Morderca fot. Adobe Stock, Mihail

„Zamordował żonę i kłamał. Przyznał się dopiero, gdy zmarła małżonka zaczęła mu wysyłać listy z zaświatów...”

„Pozbył się o 20 lat starszej, bogatej żony, bo chciała się z nim rozwieść. Potem świetnie się bawił z kochanką. Wszyscy go podejrzewali, ale miał dobre alibi. Pękł dopiero, gdy zaczął dostawać listy od swojej zmarłej żony...”
/ 10.09.2021 14:30
Morderca fot. Adobe Stock, Mihail

Kiedy byłem małym chłopcem, marzyłem o tym, żeby zostać największym złodziejem, fałszerzem lub kanciarzem. Chciałem być sławny niczym Arsen Lupin czy Fantomas. W mojej głowie hulał król złodziei. Zapewne owo marzenie wzięło się stąd, że byłem namiętnym czytelnikiem zachodnich powieści kryminalno-przygodowych, w których rabusie dzielili się łupem z biednymi – albo z potrzeby serca, albo ze zwykłego kaprysu. Pamiętam, że wraz z przyjacielem Stasiem byliśmy fascynatami tego gatunku literatury.

Właśnie wtedy utwierdziłem się w decyzji, że kiedy dorosnę, to zostanę Wielkim Włamywaczem

Na Stasia kryminały wpływały inaczej – on pragnął być gwiazdorem, chciał odgrywać bohaterów-przestępców i dzięki temu zostać królem kina. Życie zweryfikowało plany, dlatego też skończyłem studia lingwistyczne. Konkretnie zacząłem specjalizować się w lingwistyce porównawczej.

Mówiąc po naszemu, zająłem się zawodowo porównywaniem systemów językowych oraz badaniem historii ich rozwoju. Na pierwszy rzut oka niewiele ma to wspólnego z dawną pasją „złodziejską”, ale z pasją detektywistyczną już więcej. Moja praca polega bowiem na wyszukiwaniu w gramatycznych dziejach języka zatartych przez czas tropów, których efektem było choćby przyswojenie sobie przez określoną grupę społeczną danego słowa czy zwrotów.

– Lingwistyka porównawcza? Brzmi trochę dziwnie. I bardzo ambitnie – pewnego dnia usłyszałem od Stasia, podwórkowego przyjaciela, który, choć zawsze marzył o tym, żeby zostać sławnym aktorem, ostatecznie poszedł do szkoły policyjnej w Szczytnie; jak to się czasem dziwnie w życiu plecie, prawda?

Jakiś czas później Staś został oficerem i rozpoczął pracę w wydziale kryminalnym jednej z komend dzielnicowych Wrocławia, a ja zająłem się badaniami językoznawczymi i publikowaniem artykułów w prasie fachowej. Równolegle z pracą zawodową zacząłem specjalizować się w grafologii. Ze Stasiem często spotykaliśmy się na gruncie towarzyskim, zwłaszcza od kiedy się pożeniliśmy, a nasze żony się ze sobą zaprzyjaźniły. Ale pewnego dnia przyjaciel z dzieciństwa zadzwonił do mnie w typowo zawodowej sprawie.

– Czytałem kilka twoich artykułów z grafologii – powiedział. – W jednym napisałeś, że nie jest możliwe idealne podrobienie przez laika cudzego pisma. Na koniec zaś dopisałeś, że gdybyś ty jako specjalista przyłożył się do roboty, to mógłbyś ubiegać się o laur pierwszeństwa między fałszerzami, na przykład cudzych listów. To prawda?
– Owszem. Ale, uwierz mi, wymaga to dużego nakładu pracy i wysiłku.
– Jesteś moim przyjacielem? – nieoczekiwanie wypalił Staś.
– Jak jeszcze raz zadasz takie idiotyczne pytanie, to się rozzłoszczę.
– W takim razie nie odmówisz mi pomocy, która będzie kosztowała cię dużo nakładu pracy i wysiłku – odparł.

Drań mnie podszedł i nie miałem możliwości, żeby się wycofać. Umówiliśmy się na dzień następny. Miał wpaść do mnie i bliżej przedstawić swoją prośbę.

I dla mnie, i dla Stasia wina małżonka była wręcz oczywista

– Na początek… – Staś zaczął z miną niewiniątka, ledwo tylko przekroczył próg mojego mieszkania – powiedz, czy rzeczywiście jest możliwe podrobienie czyjegoś stylu pisania, ale tak wiesz, na 99,999 procent…

Wiedziałem, co Staś ma na myśli z tym „99,999 procent”. Każdy z nas, choć nie zawsze zdaje sobie z tego sprawę, pisze w sposób tak bardzo indywidualny, że język pisany, którym się posługuje, ma tyle niepowtarzalnych cech charakterystycznych co odcisk palca. Prócz tego każdy – choćby ze względu na swoje wykształcenie, zasób słownictwa, specjalizację zawodową, region Polski, z którego pochodzi czy też nawet przebyte choroby – ma niepowtarzalny styl pisania. Wymieniłem tylko część z elementów, które mają wpływ na to, że indywidualny język człowieka jest jedyny w swoim rodzaju.

Jeśli do tego dodamy uwarunkowania psychologiczne piszącego czy też najzwyklejszą interpunkcję, to dla dobrego fachowca odnalezienie autora listu może być w miarę szybkie i proste. Oczywiście stanie się tak po kilkunastu, a niekiedy i kilkudziesięciu godzinach ślęczenia nad stylem pisania i powtarzającymi się graficznymi zakrętasami, zawijasami i innymi cechami charakterystycznymi badanego pisma.

– Wiedziałem, że dobrze trafiłem! – stwierdził uradowany przyjaciel i odsunął od siebie miseczkę po orzeszkach, które chrupał przez cały czas mojego wywodu. – Dlatego to właśnie ty, stary, musisz mi pomóc.

Nie cierpię słowa „musisz”, jednak po wysłuchaniu opowieści Stasia niespodziewanie przyszła mi ochota, żeby spełnić dziecięce marzenia i wreszcie zabawić się w fałszerza i kanciarza. Zacząłem słuchać z uwagą opowieści przyjaciela.

– Rok temu dostaliśmy powiadomienie o zbrodni. We własnym domu została zamordowana sześćdziesięciodwuletnia, bardzo zamożna kobieta. Znaleźliśmy ją martwą z nożem w piersi.
– Na pewno na jego rękojeści nie znaleziono odcisków palców – rzuciłem.
– Skąd wiesz? – spytał Staś.
– Bo mielibyście już winnego, a nie wozilibyście się ze sprawą ponad rok, jak wcześniej wspomniałeś – wykrzywiłem się.
– Fakt, masz rację – roześmiał się. – Tak więc na narzędziu zbrodni nie znaleźliśmy żadnych śladów. Poza tym sypialnia pani domu została dokładnie wysprzątana, jakby morderca wytarł wszystkie miejsca, gdzie mógł zostawić odciski.
– Morderca pedant – zakpiłem. – Gość, który lubi czystą robotę.

Oczywiście sprawdziliśmy alibi wszystkich domowników. Mąż denatki był w tym czasie na konferencji naukowej poświęconej zagadnieniom astronomicznym. A jeśli jesteśmy już przy tym małżeństwie… Facet był od żony o dwadzieścia lat młodszy i wszedł do związku bez najmniejszych walorów finansowych. Jak wynika z zeznań gosposi, ostatnio między małżonkami dochodziło do licznych scysji. Kobieta groziła rozwodem i wyrzuceniem męża za drzwi z jedną walizką, z którą podobno się do niej sprowadził.

– Ale facet ma alibi?
– Wszystko na to wskazuje. Rzecz w tym, że większość uczestników konferencji twierdzi, że widziała go na prelekcji, chociaż nikt nie chce dać za to głowy. Ale owe opinie w połączeniu z samochodem, który mu się popsuł, dają niepodważalne alibi. Oto bowiem po przyjeździe jacyś wandale przedziurawili mu opony w czterech kołach.
– Ale facet mógł wymknąć się z konferencji, złapać podwózkę, zjawić się we własnym domu, zabić żonę i wrócić na wykład jakby nigdy nic – stwierdziłem.

Staś pokiwał głową.

– Ja też na to wpadłem, nie mogę jednak znaleźć dowodu, że tak było.
– Więc stoicie na rozstaju dróg, na którym nie ma żadnego drogowskazu, a wy nie macie zielonego pojęcia, gdzie należy skierować kroki.
– Coś jakby, ale wydaje mi się, że odkryłem klucz do tego, żeby gość wyjawił nam skrywaną prawdę. Wyobraź sobie, że nasz podejrzany wierzy w, jak ja to nazywam, czary-mary. Chodzi do wróżki i stale zasięga rady kart Tarota. Podobno od dawna ostrzegał też żonę, że grozi jej niebezpieczeństwo, które wróżka wyczytała ze szklanej kuli. Już wiesz, czemu potrzebne są mi twoje lingwistyczne umiejętności zawodowe?
– Nie bardzo.
– To proste, nasz podejrzany wierzy w magię i te wszystkie zaświatowe gusła. Jeśli zatem zaczniemy wysyłać mu listy, które będą wyglądały tak, jakby do niego pisała z zaświatów zamordowana żona, to się przestraszy.
– Myślisz, ze złapiesz na to mordercę?
– Muszę spróbować wszystkiego. No jak, zgadzasz się? – Staś położył przede mną spory stos listów pisanych ręką ofiary. – To korespondencja z okresu ich narzeczeństwa.

Miesiąc później wysłałem pierwszy list

Wzorując się na dawnych zaklęciach i miłosnej stylistyce zmarłej kobiety, przypominałem (a raczej przypominałam) w nim ukochanemu swoją gorącą miłość, prosząc o znak, że on również mocno mnie kocha. Potem były kolejne listy pełne gorących wyznań oraz pytań o to, dlaczego mój Romeo chce o mnie zapomnieć, i czemu nie mówi mi już tych pięknych, czułych słów miłości…

– Spisałeś się na medal – dwa miesiące później Staś krzyknął uradowany do słuchawki. – Po dziewiątym liście gość pękł, przyszedł do komendy i przyznał się do popełnienia zbrodni. Wyobraź sobie, że z konferencji zabrała go samochodem kochanka. Zawiozła do willi, tam drań zabił żonę, a potem panna odwiozła go z powrotem na konferencję. Nikt nie zauważył jego półgodzinnej nieobecności. Strasznie dziękuję ci za pomoc, stary! Bez ciebie drań dalej byłby bezkarny.

– Nic takiego nie zrobiłem – bąknąłem.

Chciałem jeszcze powiedzieć, że nie napisałem dziewięciu listów, lecz zaledwie cztery, ale Staś już się rozłączył.

Czytaj także:
Jestem po 40-tce, ale to nie powstrzymało zwyrodnialca. Dorzucił mi pigułkę gwałtu i wykorzystał
Wyścig szczurów mnie wykańczał. Porzuciłam karierę w prokuraturze, bo ile można być jeleniem?
Krzyżyk nałożony przy Komunii chronił mnie przed złem. Gdy go zdjęłam, opętał mnie demon