Katarzyna Grochola fot. ONS.pl

Czy Katarzyna Grochola lubi kobiety głupie i infantylne a literatura kobieca jest gorsza?

Takie nam się ostatnio ukonstytuowały obyczaje, że jeden drugiego opluwa bezrefleksyjnie. Jasne, z przeciwników szydzono zawsze, różnica tkwi w ostatnim słowie: bez-ref-lek-syj-nie. Bo czy ma jakikolwiek sens zarzucanie twórcy westernów, że za dużo w nich strzelaniny i koni? Przekonywanie miłośniczek Małgorzaty Musierowicz, że ich autorka pisze za mało feministycznie? Albo fanek Katarzyny Grocholi, że dziewczyńskie marzenie o wyjściu za mąż to potworna żenada? Niby dlaczego? Przecież ktoś, kto ma inne zdanie, może sięgnąć po inne gatunki – i kropka!
Katarzyna Grochola fot. ONS.pl

Kochana A.!

Tak zwana literatura kobieca, którą w końcu i my dwie uprawiamy, to dla mnie mniej więcej synonim comfort reading. Z moich obserwacji i rozmów z licznymi czytającymi kobietami wynika, że znakomita ich większość szuka powieści krzepiących, dających otuchę wzruszających, zabawnych, przekazujących pewną dozę życiowej mądrości. A! I ze szczęśliwym zakończeniem.

Czy jest w tym coś złego? Moim zdaniem nie. Przecież jeśli ktoś takich powieści nie lubi, nie musi ich czytać, tak jak na przykład ja nie czytam horrorów. Wybór jest szeroki. Każdy z nas może pójść do biblioteki i wypożyczyć sobie książkę dowolnego gatunku, nurtu, pisarza, kręgu kulturowego… – i w zależności od swego wyboru, ma prawo spodziewać się określonej formy, acz w lepszym lub gorszym wykonaniu. Bo tak jak literaturę kobiecą można pisać na poziomie, literackim językiem i bez poczucia obciachu, tak i pomysł na arcydzieło można zwyczajnie spaprać.

O rozwodzie/depresji/śmierci na Facebooku? Czy są jeszcze jakieś granice?

Piszę o tym, poirytowana artykułem Zyty Rudzkiej w magazynie „Książki”. Tytuł: „Dlaczego Katarzyna Grochola lubi kobiety głupie i infantylne? Jej Pocieszki ośmieszają i krzywdzą”.
Odbijmy piłeczkę. A czy taki artykuł nie ośmiesza i nie krzywdzi Katarzyny Grocholi?
Nie chcę teraz wchodzić w szczegóły, recenzować książek jednej czy drugiej pani ani przeprowadzać ich gruntownej analizy, choć z racji zawodu pisarza, wydawcy i redaktora raczej potrafiłabym to zrobić. Tylko że w tej dyskusji wcale nie chodziło o jakość stricte literacką, a o światopogląd. Co mi przypomina, jak pewna pani zarzuciła nam w recenzji, że jedna z naszych bohaterek prowadzi się niemoralnie.

Takie nam się ostatnio ukonstytuowały obyczaje, że jeden drugiego opluwa bezrefleksyjnie. Jasne, z przeciwników szydzono zawsze, różnica tkwi w ostatnim słowie: bez-ref-lek-syj-nie.
Bo czy ma jakikolwiek sens zarzucanie twórcy westernów, że za dużo w nich strzelaniny i koni? Przekonywanie miłośniczek Małgorzaty Musierowicz, że ich autorka pisze za mało feministycznie? Albo fanek Katarzyny Grocholi, że dziewczyńskie marzenie o wyjściu za mąż to potworna żenada? Niby dlaczego? Przecież ktoś, kto ma inne zdanie, może sięgnąć po inne gatunki – i kropka! Wszak wiadomo, że najbardziej lubimy czytać, słuchać, oglądać to, co sami już wiemy – opowieści o naszej prawdzie, naszej wrażliwości, o naszym postrzeganiu świata. Dlaczego zaraz trzeba stawać na barykadzie zbudowanej z własnych przekonań i wytykać drugiej stronie, że przedstawia nie takie wartości, jakie samemu się ceni? Koniecznie musi być lepsze i gorsze? Przecież to tylko dwa różne punkty widzenia, pisarki Rudzkiej i pisarki Grocholi. I oba mają prawo istnieć. Bez kultury plucia jadem.

Nota bene, zajrzałam na Lubimyczytać, by sprawdzić, ile i jakich recenzji mają obie panie. Zgadnij. Zgadniesz na pewno.

Całuję Cię
Twoja P.

Co się dzieje w głowie hejtera, gdy wypluwa z siebie samą gorycz?

Kochana P.!

Im jestem starsza, tym przyjaźniej patrzę na świat. I z pełnym przekonaniem wyznaję dwie zasady, które czynią życie przyjemniejszym: dopasowania i tolerancji.

Pierwsza polega na tym, że aby nie doznać rozczarowania, należy odpowiednio dobierać ludzi, zjawiska, dzieła – w pary. Dajmy na to, że szukasz partnera. Jesteś na wakacjach, w jakimś nadmorskim kurorcie. Organizują dyskotekę, więc idziesz się zrelaksować. I tam go widzisz: tak fajnie się porusza, opalony, wyrzeźbiony, pachnący. Niby wiesz, że to nie jest miejsce na poznanie miłości Twojego życia, a doświadczenie Ci wrzeszczy do ucha, że skoro lubisz spokojnych intelektualistów, ceniących domową ciszę, to ten wybór może być chybiony. No ale brniesz w to. Po krótkim czasie piszesz mi zawiedziona, że on nie wie, kim był Dostojewski, mówi „poszłem”, wieczory spędza z piwem i kolegami. A ja wtedy pytam: „A czego się, skarbie, spodziewałaś?”.

On myśli o Tobie, że jesteś pańciowata i sztywna i jest Tobą równie rozczarowany, co Ty nim.

Druga zasada polega na tym, żeby pogodnie akceptować różnorodność świata i nie próbować nikogo przeciągać na swoją stronę, nie stawiać się wyżej, nie obrażać. Żyj i daj żyć – tak można to podsumować.

Obie te zasady mają zastosowanie także w książkach.

Wchodzę na stronę Katarzyny Grocholi i czytam o jej najnowszej „książeczce” (jak sama ją nazywa): „Każdy z nas potrzebuje słów wsparcia i pocieszenia. Na zły nastrój radę ma Katarzyna Grochola. Pisarka w książce POCIESZKI z wdziękiem, lekkością i humorem przedstawia 52 recepty na poprawienie nastroju”. Czego zatem mogę się spodziewać po tej książce, o przepraszam – książeczce? No właśnie tego, co zapowiedziano. Na pewno nie wysmakowanej i wymagającej prozy literackiej.

Potrzebuję, by mnie pocieszono – zestawem prostych prawd, wygranych na podstawowych emocjach? Kupuję. Szukam w literaturze innych przeżyć i środków? Nie kupuję. I gitara gra.

Oczywiście, w ramach danego gatunku można książkę ocenić: są sprawnie napisane kryminały, z suspensem, trzymające w napięciu, są i wtórne, oklepane nudy, w których mordercą okazuje się mleczarz, wcześniej nawet nie wspomniany.

Oceniać można także język – rzeczy lekkie mogą być napisane z polotem lub mieć formę wymęczonego licealnego wypracowania.

Wciąż jednak pozostajemy w obrębie gatunku, który rządzi się swoimi prawami i oferuje standardowy zestaw środków.

Choć… Literatura kobieca – wiesz, jak nie lubię tego określenia: bo czym ona jest – literaturą pisaną dla kobiet? Nas czytają też mężczyźni. A gdyby mężczyzna napisał coś „kobiecego”, to jakby to wtedy nazwać? Terminu „literatura męska” nie ma. Wracając jednak do tematu: literatura kobieca to bardzo pojemny worek. A w tym worku książki różne – lżejsze, poważniejsze, pisane językiem więcej niż potocznym lub będące smakowitą ucztą dla miłośników ładnej wypowiedzi. Czarujące fabułą lub z przewidywalną akcją. Trudno na pierwszy rzut oka je odróżnić, zwłaszcza że wszystkie mają identyczne okładki: dziewczyna stojąca bokiem, z zamyślonym pogodnym spojrzeniem i rozwianymi włosami, w tle łąki, kwiaty, pola, lasy. I tak w dziesiątkach, setkach, tysiącach egzemplarzy. Dlaczego wydawcy nam wszystkim to robią: autorkom i czytelniczkom? To pytanie wciąż mnie dręczy, choć to temat na inny już list.

Całuję,
Twoja Szczęściara

Przeczytaj inne komentarze:„Rozstajesz się z mężem czy żoną, ale nie ze swoimi dziećmi. Rodzicu, opamiętaj się!”Co się nie podoba politykom w dłuższym urlopie „tacierzyńskim”?Polskie oblicze pedofilii - sprawcy nie da się ukarać, a ofierze nie sposób udzielić pomocy

Polecamy cykl felietonów... w formie listów. Paulina Płatkowska i Agnieszka Jeż, autorki powieści dla kobiet „Ciasteczko z wróżbą”, „Nie oddam szczęścia walkowerem" i „Szczęściary" piszą dla Was felietony w formie maili do przyjaciółki. O życiu, rodzinie, miłości, o wszystkim, co dla polskich kobiet, matek, żon, singielek, szczęśliwych i tych szczęścia szukających jest ważne.

Najnowsza książka Pauliny Płatkowskiej i Agnieszki Jeż „Ciasteczko z wróżbą” już do kupienia w Empiku. Zapraszamy też na blog pisarek - www.platkowskaijez.pl oraz na ich fanpage na Facebooku.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)