Walentynki - obchodzić, nie ochchodzić... Po co komu to święto?

Zakochana para fot. Adobe Stock
Nigdy nie obchodziłam walentynek. Co ciekawe, moje nieobchodzenie ma długą i konsekwentną tradycję: nie świętowałam ani z chłopakami, z którymi chodziłam w liceum czy na studiach, ani z narzeczonym, ani na etapie romansów w okolicach trzydziestki, ani teraz z mężem. Choć mam szczęście być zarazem kochaną i kochającą, nie potrafię ich jakoś przyjąć za swoje święto.
Zakochana para fot. Adobe Stock

Droga A.!

Walentynki. Nie znam statystyk, lecz przypuszczam, że święto to ma w Polsce pewnie tyleż zwolenników, ile przeciwników. (Nota bene, podziały w ogóle stały się ostatnio naszą narodową charakterystyką).

Niedawno dostałam do pracy napisanie legendy o świętym Walentym w wersji dla dzieci – z wygaszonym wątkiem prześladowania chrześcijan, a nawet z uśmierceniem samego Walentego, z uwypukleniem zaś romantycznej części jego historii – gdy poruszony losem niewidomej córki strażnika, słał do niej z więzienia pokrzepiające listy, podpisując je „Twój Walenty”. Wygasić należało także fakt, że był wówczas kapłanem, a w niewidomej dziewczynie prawdopodobnie się całkiem po ludzku zakochał.

Napisałam ją więc – zastanawiając się przy tym, jakie to dziwne: jak fragmenty czyjegoś niegdyś prawdziwego życia przetrwały wieki i są dziś tak kultywowane, że nie sposób byłoby tego wówczas przewidzieć. Bodaj najlepszymi tego przykładami są święci Mikołaj i Walenty właśnie.

Dla tych, którzy obchodzą walentynki mamy superfajną sekcję na Polki.pl - zapraszamy!

Co do mnie – nigdy nie obchodziłam walentynek. Co ciekawe, moje nieobchodzenie ma długą i konsekwentną tradycję: nie świętowałam ani z chłopakami, z którymi chodziłam w liceum czy na studiach, ani z narzeczonym, ani na etapie romansów w okolicach trzydziestki, ani teraz z mężem. Choć mam szczęście być zarazem kochaną i kochającą, nie potrafię ich jakoś przyjąć za swoje święto. W żadnym razie nie potępiam i nie mam nic przeciwko: idea jest w porządku, pozytywne uczucia należy pielęgnować, a jeśli się ma czas i chęć, by tego dnia razem wyjść lub się czymś nawzajem obdarować, albo zamówić ekskluzywny zestaw sushi czy wykąpać we dwoje przy świecach – proszę bardzo. Ja jednak czułabym się w tym nienaturalnie. Jak myślisz, dlaczego? Może nie jestem romantyczna?

A jak Wasze walentynki? Uczcicie jakoś ten dzień?

Całuję!

Twoja P.

Co się dzieje w głowie hejtera, gdy wypluwa z siebie samą gorycz?

Kochana P.!

Z walentynkami mam tak, jak z każdym świętem: wyznaję całkowitą wolność – do obchodzenia i do nieobchodzenia.

Chcecie się czulić w restauracji, z czerwoną różą na stoliku i sercami z marcepanu na deser – bardzo proszę.
Chcecie sobie wręczać plastikowe serca, czekoladki w czerwonych pudełkach czy koronkowe halki – czemu nie?
Chcecie spędzić ten dzień na kanapie, w wyciągniętych dresach, mówiąc, że kochacie się na co dzień, nie od święta – też fajnie.

Co do mnie – nazwałabym siebie życzliwym obserwatorem. Nie obchodzę walentynek, jakoś mnie nie wciągnęły. Może dlatego, że ten zwyczaj pojawił się w Polsce wtedy, kiedy byłam już prawie dorosła. I od razu w kontekście mocno użytkowym.

W 1992 roku wydawnictwo Harlequin nazwało 14 lutego Dniem Świętego Walentego, czyli Dniem Zakochanych. Żeby zakorzenić to święto w Polsce, przygotowano kilkugodzinny program na temat miłości: celebryckie pary sprawdzały, jak dobrze się znają, politycy opowiadali o porywach serca, przechodnie udzielali odpowiedzi na pytania o uczucia w sondzie ulicznej. A na deser był łzawy film. Wszystko niby po to, by Polacy mogli tego dnia celebrować swoją miłość w szczególny sposób. A w rzeczywistości… Handel już zacierał rączki, licząc zyski.

W 1995 roku McDonald’s zachęcał: „Jeśli nie chcesz mojej zguby, hamburgera kup mi luby”. Warszawskie kwiaciarnie też wyczuły koniunkturę - na początku lutego tulipany kosztowały 30 groszy, w walentynki cena podskoczyła do złotówki. Kila lat później pojawiła się kampania Frugo z charakterystycznym odwróconym sercem przypominającym obfitą pupę i hasłem: „Pocałujcie św. Walentego”.

Teraz biznes walentynkowy to już potężna machina: kartki, czekoladki, kolacje, wieczory w kinie, imprezy w hotelu, gadżety, książki, kwiaty, bielizna, kosmetyki…
Nie mam ciągot konsumpcyjnych, więc ta komercyjna strona każdego świętowania mnie odstręcza.

W przypadku walentynek dochodzi jeszcze jeden element: to święto dotyczące miłości, bardzo intymnej relacji w parze. Te emocje zupełnie mi się nie wpisują w nurt masowych obchodów. Może nie zapałałam do niego – nomen omen – miłością, ponieważ po kilku dekadach życia i różnych zawirowaniach  uważam, że w związku najważniejsza jest codzienna uważność i bycie dla siebie.  Bardzo ładnie nazwał to papież Franciszek: „Naszą miłość powszednią daj nam dzisiaj!". W takim podejściu nie chodzi o to, że miłość to zwyczajność i praca, które nie potrzebują fajerwerków. Wręcz przeciwnie – miłość sprawia, że każdy dzień jest świętem.

A skoro już weszłam na pole minowe, czyli tradycja kontra nowe zwyczaje, świeckie kontra duchowe, to zastanawiam się, jak w tym roku będą świętować katolicy: w 2018 walentynki wypadają w Środę Popielcową. Z jednej strony rozpoczęcie Wielkiego Postu, unikanie imprez, tańców, zabawy, alkoholu, mięsa i zachowanie powagi stosownej do dnia, a z drugiej –  święto, które domaga się świętowania właśnie. Nie zazdroszczę dylematów!

Całuję
Twoja A.

PS. A gdyby tak rozszerzyć walentynki na święto wykraczające poza zakres opisany przez Szekspira: "Dzień dobry, dziś święty Walenty/ Dopiero co świtać poczyna/ Młodzieniec snem leży ujęty/ A hoża doń puka dziewczyna./ Podskoczył kochanek, wdział szaty/ Drzwi rozwarł przed swoją jedyną/ I weszła dziewczyna do chaty/ Lecz z chaty nie wyszła dziewczyną" (tłum. S. Barańczak) - na Dzień Miłości Bliźniego, obejmujący bycie miłym i fajnym, nierobienie przykrości, zapomnienie o podziałach i obejmowanie sercem całego świata – o, to by było fajne.

Przeczytaj także:

Jak na początku 2018 roku kupowałam pigułkę „dzień po”…
Bez upiększeń i udawania… Tak NAPRAWDĘ wygląda poród?

Polecamy cykl felietonów... w formie listów. Paulina Płatkowska i Agnieszka Jeż, autorki powieści dla kobiet „Nie oddam szczęścia walkowerem" i „Szczęściary" piszą dla Was felietony w formie maili do przyjaciółki. O życiu, rodzinie, miłości, o wszystkim, co dla polskich kobiet, matek, żon, singielek, szczęśliwych i tych szczęścia szukających jest ważne.

Najnowsza książka Pauliny Płatkowskiej i Agnieszki Jeż „Marzena M.” już do kupienia w Empiku. Zapraszamy też na blog pisarek - www.platkowskaijez.pl oraz na ich funpage na Facebooku.

Redakcja poleca

REKLAMA