Kobieta, która straciła dziecko fot. Adobe Stock

„Moją córkę zabił na pasach pijany kierowca. Zatraciłam się w swojej żałobie i odtrąciłam bliskie mi osoby”

Kiedy spotkała mnie tragedia, tak bardzo zapamiętałam się w bólu, że całkiem zapomniałam o swoich rodzicach. A oni też cierpieli.
/ 30.08.2020 09:35
Kobieta, która straciła dziecko fot. Adobe Stock

Moje życie nie należało do łatwych. Dzisiaj wiem, że sporo w tym mojej winy. Sama niszczyłam to, co było dla mnie ważne. Szkoda, że zrozumiałam to tak późno...

Marka poznałam na studiach. W zasadzie wpadliśmy sobie w oko już na pierwszych zajęciach. Magisterki broniliśmy już jako małżeństwo. Wszyscy przepowiadali nam świetlaną przyszłość – osobistą i zawodową.
– To teraz pewnie otworzycie wspólne studio i dorobicie się milionów! – śmiała się moja przyjaciółka na weselu.
– Mam nadzieję, że w przerwie między zarabianiem tych milionów urodzisz mi wnuki? – spytała mama, mrużąc zabawnie oczy. Byłam naprawdę szczęśliwa. Wtedy i przez kolejne kilka lat – kiedy robiliśmy karierę, zarabiając niezłe pieniądze, kiedy zaszłam w ciążę, kiedy urodziłam Kasię. Szczęście wprost mnie rozsadzało. Mieliśmy własne mieszkanie w ładnej okolicy, wspaniałą córeczkę, stabilną sytuację finansową i plany otwarcia własnego studia architektonicznego.

Wszystko rozsypało się jak domek z kart w ciągu kilku sekund. Kasieńka wracała ze szkoły. Była na pasach, miała zielone światło. Wjechał w nią pijany kierowca. Nie miała szans, zginęła na miejscu, kilkanaście metrów od domu. Umarła, a razem z nią umarłam ja. Nie mogłam do siebie dojść. Nie mogłam pogodzić się z tą tragedią. Moja córeczka miała zaledwie 10 lat. Całe życie przed sobą. Plany, marzenia, nadzieje...

Popadłam w silną depresję. Tygodniami nie wstawałam z łóżka, prawie nie jadłam, nie kąpałam się. Z nikim nie chciałam rozmawiać. Mąż, rodzice, przyjaciele – wszyscy chcieli mi pomóc. Prośbami, rozmowami, krzykiem, płaczem. Nic na mnie nie działało. Denerwowali mnie tylko. Zginął mój promyczek, niby po co miałabym żyć dalej? Targnęłam się na swoje życie. Poczekałam, aż mąż wyjdzie do pracy, połknęłam całe opakowanie tabletek i popiłam whisky. Na moje nieszczęście Marek zapomniał teczki z ważnymi projektami. W południe wpadł do domu i mnie znalazł. Zdążył...

Byłam na niego wściekła. Po co mnie ratował? Ja nie miałam już dla kogo i po co żyć. Kiedy opuściłam szpital, złożyłam pozew rozwodowy. Nie słuchałam, gdy mówił: – Ja też cierpię. Też straciłem jedyne dziecko. Spróbujmy przejść przez to razem. Kocham cię i potrzebuję, tylko daj nam szansę. Zobaczysz, że się z tym uporamy. Nie rozumiałam, co do mnie mówi. Przez co on chciał przechodzić? Z czym uporać? Przecież moje życie już nie istniało.

Czasami zastanawiałam się, czy nadal kocham Marka. Nie umiałam sobie na to odpowiedzieć. Miałam wrażenie, że śmierć Kasi wyprała mnie z jakichkolwiek uczuć. Poza bólem, żalem i smutkiem. Odtrąciłam nie tylko męża. Odtrąciłam wszystkich. Za pieniądze z podziału majątku kupiłam kawalerkę w mieście na drugim końcu Polski. Wyjechałam tam, znalazłam pracę i zaczęłam nowe życie. Choć właściwie „życie” to nieodpowiednie słowo. To była po prostu egzystencja. Trwanie. Fizyczne istnienie. Zachowywałam się jak zaprogramowany robot. Pracowałam po piętnaście, czasem nawet szesnaście godzin na dobę, przez siedem dni w tygodniu. Nie miałam życia prywatnego. Nie szukałam przyjaciół. Do domu rodzinnego wracałam tylko raz w roku, pierwszego listopada. Mama prosiła, abym przyjeżdżała częściej. Dzwoniła, pisała. Byłam jednak obojętna. Jakby moje serce zamieniło się w sopel lodu.

Czasem widywałam Marka, ale udawałam, że go nie znam. Po kilku latach przypadkiem wpadłam na niego na cmentarzu. Nie był sam, czule obejmował jakąś kobietę. Nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia. Ale w pewnym momencie, gdy jego partnerka się odwróciła, zamarłam. Spostrzegłam, że spodziewają się dziecka. Poczułam ogromną wściekłość. Miałam ochotę podejść i wydrapać mu oczy. Jak mógł? Przecież już miał dziecko, przecież miał Kasię. Jak śmiał szargać pamięć o niej, fundując sobie nowego potomka? Teraz wiem, że to ja byłam chora z żalu, a przez to zaślepiona, ale wtedy wydawało mi się, że pluje w twarz mojej żałobie i pamięci o Kasi...

Nie mogłam sobie z tym poradzić, nie mogłam zrozumieć, zaakceptować. Przestałam w ogóle jeździć w rodzinne strony. Za duszę Kasieńki modliłam się w swoim własnym domu. Zresztą, to nawet nie były modlitwy. Ja już nie wierzyłam w Boga. Po prostu rozmawiałam z moją córeczką. Myślałam o niej bez przerwy, wspominałam ją, oglądałam zdjęcia, wyobrażałam sobie, jak by teraz wyglądała, co by robiła...

Mama początkowo do mnie dzwoniła, ale rzadko odbierałam. Potem zaczęła przysyłać listy. Nie odpisywałam. Po kilku latach ograniczyła się do przysyłania kartek na imieniny i święta. Ale i te pozostawiałam bez odpowiedzi. Wiem, że to brzmi strasznie, ale ja w ogóle nie myślałam o swoich rodzicach. Do momentu, w którym dostałam ten list... Był środek lata, urodziny miałam już za sobą, do imienin sporo czasu, więc polecony od ojca zaniepokoił mnie. Treść była krótka i lakoniczna: „Od kilku dni próbuję się do ciebie dodzwonić, ale chyba zmieniłaś numer. Nie wiem, czy to w ogóle cię interesuje i czy ma jakiekolwiek znaczenie, ale mama trafiła w zeszłym tygodniu do szpitala. Jest z nią bardzo źle. Tata”. Nie myślałam nigdy o tym, że rodzicom może coś się stać. Nie mieliśmy żadnego kontaktu, ale kiedy uświadomiłam sobie, że mamy może zabraknąć, poczułam ogromny strach i wyrzuty sumienia. Najpierw chodziłam z kąta w kąt, nie wiedząc, co ze sobą począć. Potem podjęłam decyzję. Postanowiłam pojechać do rodzinnego miasta – pierwszy raz od 10 lat. Próg domu rodziców miałam przekroczyć pierwszy raz od prawie 15 lat...

Podróż minęła mi bardzo szybko. Starałam się nie myśleć, tylko skupić na jeździe. Ale i tak dopadało mnie tysiące myśli. Kasieńkę straciłam nagle, nie miałam szans, by się z nią pożegnać, coś powiedzieć, ostatni raz przytulić. Teraz uświadomiłam sobie, że to samo może stać się z mamą. Jej też mogę już nie zdążyć powiedzieć tylu ważnych rzeczy... I to na własne życzenie. Pojechałam od razu do szpitala. Na korytarzu zauważyłam staruszka rozmawiającego z lekarzem. Z trudem rozpoznałam w nim własnego ojca. Siwy, chudy, zgarbiony i jakby pozbawiony życia. Bardzo się zmienił przez te wszystkie lata. Nie wiem, jak długo tkwiłam tam bez ruchu, to on podszedł pierwszy. Staliśmy naprzeciw siebie w milczeniu.
– Tato... – powiedziałam w końcu i zaczęłam płakać. – Tato... Przytulił mnie, ale bez czułości.
– Idź do mamy, miała nadzieję, że przyjedziesz. Jest tam – wskazał głową na drzwi. - Niepewnie weszłam do środka. Mama również w niczym nie przypominała kobiety, którą zawsze była. Leżała taka bezbronna, blada. Podłączona do kabelków i maszyn, wyglądała jak swój własny cień.
– Córeczko – usłyszałam jej cichy głos. – Jesteś, kochanie... - Podeszłam i usiadłam przy niej. – Tak się cieszę, że cię widzę, bałam się, że nie przyjedziesz, że będę musiała odejść bez pożegnania – słuchałam jej i łykałam łzy.
– Mamo, mamusiu... Przepraszam. Przepraszam, byłam taka głupia. - Zaczęłam wypytywać, co jej jest, jak się czuje. Zapewniałam, że mam mnóstwo pieniędzy, że załatwię jej najlepsze kliniki, lekarzy, specjalistów – co tylko będzie potrzebne.
– Nic mi już nie będzie potrzebne, chciałam tylko zobaczyć ciebie, moje dziecko. Przytulić cię i powiedzieć, że bardzo cię kocham. Teraz będę mogła spokojnie umrzeć – wyszeptała z wyraźnym trudem.
Nie mogłam tego słuchać. Jak to umrzeć? O czym ona mówiła? Nie chciałam jej męczyć, po prostu przy niej byłam, trzymałam za rękę i milczałam. Kiedy zasnęła, poszłam do taty. Dopiero wtedy o wszystkim się dowiedziałam.
– Mama choruje już prawie 5 lat. Najpierw był guz w jednej piersi, potem przerzuty do drugiej i do węzłów chłonnych, ostatnio do wątroby. Lekarze nie dają już nadziei, nic nie można zrobić, poza uśmierzaniem bólu.
– Ale tato... Dlaczego mi o niczym nie powiedzieliście? Dlaczego mnie nie zawiadomiliście? – pytałam z pretensją.
– Bo ciebie to nigdy nie interesowało. Nie odpowiadałaś na listy i kartki, nie odzywałaś się w ogóle. Nie pamiętałaś o naszych imieninach, o świętach. Nawet na grób własnej córki już nie przyjeżdżasz. – ojciec był wściekły, ale w jego oczach, poza gniewem, widziałam łzy.
– Przeżyłam tragedię. – wykrztusiłam.
– My też – oświadczył. – Nawet nie wiesz, jak chciałbym zdjąć z twoich barków ten ciężar, ale nie mogę. Przepłakaliśmy z matką połowę życia. Ty straciłaś córkę, ale to była też nasza wnuczka. Też nie mogliśmy się z tym pogodzić. - Słuchałam go i płakałam. Wiedziałam, że ma rację i tak bardzo żałowałam, że egoistycznie zamknęłam się w skorupie swojego żalu i smutku, nie dostrzegając, że inni też cierpią. Że śmierć Kasi nie tylko mnie dotknęła.
– Ale wiesz, co jest najgorsze? My straciliśmy wnuczkę, ale straciliśmy też nasze jedyne dziecko. Tak jak ty – straciliśmy ukochaną córeczkę. Tylko że na jej własne życzenie – zamilkł, ale za chwilę mówił dalej – To ty nam ją odebrałaś. To ty zdecydowałaś, że musimy żyć bez niej, że nie możemy jej pocieszać, kiedy tego potrzebuje.
– Tato, proszę cię... – załkałam. –... że nie możemy podzielić się z nią opłatkiem – ciągnął. – Że nie możemy patrzeć, jak przybywa jej lat, że nie możemy jej nawet przytulić... Odebrałaś nam naszą jedyną córeczkę, odebrałaś nam siebie... – głos taty załamał się całkowicie.
Ja również nie mogłam powstrzymać łez. Słowa taty raniły mnie swoją prawdziwością. Dlaczego dopiero teraz tak na to spojrzałam? Czemu nigdy wcześniej nie starałam się postawić w ich sytuacji? Rozumiałam jego żal, rozumiałam jego ból i pretensje. I wiedziałam, ze nie mogę tego naprawić, czasu przecież nie da się cofnąć...

Mama zmarła dwa dni później. Podobno przez swoje ostatnie godziny była spokojna i szczęśliwa jak nigdy wcześniej. Ta świadomość jednak nie umniejsza moich wyrzutów sumienia i żalu, że zniknęłam z ich życia na tyle lat. Po pogrzebie podeszłam do taty. Mocno go przytuliłam. Szorstko odwzajemnił uścisk.
– Tato, przepraszam. Nie cofnę czasu, nie wymarzę błędów, ale... Ja straciłam swoje dziecko na zawsze, ty swoje nadal masz obok... Nie wiem, ile zostało nam czasu, ale nie marnujmy go. Poczułam, że ramiona taty ciaśniej mnie oplatają, a jego chude ciało drży od płaczu. Nie wróciłam już do siebie. Zostałam z ojcem. W ciągu kilku tygodni przeorganizowałam swoje życie, załatwiłam remont domu rodziców, przeprowadzkę, nową pracę. Zapisałam się też wreszcie na terapię do kliniki psychiatrycznej. Potrzebowałam wielu lat, by do tego dojrzeć i zrozumieć, że sama sobie nie poradzę, a jedynie wszystko zniszczę.

Mam nadzieję, że z pomocą taty oraz specjalistów uda mi się naprawić swoje życie na tyle, na ile to możliwe.

Więcej listów do redakcji:„Powiedziałem żonie: »Sorry skarbie, ale nasz czas minął« i odszedłem do młodej kochanki. Chciałem poczuć, że żyjꔄWybaczyłam mężowi seks ze stażystką, bo każda zdrada ma swoją przyczynę. Ja też byłam winna, że poszedł do innej”„Nie odeszła do kochanka, ale dlatego, że coś się skończyło... To bardziej boli niż zdrada”