Żona traktowała mnie jak popychadło fot. Adobe Stock, Liubomir

„Mąż nie robi niczego poza pracą. Więcej wie o swoich sekretarkach i dostawcach niż o własnej żonie. Na urlopie nie był od lat”

„– Kino odpada – przewróciła oczami. – Trzeba przecież wyłączać telefon. Twierdzi, że możemy obejrzeć wszystko w domu, tyle że w domu ogląda z laptopem na kolanach… Spotkań unika. Jak już naprawdę musi iść, bo chodzi o rodzinę, to albo gada o robocie, albo odbiera telefony, albo się wymyka samemu, by gdzieś zadzwonić”.
/ 09.12.2022 20:30
Żona traktowała mnie jak popychadło fot. Adobe Stock, Liubomir

Listopad był fantastycznym miesiącem, pomyślałam, odwracając kartkę kalendarza. Nie poleciałam co prawda do Bretanii, ale zupełnie znienacka przyjechała do mnie w odwiedziny córka z wnukiem na tydzień!

– Nie wahałam się ani chwili, gdy kolega zadzwonił, że zwolniło się miejsce w vanie… Spakowaliśmy się w jedną noc! – ściskała mnie jak wariatka. – Mamo, świetnie wyglądasz. 

– Jak ty wyrosłeś, chłopaku – nie mogłam się nadziwić wnukowi.

Dopiero był z niego mały słodziak, a teraz to już prawdziwy łobuz. Dłonie duże, a stopy jak yeti! Cały tydzień sobie dogadzaliśmy, a na końcu wyskoczyliśmy moją toyotką w góry. Morze niby bliżej, ale komu to zaimponuje, skoro oni tam mają ocean? Po raz pierwszy od początku pandemii poczułam, że mentalnie wypoczęłam.

Do pracy leciałam jak na skrzydłach

Tym razem nie po to, by nabrać dystansu do własnych trosk, lecz aby pomagać – myśl, że ktoś czuje się nieszczęśliwy, była dla mnie nie do zniesienia. Tym razem w poradni odwiedziła mnie młoda, atrakcyjna brunetka. Zapukała i wsadziła nieśmiało głowę do gabinetu.

– Proszę wejść – zaprosiłam ją.

Ja… Ja bardzo przepraszam, ale chyba mamy problem – zaczerwieniła się jak uczennica. – Przyszłam z psem. W ostatniej chwili okazało się, że nie mam go z kim zostawić.

– Będzie grzeczny? – zapytałam, przypominając sobie zawziętego yorka, który dopiero co oszczekał mnie na parkingu. – Da się przy nim rozmawiać? –

Mam nadzieję – uśmiechnęła się. – W domu jest grzeczny. To jak, możemy?

– Zapraszam.

Weszła, a za nią wkroczył owczarek niemiecki. Piękne stworzenie, aż żal mi się zrobiło, że jestem już za stara na takiego psa. No i mam Adelkę, a nie sądzę, by moje zdolności negocjacyjne wiele pomogły w nawiązaniu kocio-psiej przyjaźni… Pani Oliwia, bo tak się przedstawiła, usiadła na fotelu, a pies ułożył się grzecznie u jej stóp i obserwował sytuację bursztynowymi oczami. Był na smyczy i miał kaganiec, więc i ja się rozluźniłam i wkrótce zapomniałam o jego obecności. Porozmawiałyśmy przez chwilę niezobowiązująco o pogodzie i wakacjach, w końcu zapytałam:

– Rozumiem, że brak opieki dla psa to niejedyny pani problem?

– Nie – splotła dłonie na biurku. – Chyba nie… Trudno powiedzieć, bo wydaje się, że jestem jedyną osobą, którą coś uwiera. Rodzina, koleżanki – wszyscy są zachwyceni moim mężem. Non stop słyszę, jakie miałam szczęście, że Rafał jest taki pracowity. Stroni od rozrywek, nie szlaja się z kolegami, nie ogląda hurtem sportu w telewizji… Ideał po prostu – przewróciła oczami. – Może ja faktycznie wymyślam?

– Zostawmy na razie niezaangażowanych komentatorów – poradziłam. – To pani żyje z tym człowiekiem pod jednym dachem, nie oni. Co panią uwiera?

– Coraz częściej łapię się na myśli, że wyszłam za robota – westchnęła. – Rafał bez przerwy pracuje! Przedtem, przed pandemią, wydawało mi się, że mają złą organizację w firmie i dlatego mąż przynosi pracę do domu, ale podczas home office straciłam złudzenia– on po prostu każdą chwilę poświęconą na coś innego uważa za marnowanie czasu. Jest przyklejony do laptopa, wciąż cyzeluje, sprawdza, poprawia… Jest chorobliwie perfekcyjny i wciąż nie dość zadowolony z efektów.

– Może rodzaj pracy po prostu wymaga wytężonej uwagi? – zastanowiłam się. – Jeżeli chodzi na przykład o ratowanie życia…

– Nie chodzi – pokręciła głową. – Poza tym inni pracownicy, przynajmniej ci, których zdążyłam poznać, żyją normalnie: wyjeżdżają na weekendy, mają normalne urlopy… Ba, niektórzy nawet hobby!

– Teraz mąż pracuje z domu czy z firmy? – zapytałam.

– Na zmiany – wyjaśniła. – Ale to właściwie nie robi różnicy. Rafał i tak jest nieobecny – ciałem albo duchem. Wciąż przy laptopie albo telefonie. Popołudniami i wieczorem również.

Pracoholik?

– Nie wychodzicie państwo nigdzie? – próbowałam się zorientować. – Do kina, na spotkania z przyjaciółmi?

– Kino odpada – przewróciła oczami. – Trzeba przecież wyłączać telefon. Oczywiście, Rafek tego nie powie, oficjalnie twierdzi, że bez sensu płacić za bilet, skoro można spokojnie obejrzeć wszystko w domu. Tyle że w domu ogląda z laptopem na kolanach… Uwielbiam dyskusje po filmach, a jak tu gadać z kimś, kto się nie angażuje albo wręcz nie ma pojęcia, co się działo na ekranie?

– A spotkania?

– Unika – wzruszyła ramionami. – Jak już naprawdę musi iść, bo chodzi o rodzinę, to albo gada o robocie, albo odbiera telefony, albo się wymyka samemu, by gdzieś zadzwonić.

– I co reszta na na to?

– „Ach, jaki to pracowity facet” – przedrzeźniła. – Tylko któraś z ciotek kiedyś zapytała złośliwie, czy naprawdę musi dzwonić do kochanki w czasie chrzcin, ale nawet nie zajarzył. Ja już nie lubię z nim nigdzie chodzić, bo po co? Auto mam własne, nie potrzebuję szofera.

– A sama pani wychodzi?

– Też nie bardzo, większość znajomych jest sparowana… Głupio się czuję jako jedyna bez partnera, w dodatku zawsze muszę Rafała usprawiedliwiać – powiedziała z kwaśną miną. – Czasem się wybiorę do kina na znak protestu, ale nie sądzę, by mąż to w ogóle rejestrował.

– Czyli jest tak: wspólne życie państwa, jako pary, właściwie nie istnieje? Nic razem nie robicie?

Zastanowiła się, a potem smutno pokiwała głową: właściwie tak.

– Czasem – dodała po zastanowieniu – coś się udaje, ale to wymaga zabiegów, jak załatwienie audiencji u królowej brytyjskiej. Najpierw muszę mu wbić do głowy, że wyjeżdżamy, zamknąć pole dyskusji. Potem wszystko sama załatwić: noclegi, ustawić nawigację. A potem posadzić go za kierownicą, żeby nie mógł jechać z nosem w komputerze. I voilà!

– I jak wtedy jest? Czy efekt panią satysfakcjonuje?

– Raczej nie – wzruszyła ramionami. – Jakikolwiek temat poruszę, zawsze kończy się na tym, że w firmie coś tam, coś tam… Pani Basia z księgowości też miała podobny problem, a Marian z transportu opowiadał, że jego żona również nie poleca tego sklepu… Czasem mam wrażenie, że Rafał wie więcej o tych ludziach niż o mnie. Tym bardziej że jak już dotrzemy na miejsce, koniecznie trzeba coś sprawdzić, bo świat się zawali. Wyjeżdża na stół laptop i tak już zostaje do końca.

– Próbowała pani z mężem rozmawiać, jak czuje się pani w takich momentach? – zapytałam.

– Bo to raz? Twierdzi wtedy, że jestem dorosła i nie będzie mnie niańczył. Albo sugeruje, żebym zajęła się czymś pożytecznym, skoro się nudzę… Czasem mam wrażenie, że ma mnie za nieroba, chociaż zarabiam prawie tyle co on. Tyle że jestem lepiej zorganizowana i potrafię oddzielić życie osobiste i zawodowe!

Spojrzałam na psa

On, z kolei, po chwili niepokoju zajął się zabawką podaną przez panią Oliwię.

– Zwierzak był pani pomysłem czy męża? – zapytałam.

– Atos na szczęście nie jest nasz, tylko szwagierki, która wyjechała na wakacje – wyjaśniła Oliwia. – Rafał oczywiście obiecał, że będziemy współdzielili obowiązki, gdy poprosiła o opiekę. I co? Pstro.

– To znaczy?

– Mówiłam mu wczoraj, że nie będzie mnie rano, wydawało mi się, że dotarło. Ubrałam się, przypomniałam mężowi, że powinien wyprowadzić Atosa, a on zdziwiony, że go nie zabieram. I co ja w ogóle sobie wyobrażam, że on ma czas na spacery? I zaraz cała opowieść o kliencie, który sprawia problemy, i szczegóły… I że idiota jakiś, pieniacz, a nikt się nie przejmuje, jakby sobie nie zdawali sprawy, że chodzi o dobre imię firmy. Wkurzyłam się, wzięłam psa i wyszłam.

– Co by się stało, gdyby jednak go pani zostawiła z mężem?

– Pewnie by go w końcu wyprowadził, ale ile by się zwierzak nacierpiał…

– Rozumiem – mruknęłam. – Chciałabym teraz zadać kilka pytań, a pani niech postara się na nie szczerze odpowiedzieć, dobrze?

Skinęła głową.

Czy ten związek jest dla pani satysfakcjonujący?

Zastanowiła się i po chwili odpowiedziała, że nie. Zapytałam dlaczego.

– Mam wrażenie, że nie jestem ważna dla Rafała – stwierdziła. – Nawet nie ma w tym nic osobistego… Po prostu dla niego nie liczy się nic oprócz pracy.

– I jak się pani z tym czuje?

– Głównie jestem skołowana – wyznała. – Nie wiem, czy on postępuje niewłaściwie, czy ja się czepiam… Gdyby był hazardzistą albo alkoholikiem, sprawa byłaby jasna, bo to złe, ale praca? Przecież ona jest wartością pozytywną!

Myślę, że kluczowa jest tutaj miara – zauważyłam. – W nadmiarze nawet pozytywne rzeczy stają się ciężarem. Chciałam też zauważyć, że sama pani uznała męża za nałogowca i uważam to za bardzo trafne. Pracoholizm może być równie zgubny jak inne nałogi. I równie niszczący dla rodziny.

– Moja mama mówi, że mi się w głowie poprzewracało.

Ale to pani żyje z mężem, nie ona, prawda? Poza tym ma pani inne potrzeby niż kobieta w jej wieku. Proszę zaufać swoim odczuciom, bo to jedyne narzędzie, jakie pani ma. Kiedy je pani zakwestionuje, stanie pani na prostej drodze do współuzależnienia.

– Raczej nie – skrzywiła się. – Ja potrafię zostawić pracę w firmie.

– Współuzależnienie nie polega na powielaniu nałogu, lecz, z grubsza, na ułatwianiu go przy jednoczesnym traceniu z oczu własnych priorytetów. Na przykład na tłumaczeniu pracoholika, dlaczego nie jest obecny na imprezie rodzinnej… Albo zabraniu psa, którym miał się zajmować. Jedynym wyjściem dla pani męża jest terapia, ale żeby uznał jej zasadność, nałóg musi komplikować mu życie. Proszę go nie chronić przed jego skutkami.

– On chce, żebyśmy mieli dziecko – wyznała pani Oliwia. – Obiecuje, że wtedy wszystko się zmieni.

– Pani w to wierzy?

Kobieta splotła dłonie, a potem rozłożyła je...

Nie znała odpowiedzi

– Proszę spróbować wdrożyć jakieś zasady w ramach przygotowań – poradziłam. – Ustalić z mężem jeden dzień w tygodniu przeznaczony na wyjścia, ścisłe godziny bez komputera i telefonu… Uzależnienie to choroba – człowiek rzadko potrafi wyleczyć się tylko siłą woli. Proszę się przyjrzeć, jak to wygląda, i wyobrazić sobie w tym dziecko.

– Tak myślałam – pokiwała głową. – Na wszelki wypadek wzmocniłam nawet antykoncepcję.

– Jest jeszcze jedna sprawa – było mi ciężko to mówić, ale uznałam, że powinnam panią Oliwię ostrzec. – Pracoholik-perfekcjonista jako ojciec najczęściej oczekuje perfekcji od dziecka, podnosi poprzeczkę coraz wyżej i uczy, że na miłość trzeba zasłużyć. To pani sprawa, na co godzi się w małżeństwie, ale dziecko nie będzie miało wyboru.

– Czyli powinnam namówić go na terapię? – westchnęła.

– To będzie trudne – przyznałam. – Ale kiedy do męża dotrze, że ma problem, a jest odpowiedzialnym człowiekiem, powinien się zgodzić, zanim wasze życie rodzinne obróci się w perzynę.

– Dobrze – powiedziała na koniec. – Dziękuję pani. Przynajmniej wiem już, że to nie ze mną jest coś nie w porządku i mam przed sobą konkretny cel. Ojej, Atos, nakruszyłeś pani… Przepraszam – zaczęła zbierać rozgryzione smaczki z wykładziny.

Machnęłam ręką, że odkurzę.

– To jest bardzo grzeczny pies – powiedziałam. – I piękny.

– To prawda – uśmiechnęła się. – Wszyscy się za nami oglądają. Oprócz męża, rzecz jasna… Do widzenia!

Szukałam odkurzacza chyba z pół godziny, a gdy go wreszcie znalazłam, zadzwoniła sąsiadka z pytaniem, czy nie podjechałabym do niej na działkę.

– Zebrałam dwa wiadra gruszek, zrobimy sobie ucztę.

Jeszcze jestem w poradni, ale już kończę. Zaczekasz z pół godziny?

– Pracoholiczka jak zwykle – zaśmiała się Maria.

Że ja? No, raczej nie…

Czytaj także:
„Gdy zmarł teść, teściowa się zmieniła. Obsesyjnie interesowała się naszym życiem, nieproszona cerowała moje majtki”
„Zostawiłam syna z babcią, żeby zarobić w Stanach na jego przyszłość. Gdy wróciłam, zastałam zepsutego, rozpuszczonego egoistę”
„Mściłam się na byłym mężu dojąc go z kasy. Jego dzieci z drugą żoną nosiły ciuchy po kuzynach, a moje miały najnowsze smartfony”