mężczyzna który dowiedział się że zostanie ojcem fot. Adobe Stock

„U mamy codziennie miałem obiad na stole i czyste majtki w szufladzie. Nagle wpadłem z przypadkowo poznaną dziewczyną”

Miała być tylko jedną z wielu; pojawić się w moim życiu na chwilę, a potem zniknąć. Tymczasem los szykował dla nas inny scenariusz
/ 13.01.2021 12:39
mężczyzna który dowiedział się że zostanie ojcem fot. Adobe Stock

Jeden z moich kumpli prowadzi klub nad morzem. Gdy zadzwonił z propozycją kontraktu, zgodziłem się bez wahania. W lecie zleceń mam jak na lekarstwo, bo mało firm decyduje się na robienie stron internetowych. Oddaję się wtedy mojej drugiej pasji: muzyce.

Jako DJ grający w klubach zarabiam nawet więcej niż jako projektant witryn www, ale to nie jest robota zupełnie obojętna dla wątroby... Niemniej obie moje profesje kocham, podobnie jak niezależność, którą mi dają. Kasa to tylko produkt uboczny, choć miły i potrzebny. Jednak nie mam żadnych lokat bankowych i tym podobnych bzdur – wydaję prawie wszystko, co zarabiam: szybko i bez żalu. Dokładam się tylko – dość skromnie – do domowego budżetu. Mieszkam z matką, która pracuje jako inspektor w państwowej firmie i zarabia więcej niż przyzwoicie, więc te symboliczne pięć stów co miesiąc traktuję jako podatek od luksusu i płacę bez szemrania. Za to mam święty spokój, wszystko poprane i poprasowane, obiadki domowe i własny pokój z balkonem. Po prostu żyć, nie umierać.

Te wakacje były wyjątkowe

Pewnie nikt się nie zdziwi, ale z racji ocieplenia klimatu (to moja gryząca ironia) praktycznie przez cały lipiec nad morzem lalo i wiało. W efekcie klub wieczorami pękał w szwach, a ja grałem imprezy do czwartej nad ranem. Spać kładłem się o świcie, wstawałem na późny obiad i do wieczora snułem się po mieście. Podrywałem wczasowiczki i korzystałem z wszelkich możliwych uroków życia. W podrywaniu miałem swoją własną, sprawdzoną i bardzo skuteczną strategię. Kiedy widziałem grupkę młodych dziewczyn, strzelałem sobie szklankę whisky na rozluźnienie, potem drugą, i startowałem.

Zawsze uderzałem do laski najbardziej niepozornej z całej ekipy; powiedziałbym – do najbrzydszej, lecz przecież nie ma brzydkich kobiet, tylko czasami alkoholu brak. W większości wypadków najładniejsza, czyli szefowa stada, w przypływie zazdrości natychmiast odbijała mnie koleżance. A nawet jeśli tak się nie stało, to podryw zazwyczaj kończył się w łóżku. Na palcach jednej ręki mogę policzyć przypadki, kiedy szedłem spać samotnie... Tak właśnie poznałem Karolinę. Nie była przywódczynią stada, tylko cichą szarą myszką, jednak jej „szefowa” widocznie nie uznała mnie za atrakcyjny towar, więc odpuściła. Jej strata. Zresztą Karola wbrew pozorom okazała się bardzo sympatycznym dziewczęciem, a na imprezie tańczyła jak anioł w szpilkach.

Nad ranem wylądowaliśmy w jej pokoju i tu dopiero okazało się, co z niej za ziółko… Było naprawdę ostro i gorąco, więc przespaliśmy obiad i z trudem zdołaliśmy się obudzić na kolację. Zjedliśmy ją razem – nie powiem, było nawet romantycznie. Pod wieczór znów wylądowaliśmy w klubie, gdzie balanga trwała do białego rana, a potem Karola wpadła na pomysł, żeby pójść o świcie na plażę. „Posłuchać mew”, jak powiedziała. Ze słuchania mew niewiele wyszło, choć ranek okazał się bardzo udany. Niestety, nie byłem przygotowany jak należy, więc kochaliśmy się bez zabezpieczenia.

Późnym rankiem wyjątkowo poszedłem do łóżka całkiem sam – i wcale tego nie żałowałem. Nie miałem już siły na żadne erotyczne popisy i marzyłem tylko o tym, żeby wreszcie się porządnie wyspać. Wieczorem Karola przyszła do klubu. Ucieszyłem się na jej widok, a kiedy powiedziała, że rano wyjeżdża, trochę zmarkotniałem. Dlatego po imprezie znów poszliśmy na plażę, tym razem na bardzo długi spacer. Taki z trzymaniem się za ręce i gadaniem o różnych sprawach. Jakoś tak się nam zgadało, że mieszkamy w tym samym mieście, więc kiedy przed dziewiątą rano odprowadziłem ją do pensjonatu, wymieniliśmy się numerami komórek. Ot, tak na wypadek, gdyby kiedyś któreś z nas coś pomyślało...

Wieczorem w barze zastosowałem swoją wypróbowaną metodę. Tym razem szefowa stada była bardziej czujna i w efekcie noc spędziłem w ramionach oszałamiająco pięknej brunetki. Chociaż było nieźle, nad ranem wyszedłem bez pożegnania. Po prostu taki miałem styl. Radykalna zmiana stylu nastąpiła jakiś miesiąc później. Biedziłem się akurat nad zleceniem na stronę internetową dla japońskiej restauracji, więc kiedy zadzwoniła komórka, byłem przekonany, że to niecierpliwy klient znów mnie popędza. A że w biznesie nie jestem tchórzem, odebrałem już po drugim dzwonku.

– Maciek? – kobiecy głos w słuchawce brzmiał jakby znajomo. – To ja...
– Co za „ja”, jeśli wolno spytać?
– Twoja znajoma... Z wakacji...
– Która? – palnąłem bez namysłu, a po braku odzewu z drugiej strony zorientowałem się w rozmiarach swojej gafy. – Karola? – strzeliłem niezupełnie w ciemno, bo żadnej innej dziewczynie nie podawałem swojego numeru.
– Geniusz... – usłyszałem w słuchawce pełen ironii głos. – To może zgadniesz jeszcze, w jakiej sprawie dzwonię.
– Chcesz sobie powspominać? – mruknąłem trochę niegrzecznie. – A może zostawiłaś coś u mnie w pokoju?
Nie. To raczej ty zostawiłeś coś u mnie – odparła wyraźnie niezadowolona z mojego mało entuzjastycznego tonu.
– Co takiego? – zdziwiłem się.
– Domyśl się... tatusiu – powiedziała z przekąsem i przerwała połączenie.

Po prostu mnie zamurowało. Siedziałem jak skamieniały, a jej słowa bardzo, bardzo powoli przedzierały się przez moje nagle kompletnie nieaktywne zwoje mózgowe . „Tatusiu”? Czy to znaczy, że... Ale jak? Kiedy? A w ogóle – po jaką cholerę?! Zadzwoniłem do niej po pięciu minutach bicia się z natrętnymi myślami.
– Chyba powinniśmy się spotkać – powiedziałem bez żadnych wstępów.
– Chcesz powspominać? – sarkazm w jej głosie aż mnie zmroził.
Ustalić formę... pomocy – doprecyzowałem. – Bądź zadośćuczynienia.
– Dobra – mruknęła zrezygnowana.
– Znasz tę japońską knajpę na Woźnej? Takie fajne miejsce, mają sushi, nie wiem, czy lubisz, ale... Robię dla nich stronę i jeszcze kilka innych rzeczy, mam tam barter... – czułem, że się plączę w zeznaniach, więc zakończyłem szybko: – Dzisiaj wieczorem o ósmej, może być?
– Okej – i przerwała połączenie.

Układałem sobie w głowie tę rozmowę przez kilka godzin. Wymyślałem zwroty w stylu: „Nic się nie stało”, „Wakacyjny romans”, „Znajdziemy rozwiązanie”, „Są różne sposoby” – i temu podobne banały. Oczywiście na pierwszy plan wysuwało się jedno: nie chcę być żadnym tatusiem. Nie ma takiej opcji! Nie dam się wrobić w dzieciaka… Jestem na to za cwany.

Na miejscu byłem pół godziny wcześniej, bo musiałem jeszcze obgadać kilka kwestii z Krzysztofem, właścicielem restauracji i moim klientem. Trochę się zagadaliśmy, kiedy do naszego stolika podeszła Joanna, menedżerka sali, i wymownym ruchem zgarnęła ze stolika wszystkie papiery, które porozkładaliśmy dla lepszej orientacji w naszym temacie.
– Panowie, chyba koniec pracy na dzisiaj... – powiedziała scenicznym szeptem. – Jakaś pani do Macieja, czeka już dziesięć minut, podobno była umówiona.
– To nowa klientka? – zainteresował się nagle Krzysztof.
– Nie, zupełnie co innego. Taka jedna – machnąłem ręką. – Prywatna sprawa.
– No, no... Nie poznaję kolegi – walnął mnie w ramię i obejrzał się w kierunku sali. – Fajna dziewczyna. Narzeczona?

Podążyłem za jego wzrokiem. Przy stoliku tuż obok drzwi siedziała Karolina. Ale jakże odmieniona! Upięte włosy, makijaż, elegancka sukienka… Szara myszka przeistoczyła się w atrakcyjną kobietę!
– Narze... Narzeczona – wyjąkałem z niemałym trudem, sam właściwie nie wiem czemu. – Albo coś w tym stylu. Dasz nam chwilkę na rozmowę?
– Jasne. I zaraz będzie coś ekstra, na koszt firmy, rzecz jasna – uśmiechnął się radośnie, po czym poszedł za Joanną, żeby wydać stosowne dyspozycje.
Kiedy usiadłem naprzeciw Karoliny, a kelnerka postawiła przed nami wielki dzbanek zielonej herbaty, wziąłem głęboki oddech, żeby wypowiedzieć swoje kwestie, ale... ona niespodziewanie mnie ubiegła.
– Słuchaj, żeby nie było nieporozumień. To był wakacyjny romans, nic wielkiego się nie stało, więc nie ma o czym gadać. Po prostu chciałam, żebyś wiedział...

Ej, no... To ja miałem to powiedzieć! – żachnąłem się. – Ale jak rozumiem, dogadaliśmy się? Ja finansuję całość, ty usuwasz ciążę, i rozstajemy się w zgodzie?

Spojrzała na mnie jak na kosmitę.
– Zwariowałeś – powiedziała to zupełnie spokojnie, a mnie aż ciarki przeszły po krzyżu. – Urodzę to dziecko. Nie jesteś zainteresowany? To pies z tobą tańcował...
A potem wstała i po prostu wyszła. Nawet nie spróbowała herbaty. Razem z kelnerką niosącą dwa ogromne zestawy sushi przybył Krzysztof.
– A gdzie narzeczona? – zdziwił się.
– Rzuciła mnie. Chyba...

Klapnął na krzesło i westchnął głęboko, a potem wypalił bez ogródek:
– Maciek, pipa jesteś, nie facet. Taka fajna dziewczyna, a ty dałeś jej odejść!
Próbuje mnie wrobić w dziecko – poskarżyłem się, jakby to mogło mnie w jakikolwiek sposób wytłumaczyć.
On zaś walnął mnie w ramię i zawołał:
– Szampan dla tego pana! Będzie ojcem! No, stary, naprawdę gratuluję!
Chwila ciszy, a potem goście w restauracji zaczęli bić brawo. Zbaraniałem. Na stół wjechała butelka szampana, potem ciepła sake, potem jeszcze pół litra „pod to sushi, żeby nas nie susziło”, a potem sam już nie pamiętam.

Następnego dnia na potężnym kacu zadzwoniłem do Karoliny. Dowiedziałem się, gdzie mieszka, kupiłem po drodze wielki bukiet kwiatów i wparowałem do jej mieszkania. Nie była sama. W drzwiach natknąłem się na wąsatą babę, która obrzuciła mnie niechętnym spojrzeniem.
– Ja do Karoliny – wymamrotałem nieco zbity z tropu. – Czeka na mnie...
– Wątpię – warknęła. – Co ty myślisz, szczeniaku? Że tak można? Po cholerę się pchasz, gdzie cię nie proszą?
– Zaraz, chwilunia... – przepchnąłem się koło cerbera i siłą wdarłem się do mieszkania. – Karola?! Gdzie jesteś?
– Rzygam w kiblu... – dobiegł mnie głos stłumiony przez drzwi.
– To nie przeszkadzaj sobie – powiedziałem łagodnie, po czym w ataku ułańskiej odwagi zwróciłem się do groźnej damulki. – A pani kim jest, jeśli można?

Babkę chyba zdziwiły moja śmiałość i bezpośredniość. Pewnie liczyła na to, że przestraszę się jej złego spojrzenia.
– Ja jestem matką! – odparła dumnie po chwili milczenia. – I ja sobie nie pozwolę... Ja sama, i Karolinka, i to dziecko, my je same... A panu już dziękujemy!
– O nie! – zawołałem. – To ja pani dziękuję. I proszę nas zostawić, musimy z narzeczoną omówić pewne kwestie.
Wtedy zobaczyłem, że Karolina stoi w drzwiach łazienki. Miała lekko zmierzwione włosy i trochę zaczerwienione oczy. Jakby płakała albo coś w tym stylu.

Słonko! – wypaliłem bez namysłu. – Mam trzydzieści lat, jestem freelancerem i DJ-em, robię strony internetowe, a jak mi się znudzi, to gram w klubach. Zarabiam nieźle, piję sporo, jednak to się zmieni. O innych rzeczach nie wspominam, bo też się wszystko zmieni. Ile można balować? W końcu kiedyś trzeba dorosnąć, a nie ma lepszej motywacji, jak fakt sprowadzenia na świat potomka. Dostałem propozycję pracy, właściciel tej japońskiej restauracji ma udziały w agencji reklamowej i chce mnie zatrudnić, więc wszystko będzie jak trzeba. A ja chcę się z tobą ożenić. Albo może nie tak od razu ożenić, ale pomieszkać razem, poznać się lepiej, urodzić dziecko... W sensie, że ty będziesz rodzić, a ja będę stać przy tobie jak mur i chronić cię od wszelkiego złego... A pani tu jeszcze? – to pytanie skierowałem ku wąsatej. – Bardzo przepraszam, ja zostaję, pani wychodzi. Do widzenia!

Niemal wypchnąłem wścibską damę za drzwi i zamknąłem je na zamek.
– Wierzę ci... – dobiegł mnie cichy głos narzeczonej. – Skoro z moją mamą sobie poradziłeś, a nawet ja już nie miałam do niej siły, to dasz sobie radę ze wszystkim.
Gwarantuję ci, że będę najlepszym tatą na ziemi – zapewniłem ją solennie.
– Powiedz tylko, skąd ta nagła zmiana?
– Nocne Polaków rozmowy – odparłem. – Długo gadałem z Krzysztofem. Ma łeb, wyjaśnił mi to i owo... Generalnie bycie ojcem jest fajne, on sam ma córkę. Gdzieś tak po siódmej wódce powiedział mi wprost: „Stary, nie ma się czego bać, trzeba być facetem, a nie gumką od gaci, która pęka”. Więc nie pękam i oto jestem!

Patrzyła na mnie, kiedy mówiłem, a na jej twarzy powoli zakwitał uśmiech.
– W porządku – oznajmiła mi na koniec. – To teraz mnie szybko pocałuj, zanim znowu mnie weźmie na wymioty.
– Cóż za romantyzm – westchnąłem, ale w głębi duszy byłem zadowolony.
Romantyzm będzie potem – ucięła. – Teraz proza życia. Buziak, ja wracam do łazienki, a ty idziesz po śledzia, kiszone ogórki i dżem jagodowy. I banany też kup. Czuję, że mam na nie ochotę. A potem... – nie dokończyła zdania, bo zzieleniała na twarzy, zrobiła w tył zwrot i pognała do łazienki.

Bez buziaka, bo nie zdążyłem. „To nic – pomyślałem. – Mam czas. Nawet bardzo dużo czasu”. A tymczasem ja – dumny ojciec – poszedłem na te ciążowe zakupy. W sercu czułem dziwny spokój.

Więcej prawdziwych historii:
„Moja durna kuzynka na własne życzenie padła ofiarą handlarzy ludźmi. Do tego wciągnęła w to 4-letnią córkę…”
„Był największym gburem, chamem i prostakiem, jakiego mogłam sobie wyobrazić. A mimo to mnie do niego ciągnęło”
„Całe życie odtrącałem kobiety, kiedy zaczynało im zależeć. Gdy poznałem tę jedyną, ona zaczęła wodzić mnie za nos”
„Zrobiłam z siebie idiotkę, by zdobyć swojego pracownika. On mnie odrzucił, bo... jest impotentem”