POLECAMY

„Przybyło ciałka! Ciąża czy za dużo ciasteczek?”. I inne „komplementy” od teściowej. Jak na to odpowiadać?

Z życia wzięte - prawdziwa historia z przymrużeniem oka o teściowej

/ 6 miesięcy temu
„Przybyło ciałka! Ciąża czy za dużo ciasteczek?”. I inne „komplementy” od teściowej. Jak na to odpowiadać? fot. Fotolia

Mama do nas przyjedzie – oświadczył Tadek zaraz po powrocie z pracy, a następnie zastygł w pozycji obronnej, jakby się spodziewał natychmiastowego kontrataku w postaci zaporowego ognia artyleryjskiego.
– O, świetnie – postanowiłam udzielić mu lekcji dyplomacji i umiejętności trzymania nerwów na wodzy. – To chyba normalne, że rodzona matka cię odwiedza. – Z noclegiem – podkręcał emocje mój niezastąpiony mąż. – Przyjedzie razem z tatą. Potem jadą do sanatorium.

Jak matka psuje życie dorosłej córce

O ile wieść dotycząca przewidywanej długości pobytu była ważka, o tyle informacja na temat towarzyszącego teściowej giermka, znaczy teścia, nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia. To tak, jakby powiedzieć, że się ma w arsenale bombę atomową oraz dwa noże myśliwskie na dokładkę.
– Aha, dostali sanatorium? – spytałam.
– Mama dostała, ale jadą razem – wyjaśnił. – Tata zostaje tam z nią na weekend, potem wraca, następnie jedzie na długi weekend z piątkiem, wraca w poniedziałek o świcie, może jeszcze tam podskoczy w tygodniu na wieczór. Tydzień później...
– Dobrze, dobrze – przerwałam.

Było jasne, że matka Tadeusza już wszystko sobie skalkulowała i zsynchronizowała. Nie miałam wątpliwości, że teść dostał szczegółowo opracowany plan życia na każdą godzinę bez połowicy, zazwyczaj nieodłącznej. Żywiłam nadzieję, że przynajmniej do toalety będzie się mógł udać bez meldunku do małżonki zażywającej kuracji.

Mam prawo być sobą? Nie muszę się zmieniać? Dlaczego dopiero dziś to wiem?

Po pierwszym szoku wywołanym otrzymaną informacją wzięłam się za wyliczenia, co trzeba kupić, żeby przygotować poczęstunek i choć trochę przytępić ostrze niechybnie nadciągającej krytyki kulinarnej. Rodzice przybyli zgodnie z zapowiedzią trzy dni później.

– Witajcie, kochani, witajcie! Henryk, uważaj, jak niesiesz, stłuczesz wszystko! Gdzie te moje skarbeczki kochane? Heniek, obróć torbę, to przestaniesz ją tak obijać przy każdym kroku. Jezu najsłodszy, czy oni muszą mieszkać tak wysoko? No, gdzie moje wnusiątka?

Powitania, peany pochwalne na cześć naszych dzieci i ostrzeżenia dla czerwonego z wysiłku tragarza grzmiały już od parteru klatki schodowej, a my mieszkamy raptem na trzecim piętrze. Innymi słowy, przyjazd rodziców Tadka mogli odnotować wszyscy sąsiedzi.

Kretyn. Czy takie imię wybrałaś dla dziecka?

– Tadziu, pomógłbyś ojcu, a nie czekał na oklaski! Heniek, nie marudź tam w tyle. Kto to widział tyle schodów? Jak w jakiejś wieży! Na zawał chyba dziś padnę...
– Babcia, dziadek! – dzieci wyprysnęły przez uchylone drzwi i popędziły w objęcia nadciągających gości.

Zawsze w takich chwilach nachodzi mnie refleksja co do tego, jak ci sami ludzie są różnie postrzegani. Dla synowej teściowa jest niczym połączenie niezapowiedzianej kontroli NIK-u z sądem kapturowym, ale już dla dzieci synowej, czyli wnuków, jest kimś wspaniałym i oczekiwanym z utęsknieniem.
– Moje skarby kochane! Moje kwiatuszki! – wnuk i wnuczka zagłębili się w poły babcinego płaszcza. – Heniek, rzuć te torby i witaj się dziećmi. Uważaj, ostrożnie, bo potłuczesz. Moi kochani, moi kochani!

Powitanie z nami było równie serdeczne, choć pozbawione entuzjazmu.
– E, moja droga. Przybyło ciałka! Ciąża czy za dużo ciasteczek? – posypały się pierwsze komplementy od starszyzny.
– Oczywiście, że ciąża, mamo – śmignęła moja cięta riposta. – Trojaczki.
– Heniek, przestań tak sapać, jakbyś zdobywał Himalaje. Trzecie piętro to jeszcze nie tak wysoko. Połóż to tam... Albo nie, tam.

Wybaczając matce, uczymy się wybaczania innym ludziom. To ważne. Dla nas! Nie dla nich...

Świekra regulowała na bieżąco zapotrzebowanie swego męża na tlen oraz wyszukiwała idealne kąty na walizki.
– Jak wy możecie wytrzymać w takiej ciasnocie, Boże, Boże... Tadek, pomóż matce z płaszczem. Moje skarbeczki, moje skarbeczki! Babcia coś dla was przywiozła.

I znowu dzieci wpiły się w babcię, tym razem bez bariery w postaci płaszcza.
A po chwili trzymały w rękach po wielkiej czekoladzie oraz zabawce. Zakrzyknęły radośnie i rzuciły się do rozpakowywania.
– Czekolada dopiero po obiedzie! Zapraszam wszystkich na obiad! – usiłowałam przekrzyczeć rozgardiasz, ale pierwsze brązowe kęsy już ginęły w buziach moich pociech.

Babcia dopingowała je głośno do konsumpcji, a teść, ochłonąwszy z wysiłku, rozpoczął swoje powitania. Chaos królował.

Oczywiście obiad doczekał się recenzji, ale niezbyt krytycznej. Rodzice przywieźli dodatkowo mnóstwo własnej wałówki. Kotlety, ciasta i przetwory, które tak skutecznie zmęczyły teścia na podejściu, teraz wylądowały w kuchni, abyśmy mieli "coś dobrego i pożywnego, a nie tylko to plastikowe jedzenie miastowych".

Prawdę mówiąc, rodzice Tadka też są miastowi, tyle że ich miejscowość jest mniejsza. I również kupują w tych samych ogólnopolskich sieciach co my. Jednak z dawnych czasów pozostało im przekonanie, że u nich jest zdrowiej, bo bliżej wsi.

Po zakończeniu kilkugodzinnego spotkania pod hasłami: "Co tam u was" oraz "Kiedyś było lepiej", zaczęliśmy przygotowania do snu. Rodzicom oddaliśmy naszą sypialnię, my z Tadkiem rozłożyliśmy się na sofie w salonie. Załamania i kanty naszego tymczasowego legowiska bezlitośnie przypominały, iż jest to sofa z funkcją "sporadycznego spania".

Nie mogłam zasnąć. Niewygoda legowiska połączona z niewygasłym jeszcze stresem nie dawały mi spokoju. Po godzinie kręcenia się z boku na bok wstałam, aby napić się wody. Przechodząc obok sypialni, usłyszałam głosy.
– Heniu, tu się dzieje coś podejrzanego... – to szeptała moja teściowa.
– Ależ, co ty mówisz, Halinko? – zaburczał tubalnie teść.
– Przecież oni to już zupełnie inne małżeństwo niż kiedyś. Jacy oschli, jacy nieczuli dla siebie! – perorowała teściowa.
– Doprawdy, żabko, ludzie się zmieniają, powszednieją sobie nawzajem, co nie znaczy, że dzieje się coś złego. My też...
– Co my też? – przerwał mu brutalnie damski głos.
– Nic, nic – teść zgodnie ze swoją naturą wycofał się w bezpieczne milczenie.
– Sprawdzisz to, Henryku. Ja muszę jechać, ale ty przeprowadzisz śledztwo
– zdecydowała teściowa.
– Ależ, Halu! Ja? Gdzie? Tu?
– Cisza! Zostaniesz z nimi. To nawet lepiej. Będziesz miał stąd bliżej do sanatorium, a ojciec i dziadek może przecież odwiedzać swoje dzieci i wnuki, kiedy chce.
– Mam tu siedzieć z nimi przez trzy tygodnie? Ja do pracy przecież... – zaczął nieśmiało oponować Henryk.
– Dojedziesz stąd, potem wrócisz, czasem do mnie wyskoczysz – bojowo nastawiona teściowa już wiedziała, co i jak ma robić jej mąż. – I żadne tam: nie dało się. Masz ich wybadać. Ciii, ktoś tu chyba idzie...

Mam czterdzieści lat i dobrze mi z tym! Błagam, nie wmawiajcie mi, że jestem stara...

Odskoczyłam, słysząc, że mnie zdekonspirowali. Po chwili powróciłam do łóżka, ale o spaniu już w ogóle mogłam zapomnieć. Śledztwo w naszej sprawie i w naszym domu? Przede wszystkim żal mi było ojca, który wydawał się całkowicie bezwolnym narzędziem w rękach żony. Ale z drugiej strony, trzeba się go jakoś pozbyć. Trzy tygodnie rozgardiaszu i działań detektywistycznych w połączeniu ze zdalną indoktrynacją z uzdrowiska mogą zniszczyć wszelkie relacje rodzinne!

Teściowie nazajutrz pojechali do sanatorium, a ja treść podsłuchanej rozmowy przekazałam pokrótce Tadkowi.
– Mama jest niesamowita! – aż się zakrztusił ze śmiechu. – No, no, mój staruszek detektywem? Kto by się spodziewał.
Mnie do śmiechu wcale nie było i dałam mężowi do zrozumienia, że oczekuję konstruktywnego podejścia, a nie śmichów-chichów. Twarz Tadka stężała, widać było, że się wreszcie przejął. Przeszliśmy do ustalania planu...
– No tak, niestety, tak to wygląda – teść wrócił tego samego dnia wieczorem i przyciśnięty do ściany, przyznał się do swojej misji. – Kochane dzieci, mama się o was po prostu martwi. To z dobrego serca.
– No dobrze. Możesz być pewny, że się nie rozwodzimy ani nie stajemy się rodziną patologiczną – oświadczył uroczyście Tadek. – Zamelduj mamie dobre wieści i mamy spokój.
– O, kochany, nie tak szybko. Misja trwa do odwołania – ojciec zaśmiał się cierpko. – Ja też bym chętnie prysnął do domu. Już się nawet umówiłem w klubie na dłuższe niż zwykle partyjki brydża, ale z mamą się nie da tak łatwo.

Zapadła cisza przerywana ciężkimi westchnieniami. W końcu Tadek popatrzył na mnie porozumiewawczo. Opracowaliśmy plan B, dość ryzykowny, ale w obecnej sytuacji chyba konieczny. Kilka minut później Tadek z chusteczką przy ustach dzwonił z komputera – numer wyświetlał się u odbiorcy jako nieznany.

– Halo, dzwoni aspirant Bereza z komendy powiatowej. Czy rozmawiam z właścicielem posesji przy ulicy... – historyjka Tadka płynęła tak gładko, że aż się zaczęłam zastanawiać, gdzie on się tego nauczył. – Tak, gang włamuje się do domów tymczasowo opuszczonych przez właścicieli. Mieliśmy już kilka zgłoszeń i monitorujemy wszelkie zabudowania pozostawione bez gospodarza na dłuższy czas...

Gdy tylko Tadek skończył połączenie, w kieszeni teścia zawibrowała komórka.
– Tak, Halinko... Tak, jestem u nich...
O, naprawdę? Co, policja? Rozumiem... Aha, wracać, bo gang... U nas, w takim małym grajdołku? Wiem, wiem, dmuchać na zimne... O! I nawet w weekend nie przyjeżdżać? A nie będzie ci smutno? Jasne, trzeba być mężczyzną i bronić swego... Pa, pa!

Teść skończył połączenie, a jego twarz jasno sygnalizowała, że przez ten krótki czas rozmowy stał się innym człowiekiem. Optymizm, pogoda ducha i radość tryskały z jego oblicza.
– No, dzieciaki, jadę. Mam pilnować domu i nie ruszać się stamtąd nawet na jeden dzień
– oświadczył. – Dziękuję!

Po kilku minutach machaliśmy mu przez okno. Akcja się udała. Zapadła cisza.

Jak relacja z dominującą matką wpłynie na twoje życie. I jak to zmienić

– Tadek – odezwałam się po chwili. – Czy my naprawdę już się inaczej do siebie odnosimy niż kiedyś?
– No, wiesz... – odpowiedź nie była jednoznaczna. – Ale i tak bardzo cię kocham.
– Tak jak twój tata mamę? – spytałam.
– O, nie. Do ich poziomu nam jeszcze daleko – zaśmiał się, a po chwili dodał już całkiem poważnie: – Mam nadzieję.
– Ja też cię kocham, mój ty aspirancie Bereza – odparłam.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/6 miesięcy temu
Jestem jeszcze młody, ale ja takiemu mężowaniu mówie stanowcze NIE ! Skąd się w ogóle bierze ta dyktatura kobiet ? Wycofany i milczący "teść" to przecież widok powszechny.