Blaski i cienie życia utrzymanki

Zakochałam się w nim jak pierwsza naiwna, a potem łudziłam się, że on we mnie też. Dbał o mnie, pomógł kupić mieszkanie i ciągle przynosił prezenty, to przecież coś musiał do mnie czuć.

Zaczepił mnie w księgarni. Nie był ani specjalnie przystojny, ani bardzo młody, ale miał w sobie to coś. Uśmiechnął się nieznacznie, powiedział komplement i kilka słów na temat książki, którą trzymałam w ręku, a na koniec zaproponował kawę i pyszny deser w pobliskiej kawiarni.
– Nie mam w zwyczaju zaczepiać nieznajomych kobiet – dodał usprawiedliwiająco, widząc moje zaskoczenie – ale ta książka, którą pani przegląda... Bardzo ją lubię. Rzadko kto umie docenić tak wyrafinowaną literaturę.

Wydawał się zmieszany własną śmiałością, co mnie nawet trochę rozbawiło. Już bez oporów zgodziłam się więc na deser w towarzystwie mężczyzny, który w ogóle mnie nie pociągał.
Nim się spostrzegłam, za oknem zrobiło się ciemno. Spojrzałam na zegarek: była dziewiąta. Niemożliwe! Spędziłam z Mateuszem – bo tak miał na imię mój znajomy z kawiarni – ponad cztery godziny i w ogóle tego nie zauważyłam. Mieliśmy tyle wspólnych tematów... Może dlatego, kiedy Mateusz zaproponował, że odprowadzi mnie do domu, nie oponowałam.
Szliśmy wolno uliczkami starego miasta, on zaś opowiadał mi historie mijanych budynków. Ciekawostki o żyjących w nich kiedyś mieszkańcach oraz o ludziach, którzy je budowali.
Zaimponował mi wiedzą i obyciem. Wyraźnie był człowiekiem wykształconym, na dodatek z historyczną pasją. Przez chwilę czułam się przy nim jak biedna szara myszka: dziewczyna po pomaturalnym studium księgowości, z niespełnionymi marzeniami o prawdziwych studiach, na które może pójdzie, jeśli uda jej się na nie zarobić. On jednak cały wieczór zachowywał się tak, jakby miał do czynienia z kimś sobie równym.
Podczas spaceru przyjrzałam mu się kątem oka. Może nie był typem przystojniaka, lecz niewątpliwie było w im coś ujmującego, co przykuwało uwagę. Wysokie czoło już lekko przechodzące w łysinę przydawało mu sznytu intelektualisty. Wydatne kości policzkowe, ciemna oprawa oczu, zadbane dłonie. Mógł mieć około czterdziestki.

Nigdy wcześniej nie umawiałam się z mężczyznami w jego wieku, ale przy Mateuszu nie czułam różnicy lat. Podobało mi się też, że jest tak dobrze ułożony, o wiele lepiej niż moi rówieśnicy. Kiedy więc odprowadził mnie pod blok i zapytał, czy się moglibyśmy się jeszcze zobaczyć, przystałam na to bez wahania. Dawno z nikim się nie spotykałam.
Mój ostatni związek rozpadł się z hukiem, bo niedoszły narzeczony okazał się potwornym chamem. Pewnie dlatego Mateusz już pierwszego wieczoru podbił moje serce.
Pamiętam, co mnie najbardziej w nim wówczas ujęło. Otóż on nie narzucał się ani nie zamęczał opowieściami o sobie. Przeciwnie: słuchał uważnie tego, co mam do powiedzenia. Nie krytykował niczego, co mówiłam, tylko wyrażał swoją opinię. W rezultacie miałam więc wrażenie, że to ja tego wieczoru wiodłam prym.
Na drugą randkę umówiliśmy się w parku. Potem była kolacja w jednej z droższych restauracji w mieście. Tym razem bardzo się starałam, żeby się czegoś dowiedzieć o moim adoratorze. Spytałam, czym się zajmuje, a także próbowałam go podpytać o jego życie prywatne, mniej lub bardziej wprost. Jednak on mówił o sobie niechętnie, zupełnie jakby się wstydził.
– Jestem biznesmenem, ale pieniądze nie mają dla mnie znaczenia, i to jest chyba najważniejsze – oświadczył mi. – Pracuję, zarabiam i staram się cieszyć życiem.
Natomiast na temat życia osobistego milczał jak zaklęty. Powiedział tylko, że czuje się wolnym człowiekiem, który nie da się usidlić dla pieniędzy. Robi, co chce. Zrozumiałam więc, że jest kawalerem. Był tajemniczy, ale mnie również o nic nie wypytywał. Jak to ujął, postanowił się zdać na los szczęścia.
Pamiętam, jak w swoim czasie poprzedni chłopak zadręczał mnie pytaniami o każdą godzinę mojego dnia; o to, gdzie byłam, z kim i dlaczego. Teraz więc nawet się ucieszyłam, że Mateusz szanuje moją prywatność. Postanowiłam, że i ja będę szanować jego.
Podczas kolejnych spotkań byliśmy w kinie, w teatrze, zwiedziliśmy całe miasto, aż któregoś wieczoru wylądowaliśmy u mnie w domu.
Trochę się wstydziłam mojego skromnego mieszkanka. Tymczasem Mateusz znowu zachował się z taktem: ani słowem nie wspomniał o panującej tu ciasnocie, za to pochwalił gust, z jakim urządziłam wnętrze. I wciąż mi się przyglądał: chyba trochę był rozbawiony moim zakłopotaniem.
Kiedy usiedliśmy przy stole, ujął moją dłoń i ją pocałował.
– Chciałbym, żeby charakter naszych kontaktów był jasny dla nas obojga, Agatko  – powiedział i spojrzał mi głęboko w oczy.
– Jesteś piękną dziewczyną, powinnaś błyszczeć przed światem. Należy ci się wszystko, co najlepsze. Jesteś młoda, możesz wiele, a ja jestem w stanie ci to ułatwić.
Przyznam, że nie bardzo rozumiałam, do czego zmierza.
– Mam dla ciebie propozycję – podjął po chwili. – Tylko proszę, wysłuchaj jej uważnie. Potrzebujesz oprawy, luksusu, a ja mogę ci to dać. W zamian nie oczekuję wiele. Wspólne wyjście, czasem towarzystwo na spotkaniu biznesowym, w miesiącu kilka wieczorów razem. To czysty układ: ja o nic nie pytam,
i ty również.
Jeszcze raz spojrzał na mnie uważnie.
– Oczywiście dostaniesz odpowiedni fundusz na swoje życie. Będziesz mogła z nim robić, co zechcesz.

Nie wierzyłam własnym uszom. Miałam być jego utrzymanką! Spodziewałam się innych słów. Może nie od razu tego, że jestem kobietą jego życia, tą jedyną wielką miłością, na którą tyle lat czekał – ale przynajmniej zapewnień o sympatii, która  zaczyna przeradzać się w coś poważniejszego. Tymczasem on chciał mi płacić za towarzystwo, i właśnie to powiedział.
– Wynoś się! – poderwałam się z krzesła i wskazałam mu drzwi.
Wyszedł bez słowa.
Cała się trzęsłam ze zdenerwowania. Jak on mógł tak mnie potraktować? Jak mógł powiedzieć coś takiego?! Cały wieczór miotałam się po pokoju, rzucając pod jego adresem przekleństwa, jakie mi tylko przyszły do głowy. A potem długo nie mogłam zasnąć. W środku nocy zadzwoniłam do niego na prywatną komórkę, lecz nie odebrał. Pewnie nie miał odwagi wysłuchać tego, co miałam mu do powiedzenia.
Rano zobaczyłam, że zostawił mi na stoliku firmową wizytówkę, na której przy jego nazwisku widniały jeszcze dwa – nieznane mi wcześniej – numery telefonów. Próbowałam się na nie dodzwonić, żeby go posłać na drzewo z jego wyjątkowo chamską propozycją. Nie odpowiadał.
Długo nie mogłam się pozbierać po tamtej rozmowie. Starałam się wrócić do mojej szarej codzienności. Bez Mateusza, bez wieczorów w drogich restauracjach, bez fajerwerków. I bez seksu. Nudno, ale za to bezpiecznie.
Tymczasem proza życia już wkrótce mi o sobie przypomniała z całą bezwzględnością. Kilka miesięcy później straciłam pracę.
– Redukcja etatów – usłyszałam w biurze.
To zabrzmiało jak wyrok.
– Z twoim CV na pewno szybko coś znajdziesz – pocieszały mnie koleżanki.
Jednak ja zabierałam swoje rzeczy pełna lęku. Wiedziałam, że w obecnej sytuacji na rynku nie będzie to takie proste.

Niestety, sprawdziły się moje najgorsze obawy. Mijały kolejne tygodnie, a na moją ofertę pracodawcy albo w ogóle nie odpowiadali, albo słyszałam tylko odmowy. Zaoszczędzone pieniądze szybko mi się skończyły, niezapłacone rachunki zaczęły rosnąć w zastraszającym tempie.
Byłam zrozpaczona i załamana. Zupełnie nie wiedziałam, co robić. Nie miałam szans nawet na zwykłą pracę sklepowej, a nawet sprzątaczki, bo – jak mi ktoś powiedział podczas pierwszej rozmowy – moje kwalifikacje były na to za wysokie.
Na pomoc rodziców nie mogłam już liczyć – wykosztowali się na moje mieszkanko,a poza tym wciąż mieli na utrzymaniu moje młodsze rodzeństwo. Pożyczałam więc pieniądze, sprzedawałam ubrania za bezcen, lecz niewiele to pomogło. I wtedy przypomniałam sobie o propozycji Mateusza.
Tym razem moje wyrzuty sumienia zepchnęłam głęboko na jego dno. Nie namyślając się długo, wybrałam jeden z numerów z wizytówki Mateusza.
– Witaj, Agatko – odebrał od razu.
Powiedział to takim tonem, jakbyśmy się rozstali wczoraj jak najlepsi przyjaciele.
– Pamiętasz mnie – byłam naprawdę zaskoczona.
– Oczywiście. Przecież nie mogłem o tobie zapomnieć – odparł w ten swój uroczy sposób, który działał na mnie tak kojąco.
Powiedział, że przyjedzie wieczorem. Ubrałam się starannie, kupiłam ciasto, dobrą kawę. Czekałam na niego z bijącym sercem. Mateusz na pewno coś poradzi...
Gdy tylko wszedł, byłam już tak zdenerwowana, że się po prostu rozpłakałam. Znowu usiedliśmy przy stole. Zapomniałam o kawie i cieście. Łzy ciekły mi po policzkach, a ja, zrozpaczona, wśród szlochów i wycierania nosa chaotycznie próbowałam mu wytłumaczyć, w jakiej sytuacji się znalazłam.
Mateusz słuchał uważnie. Milczał.
W pewnej chwili wyjął chusteczką i delikatnie zaczął osuszać mi łzy.
– Uszy do góry, to nie koniec świata – powiedział. – Nie mogę pozwolić, żeby tak piękna buzia była smutna.
Zalała mnie fala radości. Nie myliłam się, on mi pomoże!
– Mateusz, jak dobrze, że jesteś – zarzuciłam mu ręce na szyję. – Bardzo ci dziękuję! Gdyby nie ty...
Nie wiem, jak to się stało – może to przez tę bliskość? Przecież znalazłam się w jego objęciach. I poczułam, że go pragnę, i że on też pragnie mnie.
Potem wszystko potoczyło się szybko. Zaczęliśmy się całować coraz bardziej namiętnie, tulić do siebie, rozbierać. Władczym gestem popchnął mnie na kanapę.
Kochaliśmy się do szaleństwa. Kompletnie zapomniałam o powodzie, dla którego go ściągnęłam do siebie, o jego pieniądzach. Liczyła się tylko namiętność między nami.
Jednak, jak się okazało, Mateusz nie stracił głowy. Nim wyszedł ode mnie, wyjął portfel i zapytał, czy cztery tysiące miesięcznie mi wystarczą. Nie odpowiedziałam.
– Kochanie, cztery na życie, a drugie tyle dostaniesz, żeby spłacić długi. Będzie dobrze, moja piękna Agatko.
Pocałował mnie i wyszedł, zostawiając pieniądze na stole.
Tak stałam się utrzymanką. Mateusz był hojnym sponsorem, ale często mi przypominał, że łączy nas umowa, nie uczucie. A ja łudziłam się, że to tylko takie asekuranckie gadanie, bo tak naprawdę to on mnie kocha. Przecież jest taki troskliwy, opiekuńczy, wyrozumiały. Daje mi nie tylko pieniądze, ale i bardzo kosztowne prezenty. Pomógł zmienić mieszkanie na większe, kupić samochód. Przedstawiał mnie też swoim kontrahentom i kolegom z branży.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że w pewnych sferach posiadanie kochanki jest dobrze widziane. Świadczy o tym, że facet jest prawdziwym macho. Nie, ja łudziłam się, że moja historia skończy się jak w filmie „Pretty Woman”, i żyłam tą nadzieją aż do pewnego sobotniego przedpołudnia.
Wybrałam się wtedy do jednego z centrów handlowych. Przy jednym z butików zobaczyłam najpierw roześmianego Mateusza, a potem chłopca, którego trzymał za rękę.
„To jeszcze nic nie znaczy – próbowałam sobie wmówić. – Może to dziecko jego siostry, brata... Kogokolwiek”. Ale mały powiedział do niego „tato”, wskazując coś na wystawie, a potem się do niego przytulił.
Chwilę później koło nich pojawiła się kobieta. Była starsza ode mnie, ale młodsza od Mateusza. On ją objął, pocałował, szepnął coś do ucha, po czym wziął małego na barana. Chłopiec krzyknął do kobiety.
– Zaraz wrócimy, mamusiu!
Stałam odrętwiała. Czułam chłód w całym ciele. Nie miałam siły się ruszyć.
Mateusz, żeby wejść do butiku, musiał mnie minąć. Nie było siły, żeby mnie nie zauważył, a jednak przeszedł koło mnie bez słowa, jakbym była powietrzem. Zrozumiałam, że tym jego prawdziwym życiu – dziennym i weekendowym – dla mnie miejsca nie ma. Ja jestem towarzyszką nocnych zabaw. Dałam się zwieść własnej naiwności i pozorom jego dobrego wychowania.
Odwróciłam się i pojechałam do domu. Nie chciałam ranić tamtej kobiety. Nie chciałam nawet wiedzieć, co ich łączy.
Mateusz pojawił się u mnie wieczorem. Był wściekły. Tamten dżentelmen zniknął gdzieś jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
– Co ty sobie myślałaś? Że cię przedstawię mojej żonie? Dziecku? Jesteś tylko dziewczyną, której płacę. Nie zapominaj o tym, bo gorzko pożałujesz! – krzyczał.
Odezwała się we mnie resztka godności:
– Żona to jedno, ale jak mogłeś mnie tak ośmieszać przed twoimi kolegami?!
– To był kontrakt i nie graj mi teraz zrozpaczonej dziewicy – wysyczał. – Jak ci źle, to teraz spróbuj się utrzymać sama!
I trzasnął drzwiami.
O następnych miesiącach wolę nie wspominać. Błagałam, żeby wrócił, prosiłam, nalegałam... I bynajmniej nie chodziło mi
o pieniądze. Mateusz doskonale rozumiał, że się w nim zakochałam, i zapewne dlatego zerwał ze mną wszelkie kontakty.
Zraniona kobieta bywa jednak nieobliczalna. Któregoś dnia spotkałam się z jego żoną i opowiedziałam jej wszystko. Myślałam, że go rzuci albo że przynajmniej po tej rozmowie on znów się do mnie odezwie. Przyjechał tylko raz. Kazał mi się wyprowadzić, jako że mieszkanie było w połowie jego.
– Resztę spłacę. I wara ci od mojej rodziny – powiedział na pożegnanie.
Wtedy zrozumiałam, jaka byłam naiwna.
Sprzedałam wszystkie cenniejsze rzeczy, które dostałam od Mateusza, wszystko, co mogło mi przypominać o poprzednim życiu. Poszukałam też pracy. Trochę to trwało, zanim znów kupiłam małe mieszkanko i nauczyłam się żyć zwyczajnie, tak jak kiedyś. Bez bankietów, futer, biżuterii, szampana. Ale tak to już w życiu jest, że kiedy zamykają się za nami jedne drzwi, otwierają się następne.
W nowej pracy poznałam Zbyszka. Pewnie kiedyś nie zwróciłabym na niego uwagi, bo nie był ani przystojny jak mój poprzedni chłopak, ani równie wszystkowiedzący jak Mateusz. Nosił za to w sobie wiele spokoju i wyrozumiałości. On dobrze czuł, że boję się zaangażować, ale zrobił wszystko, abym mu zaufała.
Czasem myślę o Mateuszu. Zastanawiam się, ile już miał utrzymanek i jak znosi to jego żona. Nie żałuję tych czterech lat, które z nim przeżyłam. Gdyby nie tamte doświadczenia, nigdy nie wybrałabym Zbyszka – na pozór przeciętnego faceta, z przeciętną pensją, ale za to z wielkim sercem.
Jak pomóc piersiom wrócić do formy po ciąży i karmieniu piersią?
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)