Anna Seniuk fot. ONS.pl

Anna Seniuk unikała skandali, a na pierwszym miejscu stawiała rodzinę. Uroda przemija, talent nigdy...

Z pokorą podchodzi do życia. „Z wiekiem coś tracimy, ale i coś zyskujemy. Wszystko, co nas spotyka, ma sens, tylko trzeba umieć go dostrzec”.
/ 17.05.2021 10:41
Anna Seniuk fot. ONS.pl

Stworzyła mnóstwo niezapomnianych ról w teatrze, w kinie i radiu. Zagrała role wielkie, komiczne, tragiczne, kabaretowe. Jest wszechstronna i utalentowana. Ale serca milionów podbiła rolą Madzi Karwowskiej w kultowym serialu Jerzego Gruzy „Czterdziestolatek”.

I choć długo zżymała się na takie streszczanie jej dokonań i odmawiała odpowiedzi na pytania o ten serial, to dziś zapewnia: Lubię tę rolę. Dzięki Madzi wciąż jestem rozpoznawalna i pamiętana. Ale Anna Seniuk jest pamiętana nie tylko jako Madzia Karwowska.

Przez scenę szła jak burza

Jeszcze w krakowskiej szkole teatralnej zaangażowano ją, wraz z kolegą z roku Janem Nowickim, w jednym z najlepszych polskich teatrów, w Starym Teatrze w Krakowie. Pracowała z najwybitniejszymi reżyserami, ale najcieplej mówi o Zygmuncie Hübnerze, u którego debiutowała w „Wariatce z Chaillot”, tuż po dyplomie w 1964 roku.

Hübnerowi zawdzięczam właściwie wszystko, bo we mnie uwierzył, zaufał mi i wziął odpowiedzialność za mój artystyczny rozwój. Nie pozwolił zagrać w filmie dużej, głównej roli, gdyż – jak stwierdził – nie byłam jeszcze gotowa i poniosłabym klęskę.

Dzięki Hübnerowi już dwa lata po szkole zdobyła Głowę Podwawelską – jako „najulubieńsza aktorka Krakowa”. To Hübner odkrył w Annie Seniuk talent komediowy, zapewniając, że każdą postać potrafi wzbogacić o element żywiołowego humoru. A potwierdzają to jej role-perełki w sztukach powstałych z geniuszu hrabiego Aleksandra Fredry. Aktorskim majstersztykiem jest też przecież powołanie do życia niezapomnianej Madzi Karwowskiej.

Choć Anna Seniuk skromnie upatruje ten sukces gdzie indziej: Kochamy Madzię Karwowską, bo zamiast z siebie, możemy się pośmiać z niej; z kobietki naiwnej, poczciwej i kochającej; snobki naśladującej wszelki kicz; marzącej o brylowaniu na salonach, udającej inną niż jest. Fenomenalne zagranie tej postaci sprawiło, że reżyserzy ciągle proponowali jej role pańć w tym samym stylu. I trzeba było aż dwóch lat kategorycznego odmawiania, aby powróciła na ekran wspaniałymi rolami w „Konopielce”, „Pannach z Wilka” czy „Bilecie powrotnym”.

W filmie „Laura” Seniuk gra matkę górnika cudem ocalałego z katastrofy w kopalni Halemba. Impulsem do powstania filmu było szczere wyznanie bohatera: „Pod ziemią prosiłem: Panie Boże daj mi jeszcze raz zobaczyć moją żonę i córkę Laurę, a potem mogę umierać…”.

Można rzec patetycznie, że to miłość trzymała przy życiu filmowego syna Anny Seniuk. Ona sama uważa miłość za jedną z najważniejszych rzeczy, ale wylicza różne jej oblicza:

Jest miłość do matki, do ojca, do dziecka, do psa, do kota… Miłością nazywamy także naszą wiarę. Miłość jest motorem działania. Dzięki miłości możemy wiele znieść i bardzo wiele ofiarować. Miłość daje nam siłę, ale siłę daje nam także wiara, honor, cierpienie…

O cierpieniu Anna Seniuk też swoje wie. Nie kryje, że pokonała raka. Nie kryje też, że choroba zweryfikowała jej dotychczasowy punkt widzenia. Nagle zamilkł telefon. Nie zadzwoniono do niej w sprawie obiecanej reklamy ani serialu, do udziału w którym usilnie ją namawiano.

No bo co zrobić z reklamowym spotem i serialowymi odcinkami, gdybym umarła? – pyta ironicznie Anna Seniuk.

Nie umarła. Ale wiele zmieniło się także w jej życiu prywatnym… Aktorka woli jednak pamiętać tylko to, co miłe i piękne. Wspomina, jak nagrywała w studiu jedną z piosenek, z piękną muzyką kompozytora Macieja Małeckiego – jej przyszłego męża. Oświadczył się niebanalnie, właściwie na pierwszej randce, klękając w centrum Warszawy. Potem harmonijnie współpracowali, czego efektem są choćby słynne adaptacje „Pchły Szachrajki” Jana Brzechwy i „Balladyny” Juliusza Słowackiego, zrealizowane wspólnie dla Teatru Polskiego Radia.

Mają udane dzieci, które obdarzyli pospołu swoimi talentami. Syn Grzegorz poszedł w ślady mamy, jest znakomitym aktorem Teatru Narodowego, a córka Magda gra na altówce, skończyła Akademię Muzyczną, odziedziczywszy muzyczny słuch po ojcu…

Anna Seniuk urodziła się w Stanisławowie, zajętym po wojnie przez Sowietów. Zanim Seniukowie trafili do Krakowa, tułali się, tracąc po drodze dobytek, ale ocalając rodzinne pamiątki – zdjęcia, listy, dokumenty… Mogła więc zanurzyć się we wspomnieniach, czerpiąc z tradycji i wartości przekazywanych przez mamę – nauczycielkę i tatę – kierownika szkoły rolniczej, który uczył Anię życia w zgodzie z naturą, przyrodą i światem.

Jestem szczęściarą! Mam mieszkanie z kominkiem, piękne drzewo przed oknem, zawód który kocham.

Jako wykładowca w warszawskiej Akademii Teatralnej wychowała wielu młodych aktorów, których sukcesy są jej dumą. Przypomina im, że w tym zawodzie trzeba zachować godność i dystans. Mieć szacunek dla każdego człowieka.

Nasz zawód to spotkania z wielką literaturą, ale przede wszystkim z człowiekiem. Zwykli ludzie wiele mnie nauczyli, byli wspaniałymi, skromnymi ludźmi, a jednocześnie wielkimi artystami. Byli też szeregowi pracownicy teatru, mistrzowie w swoim fachu: krawcy, szewcy, perukarze i personel techniczny – wszyscy bezgranicznie oddani teatrowi. Z takimi z radością pracuję… Piękne są też spotkania z fanami okazującymi jej miłość i uznanie, od kilku już pokoleń. Ta popularność, choć bywa uciążliwa, jej wcale nie męczy: Ludzie mówią mi bardzo miłe słowa, więc nie ma powodu się zżymać.

Kiedyś trwożył ją upływający czas, a dziś już wie, że w życiu są ważniejsze rzeczy od przemijającej urody.

Ważne, że nie jestem zniedołężniała, że w środku, w głębi duszy, jestem identyczna jak dawniej. Z wiekiem coś tracimy, ale i coś zyskujemy. Wszystko, co nas spotyka, ma sens, tylko trzeba umieć go dostrzec. Może tylko trochę jej żal, że w filmie nie ma miejsca dla starzejących się kobiet, podczas gdy starzejący się mężczyźni ciągle grają, bo ich zmarszczki postrzegane są jako dostojne bruzdy życiowych przeżyć, a nie oznaki upływającego czasu.

Może jeszcze przyzna z żalem, że gdyby miała swój dzisiejszy rozum i wiedzę, grałaby mniej, a więcej czasu poświęcała domowi. Bo dziś już wie, że dzieci i rodzina to największe szczęście, że dla nich – gdyby zaszła taka potrzeba – poświęciłaby bez wahania wszystkie swoje sukcesy. Czy coś by w swoim życiu zmieniła? Może, ale zapamiętała dewizę Ireny Kwiatkowskiej, kobiety pracującej z „Czterdziestolatka”.

Nigdy nie żałuj, że czegoś nie zrobiłaś. Wyrzuć to za siebie i idź dalej!

Czytaj także: „Nie musiała zginąć. Osierociła synów, ale pamięć o niej nie umrze - życie księżnej Diany”Dramatyczne życie Keanu Reevesa. Czy pogodził się z utratą córki?Ofiara sekty czy naiwna aktoreczka? Prawda o związku Katie Holmes i Toma Cruise'a