Ciąża przy stwardnieniu rozsianym fot. Adobe Stock

Ciąża przy stwardnieniu rozsianym - historia prawdziwa

Niewiele brakowało, bym uwierzyła że nie powinnam mieć tego dziecka.
/ 26.04.2019 18:55
Ciąża przy stwardnieniu rozsianym fot. Adobe Stock

Choroba czaiła się podstępnie i zawsze mogła wrócić. Co wtedy stanie się z dzieckiem? – myślałam. Musiałam podjąć decyzję – najtrudniejszą w moim życiu!

Byliśmy z Tomkiem trzy lata po ślubie. Znajomi i rodzina coraz częściej pytali nas, kiedy w końcu zdecydujemy się na dziecko. Chcieliśmy je mieć, ale w swoim czasie, bez pośpiechu. Z miłości, a nie pod wpływem otoczenia. W czwartym roku małżeństwa uznaliśmy, że nareszcie nadszedł czas, lecz nasze próby kończyły się na niczym. Już zaczęłam nabierać podejrzeń, że może jestem bezpłodna. Nie mieściło mi się w głowie, że 26-letnia kobieta nie może zajść w ciążę. Próbowałam namówić Tomka na wspólne badania, ale on zbywał mnie śmiechem.
– Kochanie, nie panikuj. Mamy czas. W końcu jesteś młodą seksowną dziewczyną, a ja też nie jestem taki stary – żartował mój 30-letni mąż.
Odetchnęłam. Pomyślałam, że ma rację. W końcu na wszystko przyjdzie pora. Na dzieci także.

Byłam pewna, że wystarczy przestać się przejmować
Któregoś dnia, tak po prostu, znienacka chwycił mnie skurcz. Prawa połowa twarzy zamarła w grymasie niczym maska. Byłam przerażona. Nie mogłam mówić, oddychać, przełykać. Nie wiedziałam, co się dzieje. Tomek zdecydował, że natychmiast jedziemy do lekarza. Jednak zwyczajny internista w przychodni tylko bezradnie rozłożył ręce. Zlecił serię badań, pocieszył i kazał czekać na wyniki. Minął tydzień, a ja wciąż nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Ale na szczęście właśnie wtedy mięśnie twarzy zaczęły się rozluźniać. Pewnego dnia obudziłam się i poczułam, że znów jestem sobą.
– Tomeczku, chyba minęło! – płakałam ze szczęścia.
– Tak się cieszę – wzruszony Tomek całował mnie po twarzy – Ale musimy wiedzieć, co to było. Dorotko, nic nie dzieje się bez przyczyny.
Tego dnia znów pojechaliśmy do internisty. Lekarz chciał nas zbyć, ale mój mąż nie dał sobie w kaszę dmuchać.
– Pan nie może nas tak zostawić. Musimy wiedzieć, co to było! – krzyczał.
– Takie rzeczy się zdarzają. Wie pan, stres, nerwy... – uspokajał lekarz.
– Może tak, a może nie – mąż nie dawał za wygraną – Jakie badania powinniśmy jeszcze zrobić? – naciskał.
– Po co to panu? – spytał lekarz.
– Bo może Dorocie wciąż jest potrzeba pomoc, a pan ma to w nosie! – skwitował Tomek. Lekarz ustąpił. Skierował nas na specjalistyczne badania krwi i tomografię komputerową głowy.
– Może tam coś pani ma – stwierdził wydając skierowanie – Ale jeśli nie, to naruszyłem budżet szpitala.
– A jeśli tak, to uratował pan życie mojej żonie – Tomek wziął skierowanie.

Mój mąż walczył o mnie
Na tomografię dostaliśmy się po miesiącu oczekiwania. Po kilku dniach wszystko było już jasne. Cierpiałam na stwardnienie rozsiane. Objawy co prawda ustąpiły, ale choroba czaiła się gdzieś w ukryciu. Mogła wrócić za rok albo za trzydzieści lat. Nie była śmiertelna, za to nie leczona prowadziła do niepełnosprawności. Moje ręce, nogi, głos mogły w każdej chwili odmówić mi posłuszeństwa. Byłam zrozpaczona i przerażona tą diagnozą. W moim mózgu pozostało kilka ognisk choroby. Specjaliści mówili otwarcie, że z czasem może być ich więcej. Leczenie nie było łatwe i nie chodziło o preparaty, bo na Zachodzie było ich całe mnóstwo, tylko o zwrot za leczenie, którego praktycznie nie było. Ale dla mojego Tomka nie ma rzeczy niemożliwych. Postarał się, żebym trafiła na listę osób przez dwa lata leczonych za darmo. W tym czasie chciał zarobić na następne.


– Ale teraz nie jestem chora – broniłam się, bo za nic nie chciałam wierzyć w diagnozę.
– Być może. Musisz jednak się leczyć, dla samej siebie Dorotko – wyjaśnił.
Codziennie wstrzykiwałam sobie lek, aż któregoś ranka poczułam mdłości. Sądziłam, że to efekt uboczny przyjmowania preparatu i całkowicie zignorowałam ten fakt. Kiedy sytuacja się powtórzyła, pożaliłam się Tomkowi.
– Widzisz, chyba jestem zdrowa, bo tak źle reaguję – próbowałam żartować.
– A nie myślisz, że to... – Tomek spojrzał na mnie wymownie.
– Nie żartuj! Nieee, na pewno nie – stwierdziłam, ale po pracy popędziłam do apteki po test ciążowy. Następnego ranka, nie mówiąc mu nic, zamknęłam się w łazience i zrobiłam badanie.
– Boże! Nieee! – krzyknęłam, kiedy na teście pojawiły się, jakże wymarzone kiedyś, dwie kreski. Tomek natychmiast znalazł się przy mnie – Co się stało? – pytał zaspany – Znów atak?
– Jestem w ciąży! Boże, Tomek jestem w ciąży! – płakałam.
– To wspaniale – przytulił mnie.
– Co ty mówisz! – odepchnęłam go – Dziecko! Teraz?! Nie chcę mieć dzieci, nie chcę, by patrzyły jak matka staje się kaleką! A jeśli choroba wróci w ciąży? Tomek, to jakieś potworna ironia losu, nie rozumiesz?
– Dorota, uspokój się – Tomek potrząsnął mną. – Nie wiemy, czym to się skończy. Zapytajmy najpierw specjalistów. Odwiedzimy wszystkich, dopóki nie odpowiedzą nam, czym grozi ciąża przy stwardnieniu.
Tak też zrobiliśmy, ale nikt nie umiał nam udzielić jasnej odpowiedzi. Jedni twierdzili, że ciąża nie ma żadnego wpływu na moją chorobę, inni ostrzegali, że nasze dzieci też mogą być chore, radzili dobrze się nad wszystkim zastanowić. Nie wiedzieliśmy, co robić.

Czułam się rozdarta
Któregoś popołudnia Tomek zabrał mnie do naszej ulubionej kafejki.
O tej porze byliśmy tu jedynymi klientami. Za oknem prażyło słońce, świergotały wróble, w środku panował przyjemnych chłód.
– Dorotko, kochanie – zaczął Tomek – Jesteś dla mnie najważniejsza na świecie. Wiem, że pragnęliśmy tego dziecka, ale nie chcę byś przez nie cierpiała. Nie myślałem o dziecku, dopóki ty nie zaczęłaś o nim mówić. Najpierw powtarzałem, że bardzo go chcę, bo nie chciałem cię urazić, potem rzeczywiście zacząłem go pragnąć. Ale teraz jestem w stanie o nim zapomnieć. Bo najważniejsza jesteś ty, kochanie. Tylko ty – ucałował moje dłonie.
Nie umiałam mu nic powiedzieć. Poprosiłam o czas do namysłu. Pojechałam nad morze, do naszej ukochanej rybackiej wioski. Chciałam być sama ze swoimi myślami. Spacerowałam wzdłuż plaży i wciąż zadawałam sobie pytanie, czy chcę być matką, nawet gdybym kiedyś miała żyć na wózku?
Nowa sytuacja, strach i przerażenie spowodowało, że zapomniałam o nowym życiu, które nosiłam w sobie. Teraz, wyciszona, w końcu poczułam więź z moim dzieckiem.
– Kocham cię, mój maluszku – dotknęłam swojego brzucha – Jesteś jeszcze małym stworzonkiem, ale już cię kocham. Może niepotrzebnie się tego wszystkiego boję?

Jestem najważniejsza i szczerze kochana
Wróciłam do domu. Tomek przywitał mnie bukietem kwiatów.
– Strasznie się za tobą stęskniłem. Nie zostawiaj mnie już nigdy samego – tulił mnie do siebie. Specjalnie na moją cześć przygotował uroczystą kolację, kupił moje ulubione wino, nakrył do stołu, zapalił świeczki.
– Nauczyłeś się gotować? – zażartowałam.
– Jakoś musiałem sobie radzić. Przyznam ci się w tajemnicy, że przez cały tydzień trenowałem dzisiejsze danie. Nic innego zrobić nie umiem – stwierdził, serwując pachnącą ziołami lasagne. Była naprawdę pyszna, ale przez cały posiłek czułam na sobie wzrok męża. Wiedziałam, że czeka w napięciu na moją decyzję.
– Już postanowiłam... – przerwałam w końcu milczenie.
– Wiem, widzę to w twoich oczach – odpowiedział.
– A co widzisz?
– Miłość, łagodność i spokój...
Uśmiechnęłam się do niego, uniosłam kieliszek i wzięłam oddech.
– Za nasze dziecko, kochanie!
– Za moją najcudowniejszą, najdzielniejszą żonę! Za nas, kochanie – w jego oczach pojawiły się łzy. Upił łyk wina i klęknął przy mnie – Pamiętasz, co ci ślubowałem kilka lat temu? Obiecałem, że będę przy tobie w zdrowiu i w chorobie, zawsze, kiedy będziesz mnie potrzebowała. I tak już zostanie Dorotko, na zawsze...
Nasz synek urodził się w lipcu i jest zodiakalnym Rakiem, jak ja i Tomek. Maluch ważył prawie cztery kilo i od pierwszych chwil wyglądał jak klon swojego taty. Wiecznie uśmiechnięty, opanowany i senny. Cudowny dzieciak. Tomek szalał z radości. Codziennie pytał o moje zdrowie i przyglądał mi się bacznie. Dopiero potem dowiedziałam się od rodziców i teściów, że zadręczał lekarzy pytaniami na temat mojego zdrowia.
– Ma pan syna, niech się pan cieszy – bronili się specjaliści, zmęczeni już jego towarzystwem.
– Tak, wiem, ale najważniejsza jest moja żona – odpowiadał i biegał z moimi wynikami od jednego do drugiego neurologa. Na szczęście choroba się nie odezwała. Wciąż, gdzieś tam w duszy, czekam na kolejny atak, ale już się nie boję. Mam rodzinę, wspaniałego męża i wiem, że razem damy sobie radę ze wszystkim. Bo jak mawia Tomek – jestem najważniejsza.

Dorota Cz., 28 lat, kontroler
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (2)
/10.09.2009 16:11
Gratuluje decyzji, i dziecka, ale nie Ty jesteś najważniejsza. Cała trójka z was jest ważna tak samo, a najbardziej Ty i dziecko
/15.08.2007 15:33
Dorotko, gratuluję Ci podjęcia mądrej, ale niezwykle trudnej decyzji. Jestem pewna, że będziesz szczęśliwa. Masz wspanialego mężą, synka. Gratuluję Ci mądrości Tomka. Z Nim możesz śmiało przejść przez życie. Nie wiem kiedy pisałaś tę historię, nie wiem ile Wasz synek ma miesięcy, lat? Znam osoby chore na SM, jestem pełna podziwu dla Ich samozoaprcia, dla Ich walki o każdy następny dzień, Ich uśmiechu, radości. SM jest to ciężka choroba, ale naprawe można z nią długo i szczęśliwie żyć. Musisz tylko w to wierzyć. Pozdrawiam Cię, Tomka i Waszego synka serdecznie. Życzę radośći, usmiechu i słońca na każdy dzień.