Babcia wmawiała dziecku, że jestem porywaczką fot. Adobe Stock, motortion

„Złośliwa staruszka wmawiała dziecku, że jestem porywaczką. Małpa nie wiedziała, że chłopiec opowie to wszystko policji”

„Dokładnie wiedziałam, co o mnie myśli: egoistyczna singielka, co za kobieta, co nie lubi dzieci. Jej niechęć do mnie rosła z dnia na dzień, widziałam ją w rzucanych z ukosa spojrzeniach, wykrzywieniu ust, drobnych gestach. – Jak nie będziesz grzeczny, to ta pani cię zabierze – poinformowała rozrabiającego wnuczka. Kto mówi takie rzeczy dziecku?”.
/ 16.09.2022 13:15
Babcia wmawiała dziecku, że jestem porywaczką fot. Adobe Stock, motortion

Po obowiązkowym truchtaniu po parku i kilku ćwiczeniach rozciągających siadałam na ulubionej ławce, by trochę popracować. Wyjmowałam z plecaka laptop i wszystko grało, póki nie zrobiło się cieplej. Piękna pogoda przyniosła mi kłopoty w postaci babci z wnuczkiem, na oko cztero- lub pięcioletnim smarkaczem.

Kobieta uparła się na moją ławkę

Siadała, nie pytając o pozwolenie. Uroczy chłopczyk biegał wokół, babcia go strofowała, a mnie rosła gula. Po drugim „uważaj, Tymeczku, żebyś się nie przewrócił” wstawałam i odchodziłam, odprowadzana nieżyczliwym wzrokiem babci. Dokładnie wiedziałam, co o mnie myśli: egoistyczna singielka, co to za kobieta, co nie lubi dzieci. Jej niechęć do mnie rosła z dnia na dzień, widziałam ją w rzucanych z ukosa spojrzeniach, wykrzywieniu ust, drobnych gestach.

Nie lubiła mnie, ale z ławki nie rezygnowała. Ja też codziennie na niej siadałam, nie chciałam dać jej łatwego zwycięstwa. Nasze wymuszone spotkania przerodziły się w rodzaj gry „kto kogo przetrzyma”. Zwykle zwyciężała babcia Tymka, ja odchodziłam, żeby w spokoju dokończyć pracę i nie zwariować. Po kilku dniach babcia przeszła do kontrofensywy.

Jak nie będziesz grzeczny, to ta pani cię zabierze – poinformowała rozrabiającego wnuczka.

Chłopczyk zatrzymał się w pędzie, chwilowo zainteresowany nowymi możliwościami, ale ponieważ nic nie powiedziałam, uznał mnie za niegroźną.

– Zabierze, zabierze – podjudzała babcia.

Musiałam jej dać nauczkę

– A zdrowy jest? – zainteresowałam się, wpatrując się intensywnie w dziecko. – Bo tylko takie mają zbyt na wolnym rynku.

Babcia znieruchomiała, ale kiedy dotarł do niej sens wypowiedzi, gwałtownie wstała.

– Co też pani! Nikomu nie wolno ufać, chodź, Tymeczku, znajdziemy sobie inne miejsce. Pamiętaj, żebyś nie podchodził do obcych.

Wygląda taka niewinnie, a pod spodem bagno. Wypłoszyłam ją, pierwszy raz odeszła pokonana, zostawiając mi wolną ławkę. Nie widziałam jej kilka dni, myślałam, że tak ją nastraszyłam, że przestała przychodzić do parku. Nawet poczułam coś na kształt wyrzutów sumienia, ale prędko dałam sobie spokój. Nie moja wina, że nie znała się na żartach. Pewnego dnia truchtałam wolno, robiąc codzienne okrążenie, gdy zobaczyłam w bocznej alejce nieduże zgromadzenie. Dwie kobiety pochylały się nad trzecią, siedzącą na ławce, obok stał chłopczyk. Któżby, jak nie mój znajomy Tymek.

Coś mnie podkusiło, żeby skręcić

Zapomniałam, że babcia Tymeczka równa się kłopoty…

– Ma pani telefon? – zawołała najmłodsza z kobiet na mój widok. – Jak raz nie wzięłam swojego z domu, na pogotowie trzeba zadzwonić, tej pani zrobiło się słabo.

Ależ nie, zaraz mi przejdzie – broniła się babcia. – Posiedzę, pooddycham, słabość minie. Nie będę zawracać głowy lekarzom. Tymeczku, jesteś tu? Pilnuj się mnie, nigdzie nie odchodź.

Nie chciała pomocy, a wyglądała tak, jakby jej potrzebowała. Zbladła, na czoło wystąpiły kropelki potu. Niewiele myśląc, zadzwoniłam na numer alarmowy i powiedziałam, co widzę. Niech decydują, co zrobić z babcią. Karetka wjechała do parku, na jej widok panie, które wcześniej ofiarnie pomagały babci, rozpierzchły się, zatrzymując kilkadziesiąt metrów dalej, by z bezpiecznej odległości obserwować bieg wydarzeń. Ja zostałam, a ze mną Tymek. Pogotowie zabrało babcię, polecając chłopczykowi zostać z mamą, czyli ze mną.

– To nie jest moja mama – zaprotestowało bliskie płaczu dziecko.

Ratowniczka nie miała głowy do ustalania pokrewieństwa, tym bardziej że odezwała się słabym głosem babcia.

– Zaopiekuje się pani Tymkiem – nie prosiła, rozkazywała.

Podała szybko adres, którego nie zapamiętałam dokładnie, i numer telefonu, z którym lepiej mi poszło, umknęły mi tylko dwie ostatnie cyfry. Natychmiast go zapisałam i jak tylko karetka zniknęła z pola widzenia, zaczęłam obdzwaniać prawdopodobne numery. Kilka pomyłek skutecznie zniechęciło mnie do poszukiwań na własną rękę, tym bardziej że Tymek coraz głośniej protestował i bardzo się wyrywał.

Zostaw mnie, nigdzie z tobą nie pójdę – aż przykucnął, żeby mocniej wyrazić sprzeciw.

Zupełnie nie mam doświadczenia z dziećmi

Przestraszyłam się, że mi zwieje, więc przystroiłam twarz w uśmiech i zaćwierkałam słodko.

– Nic ci nie zrobię, nie bój się. Lubisz chrupki? Niedaleko jest sklep, kupię ci.

Na twarzy dziecka odmalowała się groza i już wiedziałam, że skopałam sprawę. Wypuściłam tekst godny zawodowej porywaczki. Nie tak pozyskuje się zaufanie bąbelków, musiałam się poprawić. Ze zdenerwowania odezwałam się normalnie, apelując do rozsądku Tymka.

– Słyszałeś, co powiedziała babcia? Mam się tobą zaopiekować.

– Nie – odmówił Tymek.

– Rozejrzyj się, jesteś w parku. Jeśli odejdę, zostaniesz sam. Chcesz tego?

– Nie – powtórzył znacznie mniej pewnie.

– No to wracamy do domu. Musisz podać dokładny adres, bo zapamiętałam tylko nazwę ulicy, a o ile wiem, jest ona dość długa.

Tymek milczał, kopiąc nogą dziurę w żwirze alejki. W końcu wyznał, że nie wie, nic nie wie. Pić mu się chce i siusiu, a potem zaczął płakać. Nie miałam czasu dziwić się, czemu taki duży chłopiec nie zna swojego adresu, musiałam improwizować. W sumie, mieszkałam niedaleko, więc czemu nie? Zaprowadziłam Tymka do siebie. Kiedy oboje napiliśmy się i trochę ochłonęliśmy, zrozumiałam, że właśnie przetrzymuję cudze dziecko. Odpędziłam tę myśl, ale postanowiłam jak najszybciej przekazać Tymka w godniejsze ręce. Znowu zadzwoniłam na numer alarmowy, bo nic innego nie przyszło mi do głowy. Wpadłam jak śliwka w kompot, musiałam złożyć wiele wyjaśnień, a w miarę tłumaczenia rósł mur podejrzliwości.

Skąd wzięłam Tymka?

Czy jestem z nim spokrewniona? Nie? To dlaczego zaprowadziłam go do siebie, nie zawiadamiając opiekunów ani odpowiednich organów? Wszystkie te pytania zadała policjantka, która przyjechała po Tymka, żeby zabrać go do policyjnej izby dziecka, gdzie miał oczekiwać na rodziców. Na nieszczęście maglowała mnie przy Tymoteuszu, który pokrzepiony oranżadą i chrupkami niespodziewanie nabrał animuszu.

Ona zabiera dzieci. Pytała babci, czy jestem zdrowy, bo tylko takie można sprzedać – poinformował organa ścigania. – Babcia mówiła, żeby do niej nie podchodzić, ja nie chciałem z nią iść, ale musiałem.

Ostatnie zdanie wygłosił z dumą, jakby popełnił bohaterski czyn. Zadał się z porywaczką i przeżył! Zrobiło mi się gorąco. Pod spojrzeniem policjantki prawie się roztopiłam.

– Ja nie miałam nic złego na myśli – zaczęłam się jąkać. – To były żarty, rywalizowałyśmy o ławkę i tak wyszło.

Brwi policjantki podjechały w górę. Różne już tłumaczenia słyszała, ale nigdy aż tak nieprawdopodobnego.

– Głupio wyszło, to nieporozumienie – zaczęłam z innej beczki.

O tym później porozmawiamy, teraz najważniejsze jest dziecko. Kolega panią spisze – ucięła policjantka.

Chwilę później rozegrał się dramat, bo Tymoteusz kategorycznie odmówił opuszczenia mojego mieszkania. Jego krzyk rozdarł mi najpierw uszy, potem serce. Chciałam go przytulić, ale on pierwszy dopadł moich nóg, wczepiając się w nie z całych sił. O mało się nie popłakałam, widząc, jego przerażenie i determinację.

– Kochanie, nie zostawię cię, nie bój się – szeptałam. – Pojadę z tobą.

To nie będzie możliwe – rzuciła oschle policjantka.

– Ale on tego chce – krzyknęłam zdesperowana. – Tylko mnie zna!

Słowa „syndrom sztokholmski” wisiały w powietrzu. Dziecko uzależniło się emocjonalnie od porywaczki, to jest ode mnie, upatrując w niej źródła bezpieczeństwa. Znów zaczęłam wyjaśniać, pogrążając się, o ile to możliwe, jeszcze bardziej. Tymek odjechał do izby dziecka, a ja ruszyłam za nim. Czekałam na ulicy, mając nadzieję, że widzi mnie przez okno, chodziłam w tę i z powrotem, na bank obserwowana również przez funkcjonariuszy. Nie robiłam dobrego wrażenia, to pewne, ale nie zależało mi, chciałam, żeby Tymek czuł się bezpiecznie. Jeśli miał to sprawić mój widok, byłam gotowa tkwić na ulicy całą dobę. Nie było takiej potrzeby, policja sprawniej niż ja namierzyła rodziców Tymka i już po dwóch godzinach zobaczyłam moją zgubę wychodzącą na ulicę w towarzystwie mamy i taty.

– To ona, porywaczka – ucieszył się na mój widok Tymoteusz, a mnie ulżyło jak nigdy w życiu.

Teraz się kumplujemy, babcia czuje się całkiem dobrze i znów odwiedza park. Zawsze siadamy na naszej ławce.

Czytaj także:
„Gdy zmarł teść, teściowa się zmieniła. Obsesyjnie interesowała się naszym życiem, nieproszona cerowała moje majtki”
„Czułam, że to dziecko musi żyć. Próbowałam odwieść Kasię od usunięcia ciąży i miałam rację. To dziecko uratowało jej życie”
„Adrian miesiącami mnie dręczył i prześladował. Policja mnie zbyła. Zainteresują się dopiero, gdy zrobi mi krzywdę”