mężczyzna który ma problemy finansowe fot. Adobe Stock

„Przez kryzys i długi straciłem wszystko. Gdy nie było już nadziei, w tajemnicy wziąłem ogromny kredyt na córkę...”

Wpakowałem się w wielkie kłopoty finansowe. Ale to nic w porównaniu z tym, co zrobiłem córce. A wszystko po to, by ratować własną skórę...
/ 08.09.2020 06:58
mężczyzna który ma problemy finansowe fot. Adobe Stock

Zawsze miałem dobre relacje z córką. Ale po tym, co zrobiłem, Julita nie chce mnie znać. Od trzech miesięcy milczy, traktuje mnie jak powietrze. Dla niej jestem nikim. Trudno się dziwić. Rana, jaką jej zadałem, będzie się długo goić. Córka ma prawo czuć się oszukana, zdradzona. Tak nie postępuje ojciec. Dobry ojciec chroni swoje dziecko, od ust sobie odejmuje, byle tylko zapewnić mu najlepsze życie. Niestety ja zawiodłem. Przez całe życie starałem się być dobry i troskliwy, ale ten jeden błąd przekreślił wszystko, co udało mi się wcześniej zrobić dobrego dla Julity.

Przez piętnaście lat prowadziłem własny biznes. Nic wielkiego – produkcja szaf wnękowych. Na początku szło świetnie. Zatrudniałem ludzi, ledwo wyrabiałem się z zamówieniami. Po epoce meblościanek ludzie oszaleli na punkcie nowoczesnych szaf, dużych od podłogi do sufitu, z przesuwnymi drzwiami, wielkim lustrem pośrodku. Wszyscy, którzy urządzali mieszkania jeszcze kilka lat temu, obowiązkowo zamawiali takie szafy do przedpokoju, sypialni. Zamówienia szły jedno za drugim, pieniędzy na koncie przybywało, czułem się bezpiecznie.

Takie bezpieczeństwo chciałem też zapewnić rodzinie. Gdy interes dobrze szedł, Julita z matką ubierały się w najlepszych sklepach, wyjeżdżały dwa razy do roku na zagraniczne wakacje. Zwykle same, bo ja musiałem pilnować interesu. Tyle się wtedy działo. Jednak one korzystały. Nie miałem im tego za złe. Mężczyzna powinien zarabiać na rodzinę, starać się zapewnić jej komfort, wykształcenie dzieciom. Julita dostawała naprawdę dużo. Od najmłodszych lat fundowałem jej obozy językowe za granicą, później opłacałem prywatne liceum, drogie studia. Dopóki finansowo świetnie sobie radziłem, moja rodzina żyła w zgodzie. Jak przyszły kłopoty w pracy, posypało się wszystko.

Pierwsze oznaki kryzysu zacząłem odczuwać już trzy lata temu. Zalew chińskimi podróbkami i oferty supermarketów budowlanych, z którymi ja nie miałem szans konkurować, szybko sprowadziły mnie na ziemię. Czasy raju finansowego dla małych przedsiębiorców się skończyły. Ale nie chciałem zwijać interesu. Próbowałem się ratować. Zwolniłem część załogi, by zaoszczędzić sam pracowałem dwa razy tyle, szukałem tańszych komponentów. Ale na niewiele to się zdało. Z miesiąca na miesiąc przychody malały. Doszło nawet do tego, że przez kilka miesięcy biznes przynosił straty. Poczułem, że grunt pali mi się pod nogami.

Nie wiedziałem, co robić. W głowie powstawały coraz czarniejsze scenariusze: że stanę się bezrobotny, że popadniemy w nędzę. Bolało mnie to tym bardziej, że zawsze uważałem się za człowieka sukcesu, biznesmena, który do czegoś w życiu doszedł, któremu ludzie zazdroszczą. I nagle we własnych oczach stawałem się zupełnie nikim. Do tego jeszcze postawa żony. Zamiast mnie wspierać, zaczęła atakować, buntować córkę przeciwko mnie. Nazywała mnie nieudacznikiem, który nawet na własną rodzinę nie potrafi zarobić. Do szału doprowadzały mnie porównania z mężami jej przyjaciółek, którzy mieli lepsze pomysły na biznes, są mądrzejsi, sprytniejsi, prawdziwi z nich mężczyźni. Nie to co ja. To mnie dobiło. Nie dość, że sam przeżywałem porażkę, bałem się o rodzinę, o to, czy zapewnię im dalej godziwe życie, bezpieczeństwo, to jeszcze najbliższa osoba wbija mi nóż w serce.

Załamałem się. Z dnia na dzień czułem się gorzej, brakowało mi sił. Jakbym popadał w depresję. Wtedy żona zagroziła rozwodem.
– Dopóki się nie ogarniesz, nie zrobisz czegoś ze sobą, będę mieszkać u matki – pewnego dnia, jak gdyby nigdy nic, zapakowała dwie walizki do samochodu i wyprowadziła się.
W tym czasie Julita już od kilku lat nie mieszkała z nami. Wyjechała na studia do Warszawy. Oczywiście prywatne i rzecz jasna to ja na nie łożyłem. Ale dzięki temu, że nie było jej w domu w tym czasie, nie nasiąkła żółcią matki i wydawało mi się, że nie ocenia mnie tak źle jak żona. Byliśmy z córką w stałym kontakcie. Julita dzwoniła do mnie kilka razy w tygodniu, pytała jak się czuję, jak sprawy zawodowe, czy może jakoś pomóc. Ale jak ona mogła mi pomóc? Dziecko, które powinno się skupić na nauce, skończeniu studiów nie może sobie zatruwać głowy niezaradnym ojcem.

Ukrywałem prawdę, mówiłem, że nie jest aż tak źle. Nadal wysyłałem jej pieniądze, choć nie zarabiałem już nic. To, że udało mi się przeżyć i płacić zobowiązania wobec rodziny zawdzięczałem tylko oszczędnościom. Ale i one topniały w zastraszającym tempie. W takim zawieszeniu żyłem przez pół roku. W końcu wydawało mi się, że psychicznie staję na nogi, poczułem się silniejszy, pewniejszy. Pogodziłem się z tym, że trzeba zamknąć firmę, pożegnać tamten etap w życiu i zacząć nowy. Trudno. Własny biznes to nie wszystko. „Zawsze mogę popracować u kogoś, a jak się odbiję, może jeszcze coś swojego kiedyś otworzę” – myślałem. Rozpytywałem wśród kolegów, czy nie słyszeli gdzieś o pracy, rozważałem nawet wyjazd za granicę.

Udało się. Kolega załatwił mi bardzo dobry kontrakt w Szwecji przy budowie i wykańczaniu domów. Robota stolarska. znałem ją jeszcze z dawnych lat. Praca fizyczna dla biznesmena z takimi dochodami i pozycją, jak dawniej, wydawała się upokarzająca. Znajomi kiwali głowami, robili dziwne miny, czasem nieprzyjemnie komentowali, gdy wspomniałem o swoich planach. Ale ja miałem to gdzieś. Chciałem stanąć na nogi, przestać się użalać nad sobą i zacząć nowe życie.

To stało się na niecały tydzień przed wyjazdem. Najpierw telefon, później wezwanie z urzędu skarbowego. Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Ogromny dług do spłacenia, nieścisłości w papierach, natychmiastowe wezwanie do zapłaty, sprawa w sądzie. Mój księgowy okazał się oszustem. Ale nie miałem już szans mu tego udowodnić. Nie odprowadzał wszystkich podatków z firmy, część ulg odpisywał na lewe faktury. Po roku sprawa wypłynęła. Miałem prosty wybór. Albo szybko oddam pieniądze skarbówce, albo gigantyczne odsetki mnie zniszczą, a może nawet trafię do więzienia za przestępstwo podatkowe.

Do oddania miałem ponad 150 tysięcy złotych! „Skąd mam je, do cholery, wziąć?” – zadawałem sobie to pytanie chyba tysiąc razy podczas kilku bezsennych nocy. Oszczędności zostało mi niewiele ponad 40 tysięcy. Do legalnej pracy nie mogłem już wyjechać – wszystko i tak zająłby urząd. „Co robić? Skąd pożyczyć?” – zastanawiałem się gorączkowo. Koledzy od razu odmówili, od rodziców udało mi się pożyczyć 30 tysięcy. Mieliśmy z żoną wprawdzie dom, ale nie mogłem go sprzedać. Formalnie był on bowiem tylko jej własnością. Zapisaliśmy go na nią, mieliśmy ustanowioną rozdzielność majątkową. Wszystko dla bezpieczeństwa. Właśnie na wypadek, gdyby kiedyś interesy przestały iść dobrze. Teraz odwróciło się to przeciwko mnie. Żona nie chciała sprzedawać domu i pomóc mi w uregulowaniu długów. Zażądała separacji. Za chwilę mogło się okazać, że każe mi się wyprowadzać z tego domu, że zostanę zupełnie na lodzie.

Nie wiem, czy to z tego stresu i przerażenia odebrało mi rozum. Co mnie podkusiło, jak mogłem wpaść na tak idiotyczny pomysł? To chyba był spontaniczny odruch. Zobaczyłem jej dowód osobisty na toaletce. Zostawiła go przez nieuwagę z całą kosmetyczką, gdy odwiedziła mnie w weekend. Miała po niego przyjechać w następną sobotę.


Postąpiłem jak drań. Za plecami córki zaciągnąłem kredyt na jej nazwisko. Błyskawiczny, na dowód – jak reklamują. Decyzja w piętnaście minut, żadnych szczegółowych pytań, formalności faktycznie – jak na lekarstwo. Za to duże odsetki. Pożyczyłem 80 tysięcy. Do oddania miałem ponad dwa razy tyle, a jeśli spóźnię się z terminem rat, odsetki zwiększają dług kilkakrotnie. Ale zamierzałem wszystko oddać w terminie. Wyjawić Julicie całą prawdę, wyjechać za granicę, pracować i regularnie przesyłać jej pieniądze na każdą ratę. Wierzyłem, że zrozumie, że nie miałem wyjścia. „Poza tym dla niej to i tak żaden kłopot” – usprawiedliwiałem się. „Pieniądze będzie miała na koncie, wszystko będę regulował na bieżąco, jedyne, co musi zrobić, to przelać sumę do banku”. Nie pomyślałem jednak o utraconym zaufaniu...

Nie zdążyłem przyznać się Julicie. I to był gwóźdź do trumny. Zupełnie nie pomyślałem o tym, że bank wyśle na jej adres jakieś dodatkowe dokumenty. Tydzień po podpisaniu umowy i podjęciu przeze mnie pieniędzy do Julity przyszło pismo z harmonogramem rat do spłacenia. Była w szoku. Jakie raty? Jaki kredyt? Skąd aż taki dług? Spanikowana zadzwoniła do mnie natychmiast. Przyznałem się, nie miałem wyjścia. Rozpłakała się. Odłożyła słuchawkę. Napisała tylko SMS-a, że nie chce mnie znać.

Przyjechała do mnie następnego dnia. Miała ze sobą pieniądze. Nie wiem, skąd wzięła aż 80 tysięcy. Powiedziała tylko chłodno, nie patrząc na mnie, że pożyczyła od znajomych. Miała bogatego chłopaka, być może to pożyczka od jego rodziców. Była dla mnie okrutnie szorstka, nie chciała ze mną rozmawiać. Kazała mi wsiąść do samochodu, pojechaliśmy razem do banku. Spłaciła całe moje, a formalnie jej zobowiązanie. Zmusiła mnie do otworzenia konta w Biurze Informacji Kredytowej. Chciała kontrolować, czy przypadkiem jeszcze nie zadłużę się kiedyś na jej konto. Nie oponowałem. Czułem się potwornie upokorzony. Siedziałem obok niej jak dziecko, niegrzeczny uczeń, za którego matka musi się wstydzić przed dyrektorem szkoły, gdy zrobił coś głupiego. Załatwiliśmy wszystko. Nie pytała mnie, dlaczego to zrobiłem. Na odchodne powiedziała tylko, żebym poszedł do pracy, wyjechał, zaczął zarabiać i oddał jej kiedyś ten dług.

Od tamtej pory Julita nie odzywa się do mnie. Nie odbiera telefonów, nie daje się przeprosić. Uważa, że nie tylko popełniłem przestępstwo, ale w jej oczach przestałem być ojcem.
– Ojciec nie robi takich rzeczy własnemu dziecku – powiedziała. – Ojciec, gdy ma kłopoty, przychodzi, mówi jak jest, prosi o pomoc. Nie naraża swojego dziecka na takie kłopoty.
Ma rację. Teraz pracuję w Norwegii. Nieźle zarabiam jak na polskie realia. Dostałem już dwie pensje. Dwa razy wysłałem Julicie po trzy tysiące. Będę uczciwie spłacał swój dług. Być może kiedyś spłacę ten największy – dług ojcowski.

To też może cię zainteresować:
„Byłam alkoholiczką, wylądowałam na dnie. Ale dopiero, gdy wytrzeźwiałam, zaczęły się problemy w moim małżeństwie”
„W szkole kłamię, że jestem bogata, ale moi rodzice żałują nawet 15 złotych na bluzkę. Zastanawiam się nad znalezieniem sponsora”
„Córka sąsiadki oskarżyła mojego męża o molestowanie. Nikt nie spodziewał się, jaka była prawda...”

Tagi: długi