Kobieta, która zdradza narzeczonego fot. Adobe Stock

„Czy powinnam powiedzieć swojemu przyszłemu mężowi, że dawno temu go zdradziłam?”

Zdrada. Tak, wiem, to słowo budzi w was same negatywne emocje. Uwierzcie, że we mnie również. Tym bardziej, że to ja jej dokonałam.
/ 06.09.2020 10:24
Kobieta, która zdradza narzeczonego fot. Adobe Stock

Jesteśmy razem od 6 lat. Bywało różnie, jak w każdy związku, raz lepiej raz gorzej. Zawsze wiedziałam, że go kocham, jednak nie zawsze byłam pewna tego, że to „ten jedyny”. Dzisiaj mam tę pewność. Mam też na palcu piękny pierścionek zaręczynowy, wybrany model sukni ślubnej i zaklepany termin ślubu. Pełnia szczęścia? Owszem. Wiem, że on też mnie kocha i że wspólnie podjęliśmy świadomą decyzję o spędzenia reszty życia razem. Jednak w tej beczce miodu jest również łyżka dziegciu.

Zdradziłam go. To było 2 lata temu. W czasie, kiedy nie było między nami najlepiej. Szczerze mówiąc, było fatalnie. Do tego stopnia, że po kilku miesiącach mieszkania razem, postanowiliśmy zamieszkać osobno. Widywaliśmy się rzadko, a jeśli już się widzieliśmy to zwykle się kłóciliśmy. Wyładowywaliśmy na sobie nagromadzoną przez miesiące mieszkania razem frustrację i żal. Żadne z nas nie mogło pogodzić się ze swoim rozczarowaniem wobec drugiej osoby. A może po prostu z tym, że miłość to nie tylko róże i kolacje ze świecami? Padało wtedy między nami wiele gorzkich słów. Nie było mowy o czułości, serdeczności, że o seksie nawet nie wspomnę. Jednak cały czas oficjalnie byliśmy razem. Trwaliśmy w tym związku, nie planując przyszłości, nie zakładając, że to związek na całe życie.

Być może powyższe słowa brzmią, jak próba usprawiedliwienia się i pewnie po części, taki jest też ich cel. Pewnie zastanawiacie się, jak to się stało, że zdradziłam? Odpowiem wam: zupełnie zwyczajnie. Choć nie mogę powiedzieć, że był to zwykły dyskotekowy wybryk po alkoholu. Zanim doszło do sceny finałowej, tygodniami poznawałam obiekt zdrady. Po raz pierwszy spotkaliśmy się u znajomych na domowej imprezie. Jego wygląd wcale nie przykuł mojej uwagi, jednak po pięciu minutach rozmowy z nim, wiedziałam, że chcę tego faceta poznać bliżej. Jako, że mieszkał on w innym mieście, nasza relacja miała charakter głównie internetowy. Rozmawialiśmy godzinami. W pracy, w domu... Jednak wszystko było „bezpieczne”, bo na odległość i bez jakiegokolwiek kontaktu fizycznego. Chociaż nie ukrywam, że większość naszych rozmów dość mocno ocierała się o flirt. On wtedy dawał mi to, czego brakowało mi w związku z moim, wtedy jeszcze, chłopakiem, dziś narzeczonym. Czułość, troskę i te motyle w brzuchu, o których istnieniu już dawno zapomniałam. Postanowiliśmy się spotkać.

Pojechałam do niego, swojemu facetowi mówiąc, że jadę odwiedzić dawno niewidzianą koleżankę. Uwierzył. Zresztą wtedy pewnie i tak było mu wszystko jedno. Nie będę opisywać szczegółów, jak do tego doszło. Fakt jest taki, że wylądowaliśmy w łóżku. Jeden jedyny raz. Tamta znajomość zakończyła się jeszcze tego samego dnia.

Czy miałam wówczas wyrzuty sumienia? Może zabrzmi to okrutnie i egoistycznie, ale nie. Paradoksalnie dało mi to do myślenia. Długo roztrząsałam w myślach relację ze swoim chłopakiem i doszłam do wniosku, że nadal go kocham, że chcę z nim być, a to była tylko jednorazowa przygoda. Kilka miesięcy później zaczęło się między nami poprawiać. Wspólnymi siłami, powoli, cegła po cegle, odbudowywaliśmy naszą miłość. W końcu znowu zamieszkaliśmy razem. Tym razem „na poważnie”. Wszystko było w jak najlepszym porządku. Nigdy więcej nie zainteresowałam się innym mężczyzną, a o tamtym epizodzie zapomniałam.

Do czasu, kiedy mój ukochany włożył mi na palec pierścionek zaręczynowy. Od tego momentu, zamiast unosić się ponad ziemią ze szczęścia, nie mogę się opędzić od poczucia winy i wyrzutów sumienia. Te emocje nagle we mnie eksplodowały. Myślę o tym, co zrobiłam za każdym razem, kiedy rozmawiamy o naszym ślubie, planujemy szczegóły wesela, wybieramy fotografa i tworzymy listę gości. Dręczy mnie przekonanie, że powinnam powiedzieć mu o zdradzie. Uważam, że powinniśmy wejść w to małżeństwo bez jakichkolwiek tajemnic, niedopowiedzeń. Chciałabym budować nasze małżeństwo na prawdzie i wzajemnym zaufaniu. Dodam jeszcze, że jestem osobą głęboko wierzącą, więc w grę wchodzi również kwestia spowiedzi przedślubnej oraz czystości moralnej w momencie sakramentu ślubu.

Z drugiej strony, boję się, że jeśli mu powiem, to on odwoła ślub. Zranię jego i siebie. Sprawię przykrość naszym rodzicom. Będzie mi wstyd. Zresztą, cały czas myślę, że gdybym to ja była na jego miejscu, to pewnie tak właśnie bym zrobiła... Kocham go i wiem, że to ten jedyny. Czy potrzebny nam zatem ten cały dramat? Może po prostu lepiej przemilczeć ten, nic nie znaczący przecież, wybryk sprzed lat i zagłuszyć w sobie wszelkie wyrzuty sumienia? Zwyczajnie i po ludzku, zamieść je pod dywan wspólnego życia? Mam dylemat, który staje się tym większy, im mniej czasu zostało do naszego wymarzonego ślubu.

Więcej listów do redakcji:„Przez prawie 20 lat nie miałem pojęcia, że mam córkę. Nie zdążyłem jej poznać, bo.... zmarła”„Moją córkę zabił na pasach pijany kierowca. Zatraciłam się w swojej żałobie i odtrąciłam bliskie mi osoby”„Mam żonę, dwójkę dzieci i kochankę. Żyję tak od kilku lat bez wyrzutów sumienia, bo żona wie o wszystkim”