie jego sprawki z uśmiechem, niepomna, że mnie zdradza, oszukuje i zręcznie mną manipuluje.
Czasami tylko, kiedy podświadomie czułam się wykorzystana i niekochana, dzwoniłam do Sławka i umawiałam się z nim na kawę. Jak z kumplem. Żaliłam mu się, wypłakiwałam w rękaw, a on wysłuchiwał mnie na spokojnie, podnosił na duchu, stawiał psychicznie do pionu i dopieszczał słownie jako kobietę. Zawsze po tych spotkaniach byłam zrelaksowana i pewna siebie, ale nadal nie przychodziło mi do głowy, że ze Sławkiem może mnie połączyć coś więcej niż tylko przyjaźń.
Nawet wtedy gdy wiózł mnie na ostry dyżur, bo spuchł mi ząb źle zaplombowany przez dentystę sadystę. Ani wtedy gdy mozolnie sadził na mojej rekreacyjnej działce iglaki, bo wymyśliłam sobie, że natychmiast ma na niej wyrosnąć żywopłot, odgradzający mnie od nowych, wścibskich sąsiadów.

Sławek tylko cierpliwie czekał. Nie śmiałam go pytać, dlaczego mijają lata, a on nie jest z nikim związany. Znałam odpowiedź, bo przecież wiele razy mi mówił, że czeka na mnie. Wolałam jednak traktować te jego zapewnienia jako żart, bo przecież nie chciałam brać odpowiedzialności za jego samotność. Ja miałam swoje życie, a on swoje i mógł robić z nim, co mu się żywnie podoba!
W końcu jednak, jeśli chodzi o moje małżeństwo, przejrzałam na oczy. Pomogła mi zresztą w tym jedna pani, bogata wdowa, w kierunku której zaczął dryfować mój mąż. No cóż, związek z nią dawał mu pozycję i majątek, a ja nie miałam ani jednego ani drugiego. Nic więc dziwnego, że teraz ją zaczął okręcać sobie wokół palca…
Porzucona i nieadorowana zrozumiałam, że tak naprawdę nigdy nie byłam przez niego kochana. Dałam mężowi możliwość zameldowania się w Krakowie, bo miałam duże, piękne mieszkanie po dziadkach, potem wśród swoich znajomych wystarałam mu się o dobrą pracę i tyle. Teraz on mierzył wyżej!
To ja złożyłam pozew o rozwód – mam przynajmniej tę satysfakcję. Rozprawa była krótka, bo przecież nie mieliśmy dzieci ani specjalnie żadnego wielkiego wspólnego majątku. Oboje poprosiliśmy, aby sąd nie wysyłał nas na małżeńskie mediacje, bo to nie ma najmniejszego sensu – od ponad roku już ze sobą nie śpimy i nie ma między nami żadnej więzi.
Kiedy po rozprawie wróciłam do domu, nie czułam nawet wielkiej pustki. Ani w sobie, ani dookoła siebie. Zastanawiałam się tylko, jak mogłam być taka naiwna i spędzić cztery lata z facetem, którego obchodziło tylko moje mieszkanie i pozycja zawodowa. Który używał mnie wyłącznie jako drabiny.
I wtedy zadzwonił telefon. To był Sławek. Powołał się na wspólnych znajomych, od których właśnie się dowiedział, że dzisiaj miałam rozprawę rozwodową.
– Może chcesz, żebym do ciebie przyjechał, z jakąś dobrą komedią i szampanem? – zapytał.
W pierwszym momencie chciałam powiedzieć, że nie potrzeba, bo nic mi nie jest. Czuję się świetnie i daleko mi do rozpaczania z powodu straconych szans czy też złamanego życia. Ale nagle stwierdziłam, że dlaczego nie? Należy mi się przecież odrobina rozrywki!
– Przyjeżdżaj! – zadecydowałam.
Pojawił się u mnie w ciągu kwadransa! Jak zwykle przemiły, z jakimś doskonałym francuskim filmem, którego do tej pory nie widziałam i przednim trunkiem, odpowiednio już zmrożonym. Przywiózł ze sobą nawet piękne kryształowe kieliszki, bo powiedział, że specjalna okazja wymaga specjalnej oprawy.
Kiedy tak zaśmiewałam się do łez z filmu, który dla nas wybrał i piłam świetnego szampana, powoli kompletnie zapominałam o swoim nieudanym małżeństwie. I chyba wtedy po raz pierwszy, rozochocona „bąbelkami” pomyślałam: „Ten Sławek to nawet całkiem fajny facet. Gdyby tylko nie był taki…”
– Jaki? – zapytała mnie moja przyjaciółka, Ewa, kiedy kilka dni później usiłowałam się jej zwierzyć ze swoich przemyśleń i nazwać miotające mną uczucia.
Lekko wzruszyłam ramionami, po czym starałam się jej jak najdelikatniej (w końcu to jej dobry kumpel) określić moją niechęć do tej jego niemodnej fryzury i tych dziwacznych sztruksowych kamizelek.
– A ty nie zauważyłaś, że on już dawno taki nie jest? – zapytała wtedy Ewa, unosząc wysoko brwi.
Zastanowiłam się nad tym, co mówi i nagle spojrzałam na Sławka jej oczami!
Faktycznie! Od momentu kiedy go poznałam, zaszufladkowałam jako niegroźnego, inteligentnego dziwaka. I wszystko, co mnie w nim obchodziło, to tylko to, jak bardzo był dla mnie użyteczny. Czasami, kiedy ja tego chciałam.
Tymczasem Sławek przez te lata faktycznie się zmienił! Porzucił w którymś momencie swój niemodny strój i archaiczną fryzurę. Teraz miał świetnie, stylowo przycięte włosy, nosił modne sportowe spodnie i młodzieżowe bluzy z ciekawymi nadrukami. Jakiejś niszowej firmy, której chyba jeszcze nawet nie ma w Polsce. Przywoził je sobie z zagranicy, ze służbowych delegacji, w które wyjeżdżał bardzo często jako ceniony specjalista.
No i te mięśnie! Jak mogłam nie zauważyć, kiedy sadził na mojej działce te cholerne iglaki, że on ma świetną sylwetkę, wyćwiczoną na basenie, bo pływać uwielbiał dokładnie tak samo jak ja?!
I te spojrzenia, którymi ścigały go kobiety, gdy siedzieliśmy razem w kawiarni! Dlaczego do mnie do tej pory nie dotarło, że wyrażają zainteresowanie jego osobą?
To dlatego, że ja byłam skupiona tylko na sobie! W towarzystwie Sławka podświadomie uznawałam, że tylko ja jestem ważna, a nie on!
I nagle teraz poczułam wewnętrzną panikę! To uczucie przyszło tak nagle, że prawie mnie zwaliło z nóg! „A jeśli on już na mnie nie czeka? Jeśli mam pecha i właśnie teraz poznaje jakąś inną kobietę swojego życia? Co wtedy zrobię? Do końca swoich dni będę płakała nad swoją głupotą!” – pomyślałam.
Pożegnałam się więc szybko z Ewą i gdy tylko wyszłam przed jej blok, drżącą ręką wyjęłam z torebki telefon komórkowy i wybrałam numer Sławka. W tym samym zresztą momencie zdałam sobie sprawę z tego, że pod tak zwanym klawiszem szybkiego wybierania mam go od lat na pierwszej pozycji! A więc intuicyjnie wiedziałam już dawno, jak jest dla mnie ważny. Tylko rozum musiał jeszcze dojść do tego, co serce już dawno wiedziało...
Odebrał jak zwykle po pierwszym dzwonku.
– Przyjedziesz do mnie? – zapytałam prosto z mostu.
– Oczywiście! Czy mam coś przywieźć? – zapytał z troską.
– Tylko siebie! – odparłam.
Biegłam do domu jak na skrzydłach. Myślałam sobie, że muszę teraz nadrobić te osiem lat, które niepotrzebnie zmarnowałam na głupoty, podczas gdy mężczyzna mojego życia był cały czas na wyciągnięcie mojej ręki. Gdzie ja miałam oczy?!