siostry, dziewczynki, dzieci, rodzeństwo

Myślałam, że mnie nie chcecie

Wydawało mi się, że kochamy nasze córki jednakowo. Niestety, mąż w którymś momencie wyraźnie zaczął wyróżniać Sylwię. Czułam, że może się to źle skończyć...
/ 22.10.2008 13:35
siostry, dziewczynki, dzieci, rodzeństwo

To była bardzo trudna decyzja, ale oboje tego pragnęliśmy. Zaadoptowaliśmy Natalię.Kiedy tuliłam w ramionach maleńką Natalkę, czułam się nareszcie najszczęśliwszą kobietą na świecie. Niczego tak bardzo w życiu nie pragnęłam, jak w końcu zostać mamą. Z moim mężem Rafałem zaczęliśmy się starać o dziecko zaraz po ślubie. Niestety, badania i leczenie nie przyniosły żadnych efektów.
– Kochanie, nie martw się, będziemy rodzicami. Obiecuję ci to, Ewuniu. Prędzej czy później, ale będziemy mieć dziecko – pocieszał mnie Rafał.
Kochany mężczyzna... Od dnia, w którym zostaliśmy parą, ani razu się na nim nie zawiodłam. Mijały, niestety, miesiące, a potem lata, a ja wciąż nie zachodziłam w ciążę.
– Córeczko, a może powinniście pomyśleć o adopcji? – pewnego dnia spytała nieśmiało moja mama.
Aż obruszyłam się z oburzenia:
– Mamuś! No, co ty! A jeśli nie pokocham tego dziecka tak całym sercem, jak na to zasługuje? – mówiłam przerażona choćby samą wątpliwością.
Moja mama pokręciła głową:
– Wygadujesz głupoty, kochanie. Pokochasz. Będzie najważniejszą istotą w twoim życiu. Przekonasz się...
Jeszcze tego samego dnia zapytałam męża o adopcję. W przeciwieństwie do mnie uważał, że powinniśmy się nad tym zastanowić.
– Kochanie, a kto powiedział, że kiedyś nie będziemy mieli własnej pociechy. Oboje czytaliśmy o małżeństwach, które adoptowały dzieci, co pozwoliło im się odblokować i nagle okazywało się, że urodzi się ich własne – przekonywał mnie Rafał.

Zanim zgłosiliśmy się do ośrodka adopcyjnego, na forum internetowym rozmawiałam z kobietami, które adoptowały już dzieci. Większość z nich była niesamowicie szczęśliwa. Odzywały się jednak i takie, które adopcję uważały za swoją życiową porażkę. Kompletnie nie dawały sobie rady z dziećmi wziętymi z domu dziecka, a nawet jedną z nich przysposobiony syn, gdy miał 17 lat, pobił i okradł. Nie wiedziałam sama, co robić. I znów z pomocą przyszedł mi mąż. Pewnego dnia wrócił z pracy ze swoją koleżanką.
– Wiem, że masz wątpliwości co do adopcji – powiedziała Justyna, wyciągając zdjęcie dziewczynek z portfela. – Rafał mi o tym wspomniał, gdy niedawno, przez przypadek, dowiedział się, że z mężem adoptowaliśmy czteroletnie bliźniaczki.
Przez cały wieczór rozmawiałyśmy o dzieciach. Zanim się spostrzegłam, zegar wybił 19. W tym samym momencie ktoś zadzwonił do drzwi. Stanął w nich mąż Justyny z córeczkami. Gdy razem siedzieliśmy przy stole w salonie, nie mogłam się napatrzeć na dziewczynki. Widać było, że cała czwórka się kocha i jest szczęśliwa.

Kursy na rodziców adopcyjnych trwały kilka miesięcy. Potem jeszcze dość długo czekaliśmy, zanim dostaliśmy upragniony telefon.
– Proszę natychmiast przyjechać. Trafiła do nas trzymiesięczna dziewczynka. Jej matka, alkoholiczka, zrzekła się praw do małej zaraz po urodzeniu.
Natalka z miejsca podbiła nasze serca. Od pierwszego dnia wniosła wiele radości do naszego domu. A Rafał wręcz oszalał na jej punkcie. Nie mówiąc już o obu babciach, które obsypywały ciągle wnuczkę prezentami.
Z miejsca zapomniałam o wątpliwościach związanych z adopcją. Natalka była MOJĄ córką! Choć jej nie urodziłam, czułam z nią magiczną więź. To dziecko tak wiele mi dało. Sprawiło, że odzyskałam znowu sens życia. Niemal każdego dnia, mimo wyczerpujących obowiązków przy takim maleństwie, byłam radosna i uśmiechnięta.
Natalka wspaniale się rozwijała. Oboje z mężem poświęcaliśmy jej cały swój czas. Na zmianę wieczorami opowiadaliśmy jej bajki na dobranoc, a w każdy weekend jeździliśmy za miasto, aby oddychała czystym powietrzem. Kupiliśmy nawet psiaka, żeby miała swojego własnego, czworonożnego obrońcę. Hektor, niezwykle mądry wilczur, tak jak i my pokochał Natalkę całym sercem. Świata poza nią nie widział.
Przy naszej córeczce zapomnieliśmy, że mam kłopot z zajściem w ciążę. Nadal się nie zabezpieczałam, kiedy się kochaliśmy, ale przestałam czekać na dni płodne, odstawiłam tabletki hormonalne. I dwa lata później stał się cud – zaszłam w tak upragnioną ciążę! Gdy patrzyłam na wynik testu ciążowego, nie mogłam uwierzyć w to, co pokazuje. Nic nie powiedziałam Rafałowi, żeby nie rozbudzać w nim nadziei, które mogły nigdy się nie spełnić. W tajemnicy przed mężem poszłam do ginekologa. I tak, potwierdził to. Spodziewałam się dziecka!

Dziewięć miesięcy później przyszła na świat Sylwia. To było dwa tygodnie przed gwiazdką. Gdy łamałam się z mężem opłatkiem przy wigilijnym stole, powiedział:
– Kochanie przyjście na świat Sylwii to najpiękniejszy prezent, jaki w życiu dostałem – mój mąż miał w oczach łzy. – To dziecko nadało zupełnie nowy sens mojemu życiu.
Po urodzeniu Sylwii Rafał zaczął bardzo dużo czasu poświęcać naszej maleńkiej córeczce, wyraźnie zaniedbując Natalkę. A gdy robiłam mu z tego powodu wyrzuty, zaprzeczał:
– Nie zauważyłaś, że nasza Natalka nie chce się już przytulać jak dawniej – tłumaczył.
Trudno było mu nie przyznać racji. Rzeczywiście, Natalka nie okazywała już tak chętnie uczuć jak jeszcze kilka miesięcy temu.
– Jestem już duża – tłumaczyła dumnie z podniesioną głową. – To Sylwia jest dzidziusiem.
Obie dziewczynki świata poza sobą nie widziały. Gdy Natalka miała pięć lat, a Sylwia trzy, to starsza córeczka jak tylko mogła, próbowała pomóc mi przy młodszej. Pilnowała jej, a gdy zdenerwowana coś głośniej do niej powiedziałam, zaraz mnie upominała:
– Mamuniu, tak nie wolno. Sylwunia jest malutka. Lepiej nakrzycz na mnie – i zaraz tuliła serdecznie siostrzyczkę do siebie.
Dziewczynki bardzo się kochały, to było pewne. I z każdym rokiem ich uczucie stawało się mocniejsze.

Mijały lata, nasze córki zdrowo się chowały i nie mieliśmy z nimi żadnych problemów. Mąż w zasadzie podobnie traktował dziewczynki, a może ja po prostu nie zauważałam problemu? Pierwsze prawdziwe nieporozumienia między Rafałem a Natalką pojawiły się, gdy miała dwanaście lat i zaczęła wchodzić w trudny wiek dojrzewania. Zupełnie nie radziła sobie w szkole z matematyką, przedmiotem, który był konikiem męża. Próbował jej tłumaczyć zawiłe definicje – nic to nie dawało. Pewnego dnia stwierdził:
– Wiem, że z Sylwią takich problemów nie będzie. Po mnie odziedziczy talent do przedmiotów ścisłych. Ciekawe, co Natalka odziedziczyła po swoich rodzicach – dodał z ironią w głosie.
Słysząc to, zamarłam.
– Rafał, co ty opowiadasz?! – powiedziałam zaniepokojona. – Jak możesz?! Natalka jest tak samo naszym dzieckiem jak Sylwia. Nigdy o tym nie zapominaj.
A jeśli chcesz wiedzieć, to ja zawsze z matematyki miałam naciągnięte trójki – odwróciłam się na pięcie.
W tej samej chwili zauważyłam w drzwiach starszą córkę. W oczach miała łzy. Zamknęła się w swoim pokoju, zanim cokolwiek jej zdążyliśmy wytłumaczyć i przeprosić. Nigdy nie ukrywaliśmy przed nią, że jest dzieckiem adoptowanym. Woleliśmy, aby to od nas się dowiedziała, a nie przypadkiem od obcych ludzi. Świat jest mały i nigdy nie wiadomo, kogo nagle spotka i kto jej powie prawdę.
Wieczorem szczerze porozmawiałam z Natalką. Mąż też jej wytłumaczył, że kocha ją jak własne dziecko. Ale ten dzień wiele zmienił w życiu nie tylko Natalki, ale i Rafała. Zaczęłam wyczuwać między nimi chłód, a nawet wrogość, choć na pozór zachowywali się tak jak zwykle. Było jednak między nimi jakby mniej uczucia i okazywania sobie miłości. Martwiłam się tym bardzo. Moje rozmowy z obojgiem nic nie dawały. Zgodnie twierdzili, że wszystko jest w porządku, a tylko ja wyolbrzymiam całą sprawę.

Natalka stała się opryskliwa. W szkole zbierała coraz częściej uwagi do dzienniczka. Już nie tylko z matematyki, ale i swoich ulubionych przedmiotów humanistycznych zaczęła przynosić gorsze stopnie. Wychowawczyni w szkole była zaskoczona.
– Nie wiem, pani Ewo, co się wydarzyło, ale Natalka jest jakby nie tą samą dziewczynką – skarżyła się. – Nieładnie odzywa się do nauczycieli, stała się niegrzeczna dla kolegów.
Byłam zaskoczona słowami nauczycielki. Ale jeszcze większy przeżyłam szok, gdy wychowawczyni poprosiła, żebym usprawiedliwiła nieobecność córki w szkole. To były dwa dni. Natalka powiedziała jej, że miała gorączkę i pozwoliłam jej zostać w domu. Ale w domu jej nie było. Wyszła rano, jak zwykle, na lekcje.

Zabierałam Natalkę na spacery, długo wieczorami rozmawiałyśmy. Chciałam, żeby czuła, jak bardzo ją kochamy. Niestety, miłości Rafała, za którą tak tęskniła i którą pamiętała, nie mogłam jej zapewnić. Mąż uparcie powtarzał, że on się nie zmienił i tak samo jak przed laty kocha naszą starszą córkę.
– Skoro tak, to dlaczego z Sylwią wychodzisz na spacery? Dlaczego ją ciągle chwalisz, a Natalce wypominasz ciągle potknięcia? – mówiłam z wyrzutem.
Nie mogłam pojąć zachowania Rafała aż do dnia, w którym sam zaczął ze mną na ten temat rozmawiać.
– Ewuniu, nie daję już sobie rady. Kocham obie nasze córki, ale... Kiedy były młodsze, nie widziałem różnic między nimi, teraz jest inaczej. Sylwia to nasza kopia, po tobie odziedziczyła piękne oczy, dobroć, uśmiech, a po mnie całą resztę – Rafał próbował rozładować napiętą atmosferę. – Przepraszam, to był żart. Ale to prawda, że w Sylwii widzę twoje i moje cechy. Inaczej niż w Natalce. Z każdym rokiem jest mi coraz bardziej obca. Zupełnie nie potrafię sobie dać z tym rady.

Byłam zaskoczona wyznaniem męża. Nie wiedziałam, co robić. Następnego dnia postanowiłam iść do psychologa i porozmawiać na ten temat. Ale rano stała się straszna rzecz. Gdy poszłam obudzić Natalkę do szkoły, w jej pokoju było pusto! Na łóżku leżał list. Nogi się pode mną ugięły. Boże święty, Natalka uciekła z domu – pomyślałam przerażona. Zrozpaczona wpadłam do naszej sypialni i zaczęłam budzić Rafała. Gdy chaotycznie opowiadałam mu, co się stało, wyrwał mi z ręki kopertę. Wyjął list i zaczął głośno czytać: "Kochani rodzice, szczególnie ty, tato. Przepraszam, że przez tyle lat wam przeszkadzałam. Macie przecież swoją córkę... Nie wolno mi być dalej z wami. Nie szukajcie mnie. Dam sobie radę. Zawsze będę Was kochać tak jak i Sylwunię. Natalia."
Rozpłakałam się.
– Rafał, to twoja wina! Co ty najlepszego zrobiłeś naszemu dziecku?! Jesteś potworem! Jeśli Natalce coś się stanie, nie chcę cię więcej widzieć – krzyczałam bezradna.
– Ewa, przestań! Nie czas na płacz. Musimy odnaleźć Natalkę, zanim dojdzie do jakiejś tragedii – powiedział stanowczo głosem. – Odnajdziemy ją, zobaczysz.
A potem zrobię wszystko, żeby nasza córka mi wybaczyła.
Ustaliliśmy, że Rafał zawiadomi policję, a ja porozmawiam z kolegami ze szkoły Natalki i jej przyjaciółką Iwonką. Niestety, nikt nic nie wiedział. Iwonka powiedziała, że Natalka ostatnio powtarzała, że się wyprowadzamy do innego miasta. Wszyscy jej koledzy w to uwierzyli.
W tym całym szaleństwie zapomnieliśmy porozmawiać z Sylwią. Przecież Natalka musiała jej coś wspomnieć!
– Sylwuniu, czy wiesz, gdzie dziś poszła Natalka? – spytałam.
– Wiem, do domu dziecka – odpowiedziała bez zająknięcia. – Mamuniu, a po co ona poszła, skoro tutaj jest jej dom? Czy mnie też oddacie do domu dziecka?
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Dlaczego tyle złego wydarzyło się w naszym domu? Gdzie popełniłam błąd? Byłam załamana i zrozpaczona.
– Kochanie, ty zostań z Sylwią. Ja pojadę po Natalkę – powiedział Rafał.

Zanim zdążyłam zareagować, wyszedł z domu. Kilka najbliższych godzin ciągnęło się w nieskończoność. Wreszcie usłyszałam klucz w zamku. Najpierw wszedł Rafał, a za nim pojawiła się Natalka! Podbiegłam i mocno ją przytuliłam.
– Córeńko, jak mogłaś? Dlaczego nam to zrobiłaś? Tak bardzo z tatą się martwiliśmy – popatrzyłam jej w oczy, a ona zaczęła płakać.
– Myślałam, że już mnie nie chcecie. Bo nie jestem wasza... – łkała Natalka.
Popatrzyłam na Rafała. On też płakał. Szybko otarł łzy i powiedział do mnie:
– Kochanie, na najbliższe trzy dni wziąłem urlop. Przepraszam, że ci nie powiedziałem, ale wpadliśmy na ten pomysł z Natalką w samochodzie i natychmiast zadzwoniłem do szefa – mówił Rafał.
Natalka podeszła i wzięła go za rękę.
– I wiesz co – zwróciła się do mnie – ja też zrobię sobie przerwę w szkole. Czy będziesz miała coś przeciwko, gdy we dwójkę pojedziemy do domku w lesie?
Popatrzyłam na nich zaskoczona?
– Zupełnie sami? Przecież jest marzec, co tam będziecie robić – zapytałam.
Natalka teraz i mnie wzięła za rękę.
– Wiesz, mamusiu, musimy sobie z tatusiem trochę porozmawiać. Na osobności. Wiesz, takie nasze sprawy – powiedziała poważnym głosem.
I wtedy wszyscy razem wybuchnęliśmy śmiechem. Poczułam się jak w dniu, kiedy Natalka po raz pierwszy znalazła się w naszym domu. Byłam szczęśliwa.

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)