kobieta, która wybrała życie szarej myszki fot. Adobe Stock, marjan4782

„Wolałam pracę za grosze od kariery w prokuraturze, bo ile można być jeleniem w robocie? Wolę ciepłą posadkę”

„Wiele razy obiecywałam sobie, że rzucę to wszystko w diabły. Nigdy jednak nie miałam odwagi. W końcu koleżanka zapytała, czy nie chciałabym pracować w bibliotece. To było jak olśnienie. Nie dla mnie kariera, wolę być szarą myszką!”.
/ 09.09.2021 10:26
kobieta, która wybrała życie szarej myszki fot. Adobe Stock, marjan4782

Akta. Pieczątki, terminy. Telefony. Akta. Jeszcze więcej akt. Jeszcze więcej pieczątek, których trzask dręczył mózg nawet w domu, zostawał w głowie jak blizna. I znowu akta. I telefony, dzwoniące w kółko, bez przerwy. Odkładasz słuchawkę, ale wiesz, że za kilkadziesiąt sekund znowu ją podniesiesz. Dlatego czasem blokujesz aparat choćby na kilka minut. I jeszcze terminy, które nigdy nie są odległe, zawsze stoją nad tobą i chichoczą złośliwie. A do tego wszystkiego kawa, całe morze kawy.

Tak wyglądał mój dzień w sekretariacie Prokuratury Rejonowej. Wyglądał, bo już tam nie pracuję

Wiele razy chciałam stamtąd uciec, czasem brakowało impulsu, małej iskry, żebym zabrała torebkę, kubek, łyżeczkę, trzasnęła drzwiami i wyszła. Za każdym razem tchórzyłam. Żeby się uwolnić, musiałam znaleźć inną pracę. I któregoś dnia moja przyjaciółka Ania zapytała mnie na spacerze w parku: Kaśka, a ty nie chciałabyś pracować w bibliotece?

Nie zastanawiałam się długo i nazajutrz z dziką satysfakcją patrzyłam w okrągłe ze zdziwienia oczy szefowej, gdy czytała moje podanie o zwolnienie. Nie dziwię się, takiego jelenia jak ja długo nie znajdzie. Anka, która dała mi cynk o zwalniającym się etacie, sama pracowała w bibliotece, ale nie jako pani od książek, tylko w administracji. Dzięki temu szepnęła dobre słowo na mój temat dyrektorowi. Ja zyskałam nową pracę, a ona wielką bombonierkę. I moją dozgonną wdzięczność.

Ani się obejrzałam, a zamiast teczek i spuchniętych policyjnych akt, wokół mnie wyrastały wszędzie książki, setki, tysiące książek. W końcu odetchnęłam. Cisza, spokój. Filia, w której mnie umieszczono, znajdowała się w parku na uboczu miasta. Bywało, że w ciągu dnia miałam najwyżej dziesięciu czytelników. Czas ciągnął się jak rozgotowane spagetthi. Przyzwyczajona do niewolniczej orki, nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Zaczęło mi się nudzić. A co robi mająca nadmiar wolnego czasu, nudząca się Kasia? To, co kocha najbardziej. Rysuje. Kiedy kierowniczka zaskoczyła mnie któregoś dnia, jak bazgrolę, nie była zła.

– Świetnie, to się u nas przyda – skwitowała i tym samym mój zakres obowiązków poszerzył się o kolejną pozycję.

Projektowałam plakaty na spotkania literackie, kartki z życzeniami, zakładki do książek opatrzone logo biblioteki. I właśnie taka zakładka sprawiła, że po kilku miesiącach wylądowałam na bruku, drzwi biblioteki zamknęły się za mną z hukiem, a policja do dzisiaj nie może się ode mnie odczepić. Organizowaliśmy akurat wieczór autorski jakiegoś lokalnego poety. A że działo się to akurat w grudniu, na stoliku ułożony był stosik zakładek w świąteczne motywy.

– Bibliotekę stać na profesjonalnego grafika? – zapytał przystojny mężczyzna z brodą.

W ręku obracał zakładkę do książek mojego pomysłu, projektu i wykonania. Kierowniczka uśmiechnęła się życzliwie. Biblioteki nie było stać czasem na zakup nowych książek, a ten pyta o grafika biorącego krocie za zastruganie ołówka.

– Mamy zdolne kadry – odparła zniechęcającym tonem i wskazała głową na zaplecze. Była po rozwodzie i z jakiegoś powodu miała uczulenie na przystojnych facetów.
– I jakie atrakcyjne… – powiedział, gdy stanęłam w drzwiach.

Właśnie wróciłam, taszcząc karton wypełniony tomikami poezji, której nikt nie chciał czytać. Nasze spojrzenia się spotkały.

– Ma pani talent.
– Co najwyżej rękę do flamastra – zażartowałam. – Ale dziękuję za dobre słowo – dodałam.

Kierowniczka, nie ukrywając dwuznacznego uśmieszku, wstała, przeszła do drugiej sali i, wzdychając, zaczęła przestawiać książki na regałach. Gdy kończył się wieczór poetycki, ja i mój nowy znajomy byliśmy już na ty. A na drugi dzień siedzieliśmy w przytulnej kawiarence, do której mnie zaprosił. Było miło, nawet bardzo. Podobało mi się, że Staszek uważnie mnie słuchał, wypytywał, był mną żywo zainteresowany. Nawet z pozoru tak nudny temat jak moja praca w bibliotece okazał się dla niego czymś interesującym. Obsypywał mnie komplementami, żartował, wpatrywał się w moje oczy. Po dwóch drinkach w mojej głowie zakiełkowała myśl: Kaśka, on ewidentnie chce cię uwieść.

Hola, hola przystojny kawalerze, nie tak szybko!

Przystopowałam z alkoholem i postanowiłam go sprawdzić. Dam się odprowadzić do domu i wtedy zobaczę, jak będzie się pchał do mieszkania, a nie daj Boże, zacznie się do mnie dobierać, dostanie w pysk i trafi na listę zatytułowaną „Natrętne dupki. Nigdy więcej”. Mam tam jeszcze sporo miejsca. Tego dnia, gdy dotarliśmy pod mój blok, postanowiłam, że będzie inaczej… Pod blokiem po prostu podał mi rękę. I to wszystko. To głupie, ale byłam tym trochę rozczarowana. Zapytał tylko, czy dam mu numer telefonu, na co oczywiście się zgodziłam. Uśmiechnął się i poszedł sobie.

A ja stałam jeszcze chwilę pod klatką, uśmiechając się do swoich myśli. Może w końcu coś z tego będzie? I było. Dwa dni później przyszedł po mnie do biblioteki i odprowadził mnie do domu. Po drodze weszliśmy na kawę i znów rozmawialiśmy. Byłam zachwycona, bo dawno nie spotkałam mężczyzny, który byłby tak mną zainteresowany. Trochę pytał o prywatne sprawy, a potem gładko przechodził na temat biblioteki. Myślę, że już wtedy byłam w nim lekko zadurzona, dlatego nie dostrzegłam momentów, które dostrzec powinnam. Kogo w końcu obchodzi tak nudne miejsce jak biblioteka?

Przychodził po mnie do pracy przez kilka kolejnych dni. Kierowniczki już zwykle nie było. Wchodził na parę minut do środka, rozglądał się jakby naprawdę podobał mu się budynek wypełniony książkami, zaglądał między regały, oglądał nawet sufit.

– Remont nam chcesz zrobić? – zapytałam nawet żartem.

Potem wyłączałam komputer, gasiłam światło, zamykałam drzwi. Wcześniej kodowałam alarm.

– Ubezpieczaj mnie! – śmiałam się do niego, gdy wbijałam cyfry do konsoli alarmu.

On udawał, że trzyma w dłoniach pistolet i sprawdza teren. Podobało mi się jego poczucie humoru, już dawno przy nikim nie czułam się tak swobodnie. Wychodziliśmy i znów odprowadzał mnie do domu. Tego dnia, gdy dotarliśmy pod mój blok, postanowiłam, że będzie inaczej. Nie chciałam się z nim całować pod klatką, widziałam, jak Cypriańska z parteru przykleja się do firanki.

– Wejdziesz? – zapytałam. Uśmiechnął się i skinął głową. – Na herbatę – dodałam szybko, żeby nie pomyślał sobie za wiele.

Jestem ze starej szkoły. Na wszystko przyjdzie czas. Koniec końców nie było herbaty

Był kieliszek wina, potem drugi. W międzyczasie w kuchni wrzuciłam zapiekankę z marketu do piekarnika. Siedzieliśmy obok siebie na kanapie i rozmawialiśmy. Nie wiem, jak to się działo, ale z każdą minutą byliśmy coraz bliżej siebie, a mi zaczynało kręcić się w głowie. Z coraz większym wysiłkiem skupiałam ostrość na męskich rysach twarzy Stasia. Ostatnią myślą, jaką pamiętam, było to, że zastanawiałam się, czy taka broda drapie przy pocałunku. Potem przysunęłam się do niego, żeby znaleźć odpowiedź na to pytanie i zrobiło mi się jakoś dziwnie. Oczy zbiegły mi się, a ja zezując, nie wiedziałam, czy siedzi przede mną jeden Staszek, czy dwóch. Poczułam jeszcze, jak złapał moją twarz w dłonie i usłyszałam jego głos:

– Kasiu, wszystko w porządku? Kasiu?

Oczy nie bez problemów otworzyłam dopiero rano, pół godziny przed budzikiem. Ból rozsadzał mi głowę, czułam się, jakby nie minęło kilka godzin a kilkadziesiąt lat, a ja byłam sędziwą babcią. Dwa małe kieliszki, a czułam się jak po dwóch butelkach. Ale nie to było najgorsze. Najgorsze było te kilkanaście sekund, gdy dotarło do mnie, że mogło stać się coś o wiele gorszego niż tylko przeholowanie z alkoholem.

Na myśl, że spotkamy się na sali sądowej, zrobiło mi ciepło na sercu

No właśnie… A może to nie był alkohol? Może on mi coś dosypał? Boże, zgwałcił mnie! Skuliłam się w sobie jak dziecko. Ale coś mi się nie zgadzało. Byłam kompletnie ubrana, tak jak wczoraj, dżinsy, bluzka. Pod spodem stanik i majtki. Podniosłam bolącą głowę. Byłam przykryta kocem, a pod głowę ktoś włożył mi jaśka. Nie wykorzystał mnie! Ciężki głaz spadł mi z serca. Powoli wstałam. Obejrzałam mieszkanie, bo skoro nie gwałcicielem, to może jest zwykłym złodziejem? Ale nie. Wszystko stało na swoim miejscu.

Resztkę moich wątpliwości rozwiała kartka leżąca na stole w kuchni, a właściwie to, co było na niej napisane: „Kasiu, nie chciałem Cię budzić. Zamknąłem drzwi wejściowe od zewnątrz drugim kompletem kluczy (wisiał w przedpokoju), żeby cię nikt nie okradł w nocy. Oddam, jak się zobaczymy. Bo przecież się zobaczymy, prawda?” Pod spodem narysował najpiękniejszy na świecie, koślawy kwiatek. Minęło kilka dni.

Staszek w tym czasie zobaczył się ze mną dwa razy, a w środę wpadł tylko na chwilę pod bibliotekę oddać mi klucze. Poza tym pisaliśmy do siebie SMS-y i gadaliśmy przez komórkę. Był czwartek. Szykowałam sobie kanapki do pracy i jak zawsze rano słuchałam regionalnej stacji radiowej. Była punkt siódma, czas na wiadomości. Coś tam o pogodzie, potem sytuacja na drogach i na koniec gorący news: informacja spod siedziby filii biblioteki wojewódzkiej, gdzie w nocy dokonano kradzieży kilkunastu starodruków z tamtejszego księgozbioru. Ostatnie zdanie powtórzyłam sobie w myślach, bo wydawało mi się, że się przesłyszałam. Ale nie! Facet w radiu mówił o mojej bibliotece!

Z walącym sercem rzuciłam się do radia, żeby podgłośnić i w tej samej chwili zadzwoniła moja komórka. Kierowniczka. Kwadrans później cała roztrzęsiona dotarłam pod budynek, pod którym wciąż stało kilka radiowozów i kłębił się tłumek pracowników, policjantów i techników z ekipy.

– No, w końcu jesteś… – przywitała mnie kierowniczka i głową wskazała na dwóch mężczyzn w cywilnych ubraniach. Jeden pisał coś w notesie. – Panowie chcieliby z tobą zamienić kilka słów.

Pewnie policjanci z dochodzeniówki, pomyślałam. Zgadłam. Rozpytali mnie wstępnie, trwało to najwyżej kilka minut. Potem weszłam do środka. Na pierwszy rzut oka wszystko było na swoim miejscu. Tylko pancerna szafa, w której przechowywane były warte na pewno grubo ponad sto tysięcy eksponaty, była otwarta na oścież. I niestety była całkowicie opróżniona.

– To profesjonalna kradzież na zamówienie. Weszli tu jak do siebie – wymruczał pod nosem jeden z dochodzeniowców. – Niech pani zobaczy, wszystko otwarte kluczem.
– A co z alarmem? – zapytałam.
– Technicy nad tym pracują, ale wygląda na to, że został po prostu rozkodowany. Kodem należącym do pani…

Jakieś dwa miesiące później, popołudniem, zalegałam na sofie przed telewizorem. Machinalnie pstrykałam programami, wrzucając w siebie solone orzeszki. Patrzyłam tępo w ekran, ale tak naprawdę znowu rozmyślałam o tym, co się wydarzyło. Policjanci wysłuchawszy moich zeznań, przyjęli za wysoce prawdopodobne, że tamtego wieczoru Staszek, facet, o którym nawet nie wiedziałam, jak naprawdę się nazywa, faktycznie dosypał mi czegoś do wina. Potem zrobił odbitkę wszystkich kluczy. Kod do alarmu podejrzał, podałam mu go praktycznie na tacy. Żeby uśpić moją czujność, spotkał się ze mną jeszcze potem kilka razy, po czym zniknął. Rozpłynął się.

I wtedy go zobaczyłam. Właśnie leciały wiadomości. Jego twarz tylko mignęła w telewizorze, ale go poznałam. Miał skute kajdankami ręce, policjant wpychał go do radiowozu i wtedy zsunął mu się na moment z głowy kaptur. Po skoku pewnie zmienił wygląd. Bez brody, z inną fryzurą, w okularach, ale to był on. Staszek. A gdybym miała jakieś wątpliwości, to komentarz rzecznika policji, który chwilę później pojawił się na ekranie, rozwiałby mi je do końca:

Dziś w godzinach popołudniowych, podczas rutynowej kontroli drogowej, zatrzymano Dariusza P., w samochodzie którego ujawniono jeden ze skradzionych podczas włamania do Biblioteki Wojewódzkiej starodruków. Obecnie prowadzone są czynności procesowe, mające na celu wyjaśnienie wszystkich okoliczności. Zatrzymany nie przyznaje się do winy. Nie wiemy też o ewentualnym udziale osób trzecich i o tym, czy ktokolwiek mu pomagał w zuchwałej kradzieży.

No proszę, Staszek okazał się Darkiem. Na myśl, że za jakiś czas zapewne spotkamy się podczas procesu, poczułam przyjemne ciepło w brzuchu, a tętno lekko mi podskoczyło. Niczego w życiu nie da się przewidzieć do końca. Oszust, złodziej, bandzior. Nikt mnie tak w życiu nie wystawił. A co ja zrobiłam? No cóż, nie chciałam się do tego przyznać nawet sama przed sobą, ale po prostu się w nim zakochałam.

Czytaj także:
Mój ojciec był katem. To dlatego wmówiłem sobie, że mój biologiczny tata to Stefan
Zostawiłam męża, który ciągnął mnie w dół. Wysłałam do niego tylko kartkę
Wera zniszczyła mi reputację plotkami o romansie. Z zemsty rozpowiedziałam, że jest prostytutką