kobieta, która obawiała się demonów fot. Adobe Stock, Voyagerix

„Krzyżyk nałożony przy Komunii chronił mnie przed złem. Gdy go zdjęłam, straciłam ochronę i ledwo uszłam z życiem”

„Jadźka i ja w białych komunijnych sukienkach, niebotycznie przejęte ważnością chwili, założyłyśmy nasze krzyżyki i obiecałyśmy sobie, że ich nigdy nie zdejmiemy. Gdy tylko o tym pomyślałam, coś mną szarpnęło, wyleciałam w górę i opadłam, uderzając głową o ścianę.”
/ 08.09.2021 12:30
kobieta, która obawiała się demonów fot. Adobe Stock, Voyagerix

– W pokoju ktoś był, jestem o tym przekonana. Nie widziałam go, ale… – ściszyłam głos i przysunęłam się do Jadźki, jakby ktokolwiek mógł nas podsłuchać.

Podwórko było puste, na ławce siedziałyśmy tylko ona i ja.

– Słyszałaś jego oddech? – Jadźka zrobiła wielkie oczy, w ciemnościach błysnęły białka.

Tylko tyle pozostało z urody dziewczyny, za którą kiedyś uganiali się wszyscy chłopcy ze Słowiczej, Jadźka nie miała jeszcze 35 lat, a wyglądała na wiele więcej, niedostatek i kłopoty nie są kuracja upiększającą.

– Głupia jesteś, niczego nie słyszałam – zdenerwowałam się. – Czułam TO, rozumiesz? Całą skórą. Nawet włoski na ręku stanęły dęba, moje ciało zareagowało niezależnie od umysłu.
– I co zrobiłaś? – spytała Jadźka bez tchu. Wzruszyłam ramionami.
– Wzięłam tabletkę nasenną i położyłam się, te nowe lepiej działają, od razu się wyłączyłam.

Jadźka spojrzała na mnie zazdrośnie, ona też by tak chciała. Rozumiałam ją

Na Słowiczej nie został nikt, kto byłby szczęśliwy i zadowolony, w małych kwaterunkowych mieszkankach kryli się rozbitkowie życiowi, ludzie zbyt słabi, by o siebie zawalczyć. Nie zaliczałam się do nich, trafiłam tu na chwilę, w każdym razie tak chciałam o sobie myśleć. Prawda była taka, że po wieloletnim nieudanym związku osiadłam na mieliźnie, potłuczona i z poranioną duszą. Wróciłam do kwaterunkowego lokalu po rodzicach, bo krążyły słuchy, że dom ma zostać wyburzony, a lokatorzy dostaną nowe przydziały na mieszkania. Plan był dobry, ale nie wzięłam pod uwagę, że zamieszkanie na starych śmieciach oznacza powrót do dawnej skóry, którą z wielkim trudem odrzuciłam jak niepotrzebną wylinkę.

Nie cierpiałam jej, każdy kto wychował się na Słowiczej, wiedział, o czym mówię. Ucieczka stąd była priorytetem, marzeniem, które nie wszystkim udało się zrealizować. Ławeczka, na której przysiadłyśmy, stała od niepamiętnych czasów pod trzepakiem, jedyną ozdobą małego podwórka. Miała czasy świetności, była centrum towarzyskim, okupowali ją starzy i młodzi, jedni do południa, drudzy wieczorem. Podpite krzyki i śpiewy niosły się w wieczornej ciszy, zaświadczając, że na Słowiczej toczy się życie. Teraz dom stał cichy, oniemiały, pozbawiony czujnych oczu i uszu monitorujących zza firanek to, co działo się na podwórku. Ludzie nadal tu mieszkali, ale życie z nich uszło. Słowicza czekała na nieuchronny koniec, który zbliżał się, zalegając wokół, jak gęsta mgła.

– Duszę się tu – powiedziałam cicho.

Nie mogłam sobie ufać, nie byłam panią własnych czynów Obie jednocześnie zrobiłyśmy ten sam gest, dotknęłyśmy szyi. Palce Jadźki trafiły na krzyżyk, moje zacisnęły się bezradnie w pustce. Zdjęłam swój rano, odkrywszy na szyi czerwony, głęboki ślad po łańcuszku, skóra nie była przecięta, ale mało brakowało. W ciemnościach Jadźka niczego nie zauważyła, objechałaby mnie za zdjęcie komunijnej pamiątki, traktowała swój krzyżyk jak talizman i często chodziła do kościoła.

Nie byłam tak gorliwa w wierze jak ona, łańcuszek z krzyżykiem wiele dla mnie znaczył, bez niego czułam się niekompletna, traktowałam go jak ochronę od wszelkiego zła, ale po dzisiejszej nocy musiałam się go pozbyć. Otumaniona tabletką spałam głęboko, nie czułam, że szarpię łańcuszek, robiąc sobie krzywdę. Nie mogłam już sobie ufać, przechodziłam kryzys, nie byłam panią własnych czynów.

W takim otoczeniu nigdy nie dojdę ze sobą do ładu, pomyślałam z rozpaczą, wbijając wzrok w ścianę bloku. Dom był brzydkim, otynkowanym na szaro potworkiem, kryjącym pod maską burego wapna szlachetną czerwoną przedwojenną cegłę. Przezierała przez płaty odpadającego tynku, ujawniając swoją obecność jak niechciane wspomnienie. Miałam ich sporo, jak większość dzieci wychowanych w naszym domu, gdzie ojcowie zagłuszali tanią wódką ból istnienia i wieczny brak pieniędzy. Mało komu się przelewało, mało kto miał dobrą posadę i widoki na przyszłość, mieszkaliśmy na kupie w jednoizbowych klitkach, ściśnięci, pozbawieni prywatności, co rodziło agresję, wrzaski i krzyki były na porządku dziennym, nikt się im nie dziwił. Teraz Słowicza milczała, otulał ją wszechobecny smutek, wisiał w powietrzu, odbierając chęć do życia.

Czytałam o takim zjawisku, wytwarzała je zbiorowość, jej myśli, uczucia i przeżycia

Na Słowiczej mieszkali smutni ludzie, samotne kobiety i nienawidzące się stare małżeństwa, które trwały razem, bo inaczej nie potrafiły. Młodych prawie nie było, na Słowiczą rzadko kto wracał. Wyjątkiem była Jadźka, no i ja. Ona nigdy stąd nie odeszła, mnie Słowicza przywołała z powrotem, burząc marzenia i śmiejąc mi się w twarz. Siadywałyśmy wieczorami na ławeczce, wpatrując się na zmianę w odpadające płaty tynku i rozgwieżdżone niebo.

– Jeszcze niedawno myślałam, że dosięgnę gwiazd, ale to było w poprzednim życiu – wskazałam na granatowy firmament.
– Tak działa Słowicza, ściąga w dół – przytaknęła Jadźka – deprecha czyha za progiem. Ostatnio Kozłowska nie wytrzymała, próbowała przenieść się na tamten świat, na szczęście odratowali ją.
– Miałaby farta, gdyby udało jej się stąd uciec, obojętnie w jaki sposób – sprostowałam, kopiąc kamień.
Nie mów tak, samobójstwo jest grzechem – zgorszyła się Jadźka, dotykając krzyżyka na łańcuszku.

– Na Słowiczej i tak za dużo się dzieje – dodała szeptem. – Chciałam porozmawiać o tym z księdzem, ale nie miał czasu mnie wysłuchać, będę musiała iść do niego jeszcze raz. Dom trzeba wyświęcić, może egzorcyzmować. Tu coś krąży, przysysa się do ludzi, namawia do złego, czułaś jego obecność, więc wiesz, o czym mówię.

Zabawne, jak ludzie się nie zmieniają. Jadźka lubiła straszne historie i kochała być w centrum zainteresowania, właśnie przywłaszczyła sobie moją opowieść, wzbogacając ją o kilka elementów. Uwielbiała fantazjować, nic dziwnego, że ksiądz jej nie uwierzył i wymówił się od interwencji.

– Kozłowska mówiła to samo co ty, a potem próbowała się zabić – ciągnęła.

Zainteresowałam się. Z Jadźką nigdy nie było wiadomo, kiedy zmyśla, a kiedy mówi prawdę.

– Co konkretnie mówiła?
Czuła obecność obcego, podobno ją dotykał, chyba nie tylko, bo widziałam na jej twarzy siniaki.
– Nic nowego, Kozłowski zawsze miał ciężką rękę – wzruszyłam ramionami.
– Ale ona harda była i potrafiła mu oddać, a tym razem wyglądała na załamaną i przestraszoną. Mówiła też o sile nieczystej, ale ksiądz powiedział, że nie należy tego powtarzać, żeby nie przywołać złego – Jadźka nagle zrezygnowała.
– Ale ja wiem, że demony potrafią przyczepić się do człowieka, zło jest wszędzie. Babcia mówiła, że karmią się smutkiem, mają łatwiejszy dostęp do człowieka, który stracił nadzieję. A kiedy go posiądą…

Babcia Jadźki twierdziła, że demon próbował ją dorwać

Jadźka znowu zrobiła wielkie oczy. Wyglądała zarazem jak ofiara manii religijnej i ględzenia własnej babci. Pamiętałam ją, też miała niezłą wyobraźnię, na starość sfiksowała, twierdząc, że demon próbował ją dorwać i zabrać na tamtą stronę, odegnała go modlitwą, ale zdążył ją naznaczyć. Na dowód pokazywała zadrapania układające się w wizerunek okrągłej pajęczej sieci, były głębokie i ciągle świeże, mimo upływu dni. Prawdopodobnie sama się okaleczała, ale za rękę nikt jej nie złapał.

Sąsiedzi śmiali się z niej bezdusznie, była lokalną atrakcją, dopóki nie przyćmiła jej nagła śmierć młodego Janiaka. Znaleziono go na klatce schodowej, umarł pod własnymi drzwiami, wracając do domu, przyczyny zgonu nie wyjaśniono, ale ludzie nie dziwili się i nie pytali. Nikt niczego nie widział i nie słyszał. Na Słowiczej różne rzeczy się zdarzały, nie należało wtykać nosa w nie swoje sprawy.

– Ofiara demona traci rozum, a potem duszę, sama szuka śmierci, bo nie może bez niej żyć – ciągnęła Jadźka dramatycznym głosem.

Była w swoim żywiole, nie zamierzałam tego słuchać.

– Daj spokój, jeszcze mi się przyśni – wstałam gwałtownie z ławki. – Idę do domu, już późno.

Jadźka podreptała za mną bez słowa sprzeciwu, obracając krzyżyk w palcach. Mój leżał na starej komodzie, chciałam go założyć, ale przypomniałam sobie, że pora spać i zrezygnowałam, nie mogłam ryzykować, że w nocy uduszę się łańcuszkiem. Nie rozumiałam do końca, co się ze mną dzieje, ale zakładałam, że samo przejdzie. Po prostu miałam doła, przejściowe kłopoty, które kiedyś się skończą.

Mgła nie może zalegać zawsze, w końcu zaświeci słońce. Położyłam się i zamknęłam oczy, rezygnując z tabletki. Może dziś uda mi się zasnąć bez wspomagania? Myśli tylko czekały, uwolnione zawirowały dookoła, przepychając się natrętnie jedna przez drugą. „Jesteś nic nie warta”, mówiły głosem Tomka, „nudna”, „beznadziejna”, „każdy jest lepszy od ciebie”, „nie potrafisz wziąć się w garść”, „nas już nie ma, nie rób sobie nadziei”.

– Błagam, niech to się skończy – jęknęłam udręczona, łapiąc się za głowę – Niech coś się stanie!

Zwinęłam się w kłębek, na nowo przeżywając rozstanie z Tomkiem i wtedy poczułam, że coś pełznie po mojej nodze, wyżej i wyżej. Zamarłam. Rany boskie, to się dzieje naprawdę! Nikogo oprócz mnie nie było w pokoju, leżałam w łóżku przykryta kołdrą po czubek nosa, nic takiego nie miało prawa się wydarzyć. Zimne macki strachu oblepiły mnie i unieruchomiły, stałam się kawałkiem żyjącego lodu, cisza dzwoniła w uszach, słyszałam tylko łomot własnego serca.

Ktoś mnie dotykał, łamał intymność, przekraczał wszystkie bariery

Nagle moje ciało ożyło, wygięło się w łuk, byłem pewna, że uniosłam się w powietrze, kołdra opadła na łóżko, jakby coś zerwało ją ze mnie jednym szarpnięciem. Teraz czułam dotyk wszędzie, rozlewał się jak lawa, parzył, bolał. Nie byłam w stanie rozsądnie myśleć, ale przyszła mi do głowy babcia Jadźki. Mówiła, że odegnała demona modlitwą. Próbowałam odnaleźć znane od dzieciństwa słowa, poskładać je w całość, ale zamiast nich wróciły obrazy. Jadźka i ja w białych komunijnych sukienkach, niebotycznie przejęte ważnością chwili, założyłyśmy nasze krzyżyki i obiecałyśmy sobie, że ich nigdy nie zdejmiemy. Gdy tylko o tym pomyślałam, coś mną szarpnęło, wyleciałam w górę i opadłam, uderzając głową o ścianę. Zamroczyło mnie, ale jak tylko trochę oprzytomniałam, zwlokłam się z łóżka, doczołgałam do komody, zgarnęłam krzyżyk i zataczając się, pobiegłam do Jadźki.

Długo stukałam, zanim mi otworzyła, na Słowiczej nikt, kogo chciałoby się widzieć, nie składał wizyt nocą. Wtoczyłam się do przedpokoju i oparłam o ścianę. Nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Jadźka na mój widok dziwnie zareagowała, złapała leżący na szafce z butami pogrzebacz i szybko zaryglowała drzwi.

– Kto cię napadł, widziałaś ich? – spytała rzeczowo. – Zrobili ci krzywdę?

Spojrzałam na nią mętnym wzrokiem, nie rozumiejąc, co mówi. Odwróciła mnie twarzą do lustra, w tafli zobaczyłam bladą kobietę w podartej, zalanej krwią nocnej koszuli. Jadźka obejrzała mnie i znalazła ranę na obojczyku. Przemyła ją wodą i sapnęła z wrażenia, ja też spojrzałam i zamarłam. Zadrapania były głębokie, układały się w znajomy wzór pajęczej sieci.

– Ja tego nie zrobiłam, nie wiem, skąd się wzięło – szepnęłam bezradnie. Jadźka pokiwała głową i dotknęła swojego krzyżyka.
– Cokolwiek to jest, wróciło – powiedziała. – Albo zawsze tu było, ono karmi się strachem i smutkiem, a tego na Słowiczej jest pod dostatkiem. Ludzie je przyzywają, nie zdając sobie z tego sprawy.
– Kogo? – spytałam słabo.
– Demony – odparła krótko Jadźka, wyciągając koce i dres. – One istnieją, babcia miała rację. Przebierz się, idziemy na ławkę, spędzimy tam noc, nie zostanę w domu ani chwili dłużej, myślę, że on tu jest, krąży i wypatruje ofiary. Prawdopodobnie nie byłaś pierwsza, ludzie nie opowiadają o swoich przeżyciach, boją się, że zostaną uznani za nienormalnych, jak babcia. Kto wie, co dzieje się na Słowiczej za zamkniętymi drzwiami.

Usiadłyśmy na ławce przed domem i oparłyśmy się o siebie. Dotknęłam plastra, którym Jadźka zalepiła znak, jaki powstał na moim ciele. Nie bolało, ale to niczego nie zmieniało, zostałam naznaczona, podobnie jak babcia Jadźki. Zastanawiałam się, ilu jeszcze mieszkańców Słowiczej nosi podobne piętno.

– Nie możemy tu zostać. Jutro przeprowadzisz się do mnie, to jest do Tomka – powiedziałam. – Zdziwi się, że wróciłam, w dodatku z koleżanką, ale nie będzie miał nic do gadania. Niechętnie do niego wracam, gdybym widziała inne wyjście, skorzystałabym.
– Jedź i przygotuj grunt, ja dotrę później. Muszę złapać księdza i przekonać go, że Słowicza potrzebuje egzorcyzmów. Sami nie poradzimy sobie ze złem, potrzebujemy ochrony. Ten dom trzeba zburzyć, jest wylęgarnią siły nieczystej.
– Budynek nie jest winien, to tylko mury. Pajęczą sieć tworzą ludzie – powiedziałam w natchnieniu, dotykając plastra. – Sporo zła nagromadziło się na Słowiczej, choćby śmierć młodego Janiaka. Zdrowy chłopak padł pod własnymi drzwiami i nikt nawet słowem się nie zająknął. Na Słowiczej panowała zmowa milczenia, można było bezkarnie sprzątnąć niewygodną osobę, bić dzieci, żonę, wszystko za zamkniętymi drzwiami. Nikt się nie poskarżył, nikt nie stanął w obronie katowanego. Obie wiemy, co tu się działo, pajęczyna rosła a wraz z nią siły ciemności. One naprawdę istnieją i są bardzo mocne, trudno się ich pozbyć.
– Wiem, babcia mówiła to samo – powiedziała spokojnie Jadźka i dotknęła krzyżyka.

Znalazłam ją bez trudu, leżała na podłodze wygięta w łuk

Przesiedziałyśmy na ławce całą noc, rozmawiając o tym, co było. Jadźka chętnie wracała do wspomnień, o przyszłości nie chciała mówić. Rano poszła ze mną na górę, pomogła mi się spakować i znieść walizkę na dół. Zostawiłam jej adres Tomka, trochę pieniędzy na taksówkę, prosiłam też, żeby jak najszybciej opuściła Słowiczą. Obiecała się pośpieszyć, wyszłam, nie wiedząc, że ostatni raz widzę ją żywą. Zaniepokoiłam się, kiedy Jadźka się nie pojawiła. Nie odbierała telefonu, więc zmusiłam Tomka, żeby towarzyszył mi jako ochrona na Słowiczą, sprzedałam mu bajkę o włamaniu czy też napadzie i zrobiłam to tak sugestywnie, że się przejął.

Nie tylko podrzucił mnie na Słowiczą, ale nawet wszedł do domu. Drzwi mieszkania Jadźki były zamknięte tylko na klamkę, według dawnego, zapomnianego obyczaju. Kiedyś tak się żyło, na Słowiczej było niebezpiecznie, ale swojaki mogli być spokojni, no chyba że się komuś narazili, jak młody Janiak. Jadźka nie mieszkałaby za drzwiami otwartymi na przestrzał, trzymała pogrzebacz do obrony, nie czuła się bezpiecznie. Wiedziałam, że coś się stało.

Znalazłam ją bez trudu, leżała na podłodze, koło kanapy, dziwnie wygięta w łuk. Lekarz powiedział, że był to przedśmiertny paroksyzm mięśni, ale nie wiedział tego co ja. Na ręku Jadźki pojawił się znak, podobny do piętna, które nosiłam, ona też została naznaczona, tylko miała mniej szczęścia niż ja, nie ocaliła życia. Sekcja wykazała, że najadła się moich tabletek na sen, które w zamieszaniu zwinęła, gdy pomagała mi się pakować. Zrobiła to, bo była zadłużona po uszy, od miesięcy nie płaciła czynszu, zalegała na dużą kwotę. Znalazłam ponaglenie, sprawa była poważna, chroniczny brak pieniędzy może wykończyć każdego, ale czy był to wystarczający powód, by targnąć się na życie?

Może uwierzyłabym, gdybym nie doświadczyła ataku demona, no i były znaki na ciele moim i Jadźki. Pajęczyny były identyczne, niczym się nie różniły, moja znikła po kilku godzinach, a jej… Nie wiem, nie poszłam na oględziny zwłok, nie należę do rodziny, a nawet gdyby tak było, nie zdecydowałabym się. Chcę się trzymać z daleka od tej sprawy. Myślę, że nagła śmierć Jadźki była dla mnie wybawieniem, to ja zostałam wytypowana na ofiarę, ale demoniczna siła nasyciła się jej cierpieniem i odeszła. Cokolwiek to było, chwilowo nie jest głodne. Czy wróciło na Słowiczą? Nie wiem, tam zawsze panowała zmowa milczenia, tym razem też nikt nic nie powie, demon może bez przeszkód tkać swoją pajęczynę.

Pomyślałam, że mu w tym przeszkodzę, zrobię to, czego nie zdążyła Jadźka. Znalazłam adres mailowy parafii i księdza, z którym rozmawiała, napisałam list, potwierdzając to, co mówiła o siłach demonicznych, które atakują mieszkańców Słowiczej i poprosiłam o pomoc. Jadźka byłaby zadowolona, że jej życzenie zostanie spełnione, sama dopilnuję, żeby tak się stało, przynajmniej tyle mogę dla niej zrobić.

Nie zapomniałam o znaku, co dzień oglądam obojczyk

Niedawno dostałam wiadomość, że budynek na Słowiczej będzie wyburzany, dostanę lokal zastępczy i będę mogła wyprowadzić się od Tomka. Zrobię to bez żalu, przebolałam już rozpad naszego związku, żaden demon się u mnie nie pożywi. Tylko czy to wystarczy, bym mogła czuć się bezpiecznie? Nie zapomniałam o znaku, jaki na moim ciele zostawiła demoniczna siła. Co dzień oglądam obojczyk, ranka w kształcie pajęczyny zagoiła się i znikła bez śladu, ale ostatnio zauważyłam, że przy bocznym oświetleniu widać coś w rodzaju blizny.

Wygląda jak pieczęć, delikatna koronka linii składających się na symbol, który oznacza sieć. Boję się, że zostanie ze mną na zawsze, wyróżniając mnie z tłumu ludzi, by łatwiej było do mnie trafić. Czy po to zostałam naznaczona? Jadźki już nie ma, ja mogę być następna. 

Czytaj także:
Mój ojciec był katem. To dlatego wmówiłem sobie, że mój biologiczny tata to Stefan
Zostawiłam męża, który ciągnął mnie w dół. Wysłałam do niego tylko kartkę
Wera zniszczyła mi reputację plotkami o romansie. Z zemsty rozpowiedziałam, że jest prostytutką