Dziecko grające na fortepianie  fot. Fotolia

Zbyt ambitni rodzice - dzieci zbyt ambitnych rodziców.

Oprócz rodziców zachwycających się swoim potomkiem, są też i tacy, którzy zawyżają poprzeczkę, ilekroć dziecko osiągnie ich cel. Po co?
Dziecko grające na fortepianie  fot. Fotolia

Ewelina, 36 lat

Jestem nauczycielką muzyki. Grywam też w filharmonii, a co jakiś czas jestem wynajmowana jako muzyk na wielkich biznesowych spotkaniach. Jakie było moje dzieciństwo? Aktywne i muzykalne. Od rana basen, potem szkoła. Po szkole lekcja fortepianu, ale tylko w poniedziałki, środy i piątki – od 17 do 19. We wtorki i czwartki lekcja tańca. W niedzielę rodzinne spotkania. Pamiętam, że gdy byłam mała i spotykaliśmy się z dawno niewidzianą rodziną u dziadków na imieninach dziadka Franka, rodzice wychwalali mnie pod niebiosa i niczym eksponat w muzeum, pokazywali nieznanym ciotkom, wujkom i kuzynkom, którzy piali z zachwytu. "Taka młodziutka i już na fortepianie gra. Wspaniale!" - takie teksty tylko na początku mnie cieszyły. Co za dużo, to nie zdrowo. Szybko mi się znudziło. W wieku 15 lat brałam udział w kilku ogólnopolskich konkursach gry na fortepianie. Raz 6, raz 12, raz 2 miejsce. Pierwszego nie było nigdy! Nawet nie wiesz, jaki to stres, gdy burzysz czyjeś nadzieje jednym C-dur. Najgorsze zawsze było rozczarowanie w oczach rodziców. Niby się cieszyli, że 2 miejsce też jest zaszczytne, że dostałam się do pierwszej dziesiątki, ale ... ich oczu nie zapomnę nigdy. Ogniki nadziei gasły, twarzy zmieniły się na niby wesołe, ale jednak bardzo smutne. Gdy ja męczyłam fortepian, sambę, balet i taniec towarzyski, moi znajomi dobrze się bawili. Koleżanek nie miałam zbyt wiele. Tylko te ze szkoły. Zawsze brakowało mi normalnej zabawy, prawdziwej przyjaciółki, zwykłych wyjść na imprezę. Wiele zmieniło się, gdy osiągnęłam pełnoletność. Trochę buntu zmieniło moje relacje z rodzicami. Niestety na gorsze. Mimo że kocham fortepian i w moim rodzinnym Wrocławiu miałam kilka akademii muzycznych, to na studia poszłam do Warszawy. Nie. Nie dla lepszej edukacji. Chciałam się odciąć, usamodzielnić, poznać życie zza klawiatury fortepianu.

 

Wiktoria, 26 lat

Pisać nauczyłam się w wieku 3-4 lat. Potem jak najęta recytowałam szereg wierszy (hmm ... może to dlatego dziś mam tak dobą pamięć, że bez trudu powiem ci, w co byłam ubrana tydzień temu w środę). W przedszkolu czytałam już na tyle płynnie, że nauczycielka chciała od razu skierować mnie do szkoły podstawowej. W międzyczasie uczyłam się śpiewać. Jako 6-latka chodziłam na angielski, a w tamtych czasach (rok 1997) nie był to standard edukacyjny. W szkole zawsze piątki. 4+ też było okej, ale ... budziły kontrowersje, bo przecież zawsze mogło być lepiej. Co roku świadectwa z paskiem, w liceum stypendium Prezesa Rady Ministrów. Wszystko zgodnie ze zbyt ambitnym planem, zbyt ambitnych rodziców. Dobra passa zakończyła się wraz z wyborem kierunku studiów. "Dziennikarstwo?! To chyba jakiś żart? Jak z taką maturą i taką średnią iść na bezużyteczne studia, po których jest się pis-ma-kiem! Pracy po tym na pewno nie będzie! Hmm ... nawet do głupiego urzędu cię nie wcisnę, bo niby jak?!" Taka była reakcja ojca. Potem były długie rozmowy, przekonywania. Czasem nawet idealne dzieci się buntują i robią coś na przekór idealnym rodzicom. Poszłam na dziennikarkę. Ale namowom na zmianę kierunku nie było końca. Idealne dzieci tak mają, że nie lubią sprawiać problemu. Szczególnie idealnym rodzicom. Po pierwszym roku poszłam na drugi kierunek. Tym razem na prawo – podobno przepustkę do godnego życia i normalnej pracy. Jak wrażenia? Na początku nuda. Dwa kierunki dawały w kość, szczególnie, że niedługo potem zaczęłam pracę w agencji PR-owej (a więc w branży dziennikarskiej, po której pracy przecież miało nie być...). Wtedy miałam pewne prawo do rzucenia drugiego kierunku. Ale niestety. Idealne dzieci ambitnych rodziców mają to do siebie, że jak już coś robią, to z reguły dobrze. A jak coś zaczynają, to starają się to skończyć. Co gorsza, samo prawo zainteresowała mnie na tyle, że nie umiałam już tego rzucić. Efektem były nieprzespane noce i zmęczone poranki. Worki pod oczami zawsze można ukryć, a senność przyblokować kawą. Idealnym dzieckiem jestem i w sumie nic co ambitne nie jest mi obce. Czy żałuję? Zdecydowanie nie. Czy czułam się nieszczęśliwa, naciskana i "przeambicjowana"? Pewnie trochę tak. Dziś nigdy nie powiem ojcu, że prawo, to był strzał w 10. Dalej udaje, że skończyłam ten kierunek jedynie dla jego widzimisię.
 

10 rzeczy, których pod żadnym pozorem nie wolno mówić dzieciom

 

Malwina, 27 lat

Mama zawsze chciała zrobić karierę sportowca. Ale nie zawsze wszystko układa się po naszej myśli. Zakochała się, a potem pojawiałam się ja, dodatkowe kilogramy, brzuszek, obowiązki żony i matki. Wiesz, ile razy słyszałam, że o marzenia trzeba dbać i że koniecznie, ale to koniecznie mam się zabezpieczać? Tak, często czułam się niechcianym dzieckiem. Odkąd pamiętam, zawsze spędzałam aktywnie czas. A to basen, a to siatka, a to bieganie. Bardzo to lubiłam. Ocenami nie musiałam się martwić, bo najważniejsze i tak było wychowanie fizyczne, a w tym byłam mistrzem. Gimnastyka, biegi, gry zespołowe kochałam ponad wszystko. Zawsze reprezentowałam szkołę na zawodach i zawsze zbierałam medale. Matka pękała z dumy, wuefiści mnie uwielbiali. Szczególnie starszy pan Maciej, który jeszcze pamiętał moją mamę. Mówił, że jestem do niej bardzo podobna, a czasem nazywał mnie jej imieniem. Już w drugiej LO zdecydowałam, że na studia pójdę na AWF do Warszawy (niespełnione marzenie mamy). Rodzicie byli zachwyceni, gdy w październiku 2008 wyjechałam, aby podbijać sportowy świat. Jak to mówią, niedaleko pada jabłko od jabłoni. Na pierwszym roku studiów wpadłam z chłopakiem z roku. Kariera zakończona. Wiem jedno – mój syn nie będzie musiał uwielbiać sportu! Nie zaplanuję mu przyszłości. Nie będę stała z batem nad głową, gdy podczas biegu Coopera przebiegnie tylko (!) 2600m. Najważniejsze, by miał normalne dzieciństwo. Ze sportem albo i bez niego.
 

Kim jest zbyt ambitny rodzic?

Każdy rodzic patrzy na swoje dziecko jak na ideał. Zwykle nie widzi się wad, a te, których nie da się ukryć, po prostu się przemilcza. Ale nie zawsze tak jest. Oprócz rodziców zachwycających się swoim potomkiem, są też i tacy, którzy zawyżają poprzeczkę, ilekroć dziecko osiągnie ich cel. Po co? Bo zawsze może być lepiej. Wielu rodziców, którym w życiu nie udało się zrealizować marzeń, przelewają swoje własne plany na dziecko, nie zwracając uwagi na to, czy dziecku się to podoba, czy nie. Drugi typ to rodzice zbyt opiekuńczy. To oni wiedzą najlepiej, co dla dziecka jest dobre i odpowiednie. Już z góry zaplanowali mu przyszłość – wybrali kierunek studiów, kupili mieszkanie, stworzyli typ idealnego męża czy żony. To, co myśli dziecko mają głęboko w poważaniu. Bo ich maleństwo (nawet 21-letnie) nie dojrzało do "dorosłych decyzji. Trzecia grupa to rodzicie, którzy dziecko traktują jak swoją własną wizytówkę. Coś w rodzaju: jak cię widzą, tak cię piszą. Potomek jest powodem to podwyższenia własnego ego. "Mam idealne dziecko. To moja zasługa. Sama jestem idealna, więc dziecko też takie jest".
 

Felieton Filipa Chajzera: Kreda wyklęta 

 

Dlaczego nadmiar jest szkodliwy?

Zbyt wielkie oczekiwania, dużo zajęć, przywiązywanie szczególnej wagi do ocen, brak normalnego dzieciństwa. Skutki są tak samo oczywiste, jak to, że po nocy następuje dzień. Dziecko zbyt ambitnego rodzica bywa nieszczęśliwe, niesamodzielne, czasem zbyt pracowite i surowe dla siebie. W najgorszym przypadku zaczyna nienawidzić najbliższych za to, że odbierają mu normalność. Nieustanna nerwówka, udowadnianie, że jest się ideałem, najlepszym uczniem w klasie, niepokonanym sportowcem czy utalentowanym muzykiem niszczy i spłyca osobowość. Dorosłe już dziecko uświadamia sobie, że nie wie, kim tak naprawdę jest. Dążenie do perfekcyjności, którą się od niego wymaga, powoduje, że idealne dziecko czuje się kochane tylko wtedy, gdy wszystko robi dobrze. W dorosłym życiu staje się zaś zbyt przewrażliwione, a swoje niepowiedzenia i porażki, przeżywa bardziej niż ktokolwiek inni.