Uroda Życia: kolorowe życie Wojciecha Waglewskiego fot. ONS.pl

Uroda Życia: kolorowe życie Wojciecha Waglewskiego

Jakie tajemnice muzyk zdradził Magdalenie Żakowskiej?
Milena Oszczepalińska / 29.12.2014 06:48
Uroda Życia: kolorowe życie Wojciecha Waglewskiego fot. ONS.pl

W najnowszym numerze magazynu "Uroda Życia" Magda Żakowska odwiedza Wojciecha Waglewskiego w jego mieszkaniu na warszawskim Ursynowie. Znany muzyk, który zwykle jest bardzo niechętny udzielaniu wywiadów o sobie, a zwłaszcza o prywatności. Tym razem zrobił wyjątek... Pozwolił sobie na udzielenie odpowiedzi nawet na pytania zupełnie niezwiązane z muzyką...

Jadąc do pana, słuchałam „Happy” Pharrella Williamsa. To taka muzyka, która nakręca i dodaje pewności siebie. Pan też używa muzyki do stymulacji nastroju?

Nie. Muzyka ma mnie wzruszać, dostarczać emocji. Pop jest mi raczej obcy. „Happy” było fajne, kiedy usłyszało się je pierwszych 25 razy. Po 784. razie – a nie da się inaczej, bo pieśni są w mediach eksploatowane do bólu – zaczęło mnie boleć… A w samochodzie, żeby nie zasnąć, staram się słuchać tego, co mi się kojarzy – we Włoszech głównie opery, w Niemczech elektroniki, w Zakopanem górali, a na Kaszubach Kaszubów.

MTV pan ogląda?

Rzadko i z niesmakiem. Kiedy moi synowie byli młodsi, oglądaliśmy MTV we trójkę, ale to były inne czasy. Pierwsze, wspaniałe jeszcze teledyski. Teraz oglądam czasem Mezzo. 

A na jakiej muzyce pan się wychował?

Przez pierwsze pięć lat życia mieszkałem z babcią i o siedem lat starszym wujko-bratem Staszkiem w Nowym Sączu. Rodzice studiowali we Wrocławiu. Pamiętam stamtąd przemarsze podhalańczyków i granie na dzwonkach. Pamiętam tabory cygańskie i ich muzykę – miesiącami obozowali nad rzeczką. W ogóle mam dość dużo, jak na młody wiek, wspomnień z tamtego okresu. Dlaczego np. zapamiętałem, że Staszek prenumerował wówczas gazetę „Jak stać się silnym i sprawnym”, a jego ulubionym bohaterem był kulturysta Steve Reeves?! I że po lekturze „Przygód Hucka” w nocy wykradaliśmy się na cmentarz i wyczekiwaliśmy tam Indian? W Nowym Sączu byłem też po raz pierwszy w kinie – na „Królu Maciusiu Pierwszym”, a potem na „Pacie i Patachonie”. 

Kolorowe dzieciństwo.

Bardziej chyba kawkowsko-schulzowskie. Był parasolnik, który nienawidził dzieci i rzucał w nas kamieniami. Była przedwojenna księżna, która ubierała kozę w swoje ubrania i prowadzała ją ulicami. Wiecznie pijany sąsiad, którego bardzo się bałem. W takim dziecięcym lęku pogrążył mnie Amicis i jego „Serce”. Do dziś uważam, że to najbardziej okrutna literatura, jaką człowiek wymyślił. Był tam wątek babci, która mieszka samotnie z wnukiem. W nocy przychodzą bandyci, chcą ją zabić, ale wnuczek zasłania ją własnym ciałem i ginie. Ja w tym czasie też sam z babcią mieszkałem. Nie pamiętam już, ile nocy nie przespałem, ale było ich dużo. Gdy gasło światło, leżałem przerażony i nasłuchiwałem. Zegar bił, a bandyci nie nadchodzili...

Cały wywiad z artystą znajdziecie w najnowszym numerze luksusowego magazynu "Uroda Życia".