Zdradzana kobieta fot. Adobe Stock

„Mój partner ma 38 lat, a jego nowa kochanka 20. Nie pozwolę mu odejść, przecież mamy dziecko”

Zemsta jest słodka? Tak, przyznaję, na początku była. Jednak szybko obróciła się przeciwko mnie.
/ 06.09.2020 06:58
Zdradzana kobieta fot. Adobe Stock

Sześć ostatnich lat uważam za zmarnowane. No chyba że potraktuję je jako nauczkę. Jestem wściekła, ale teraz już nie tylko na Janusza. Również na siebie… Trzeba było nie udawać, że mu przebaczyłam. Powinnam zacząć nowe życie, bez niego. A nie nowe życie z nim, w oczekiwaniu na to, że za wszystko mi zapłaci.

Poznałam Janusza, gdy byłam na studiach. Osiem lat ode mnie starszy, miał własną firmę, dom, a na dodatek starał się zrobić karierę w polityce. Imponował mi zaradnością i doświadczeniem. Wydawało mi się, że jest idealnym kandydatem na męża. No, prawie idealnym. Miał jedną wadę, a mianowicie był rozwodnikiem. W naszym rozplotkowanym miasteczku mówiło się, że ponoć żona go zostawiła, bo sobie zasłużył. Ale ja miałam w nosie plotki. Dla mnie był szansą na wygodne, dostatnie życie. A jeśli udałoby mu się osiągnąć coś w polityce, to może zabrałby mnie nawet do samej Warszawy. Tego pragnęłam najbardziej. Choć trochę się też bałam, bo polityka mnie nie interesowała; nie orientowałam się, co dzieje się w naszym kraju, kto w nim rządzi i jak.

Kiedyś pojechaliśmy razem do Warszawy na imprezę z okazji jubileuszu znanej gazety. Janusz brylował w towarzystwie, dyskutował, a ja uśmiechałam się tylko, bo nie bardzo wiedziałam, o czym mówią. Wtedy pomyślałam, że mogę się nie odnaleźć w takim życiu, ale natychmiast stłumiłam w sobie te głupie obawy. W końcu czy żony polityków muszą się znać na polityce? Żona nie jest od rozmawiania, tylko od innych rzeczy. A na tych innych rzeczach znałam się jak żadna. „W sypialni jestem nie do pobicia” – myślałam. „A jak już będziemy mieć dzieci, zajmę się nimi i domem, bo taka jest rola kobiety”. Dzieci lubiłam i wiedziałam o nich wszystko. W międzyczasie zdążyłam już skończyć studia i byłam dyplomowaną nauczycielką wychowania przedszkolnego.

Był tylko jeden problem – mimo że od kilku lat byliśmy razem, Janusz nie chciał się żenić. Nie dziwiłam się, że nie chce ślubu kościelnego, bo twierdził, że jest ateistą. I choć o białej sukni marzyłam od dziecka, nie tylko nie naciskałam na niego w tej sprawie, ale nawet udawałam, że mi to odpowiada. A ponieważ chciałam, by postrzegał mnie jako partnerkę dla siebie idealną, także przestałam chodzić do kościoła. Miałam jednak nadzieję na ślub cywilny. Tymczasem o tym też nie chciał słyszeć. Postanowiłam więc wziąć sprawy w swoje ręce – odstawiłam pigułki. Efekt był prawie natychmiastowy. Zaszłam w ciążę i... Jakież było moje zdziwienie, gdy mój ukochany zamiast ślubu zaproponował, byśmy razem zamieszkali w zakupionym wspólnie mieszkaniu (bo w domu odkupionym od rodziców ma firmę).
– Jak to zakupionym wspólnie mieszkaniu? – zapytałam. – Przecież nie jesteśmy małżeństwem.
– Już raz się rozwodziłem i wiem, jaki to koszmar. Związki partnerskie są trwalsze, bo ludzie żyją ze sobą z miłości, a nie dlatego, że podpisali kiedyś jakiś papier. A mieszkanie mogą kupić na spółkę nawet obcy sobie ludzie.
– Masz rację – odpowiedziałam, choć moje zdanie na ten temat było całkiem odmienne.

Gdy córka przyszła na świat, mieszkaliśmy już we własnym M-3, które w połowie sfinansowali moi rodzice. Dominisia była prześliczna i kochana, rekompensowała mi wszelkie zawiedzione nadzieje, brak ślubu i całkowity brak porozumienia z Januszem. Zdałam sobie sprawę z tego, że dzieliło nas bardzo wiele rzeczy – nie rozumiałam jego dziwacznego poczucia humoru, nudziły mnie gadające głowy w telewizji, którym przysłuchiwał się z wielkim zainteresowaniem całymi wieczorami, zamiast ze mną oglądać seriale. O telewizję nie kłóciliśmy się, bo na szczęście ulubione filmy mogłam obejrzeć w powtórkach następnego dnia, zanim wrócił z pracy.

Sprawą sporną było łóżko. Nie miałam już takiej ochoty na seks jak dawniej. Co prawda starałam się, żeby tego nie zauważył, ale i tak kochaliśmy się nie tak często, jak on by tego chciał. Zresztą po paru miesiącach i jego ta sfera naszego życia jakby przestała interesować. Wtedy odetchnęłam z ulgą. Tymczasem, jak się szybko okazało, powinnam raczej wzmóc czujność. Janusz coraz częściej wyjeżdżał służbowo, a gdy był w domu, wciąż rozmawiał przez telefon, i to na balkonie, w toalecie albo w kuchni – a kiedy tam po coś wchodziłam, szybko przerywał rozmowę.

Zaczęłam podejrzewać, że kogoś ma, choć dziwiło mnie to – przecież byłam od niego młodsza, nadal zgrabna, no i mieliśmy maleńkie dziecko. Śledztwo zaczęłam standardowo – lustracja kieszeni, przegląd SMS-ów. Nic to nie dało. Kiedyś jednak nie schował billingów służbowej komórki… No i okazało się, że jeden numer powtarzał się wyjątkowo często. Gadał z tym kimś od rana do nocy. Za wyjątkiem dni, kiedy był na wyjazdach służbowych. „Takie to wyjazdy służbowe, jak ja jestem hipopotam” – pomyślałam i postanowiłam wkroczyć do akcji.

Nie chcę tu opisywać słów, które wtedy padły. Dość powiedzieć, że wylałam morze łez, prosząc go, żeby… został. Bo on nie kłamał, nie kajał się, tylko po prostu spakował się i wyprowadził. Do domu, w którym miał firmę, i do niej, do dziewczyny o 18 lat od niego młodszej. Do gówniary, która zamiast kuć do egzaminów wstępnych, uczyła się obsługi cudzego faceta. Boże, jak ja ich nienawidziłam. Wieść o mojej hańbie rozeszła się po miasteczku lotem błyskawicy. Gdyby nie rodzice, załamałabym się.

Spore sumy, które Janusz płacił na dziecko i utrzymanie mieszkania, nie goiły ran. Byłam coraz bardziej wściekła i coraz częściej marzyłam o zemście. Wyobrażałam sobie chwilę, kiedy ta gówniara kopnie go w zadek, a on przyjdzie do mnie skruszony. I wtedy go przyjmę, ale nie będzie już tak jak dawniej. Odpowie mi za wszystko. Odkuję się, wzmocnię, urządzę się za jego kasę i przepędzę gdzie pieprz rośnie, kiedy tylko znajdę kogoś lepszego.

O swoich życiowych planach opowiedziałam kiedyś mamie. Niestety, zamiast zachwycić się pomysłem, zaprotestowała:
– Irminko, popełniłabyś wielki błąd. Jeśli mu nie wybaczysz, to wybij sobie z głowy te scenariusze. Taki związek jest toksyczny. Nie można żyć z kimś, kogo się nienawidzi. Nawet dla dobra dziecka. Korzystaj z tego, że ja i tata ci pomagamy, usamodzielnij się, wypracuj sobie dobrą pozycję zawodową. Od września tata załatwi ci pracę w przedszkolu, Janusz płaci alimenty, dasz sobie radę.
– Mamo, żyjemy w małym mieście, w którym samotna matka i porzucona kobieta to temat kpin i plotek. Będąc z Januszem, nawet bez ślubu, byłabym tutaj kimś. Bo w naszym miasteczku, a nawet województwie on jest VIP-em. Znany, dobrze ustawiony i z perspektywą przeniesienia się do stolicy. No i jeszcze jeden argument: widzisz tu kolejkę do mojej ręki? Właśnie stukęła mi trzydziestka, a mam jeszcze dziecko w bonusie.
– Racja, nie robisz się młodsza i masz dziecko, ale nadal uważam, że żyć u boku kogoś tylko po to, żeby się na nim odegrać, to chory pomysł. Posłuchaj mojej rady i zacznij myśleć o swojej przyszłości bardziej rozsądnie – podsumowała mama i na tym skończyłyśmy rozmowę. Może bym i posłuchała jej rad, ale, niestety, dowiedziałam się od wspólnych znajomych, że Janusz jest szczęśliwy i właśnie wrócił z cudownej wycieczki do Tajlandii, gdzie przez cały miesiąc był ze swoją nową miłością. Szlag mnie trafił. Postanowiłam czekać cierpliwie, aż on za mną zatęskni, a tymczasem chęć zemsty wciąż pielęgnować w sercu i podsycać, gdyby to miało potrwać dłużej niż rok. Podobno jeśli się czegoś bardzo pragnie, to się spełnia…

Pewnego dnia Janusz wrócił. A ja bez trudu weszłam w rolę, którą układałam sobie w myślach przez cały ten czas. Znałam ją na pamięć. Pozwoliłam się przebłagać, „uwierzyłam” w zapewnienia, że już nigdy, że na zawsze… Zapewniłam, że kocham i… wybaczam. A w duszy codziennie powtarzałam sobie „teraz za wszystko mi zapłacisz”. I tak zaczęłam swoje nowe życie w związku partnerskim. Tym razem jednak na moich zasadach. Dbałam tylko o siebie i córkę. Do pracy mój partner wychodził bez śniadań, bo rano nie miałam czasu ich robić, skoro też wychodziłam do pracy. Obiady jadłyśmy z córką w przedszkolu, a kolacji nie robiłam, bo nie i już. Żadnego prania czy prasowania jego ciuchów. Seks? Owszem, ale tylko wtedy, kiedy to ja miałam ochotę, a czasem rzeczywiście miałam.

Przede wszystkim żądałam kasy, dużo kasy, bo należała mi się jak psu kość. To ja robiłam zakupy, opłaty, więc wyznaczałam niezbędne mi kwoty. Coraz wyższe – a to co zaoszczędziłam, wpłacałam na własne konto. Janusz pracował od rana do nocy, w weekendy zajmował się córką, naprawdę się starał, żeby zatrzeć ślady dawnych przewinień. Jednak to rozwścieczało mnie jeszcze bardziej...

Pewnego dnia wpadłam na pomysł, że skoro tak się wysila, mogłabym jeszcze bardziej go docisnąć. Po diabła mam pracować i się męczyć? Niech zarabia na niepracującą żonę i dziecko – im mniej będzie miał dla siebie czasu, tym mniej okazji do ewentualnej zdrady. Przed tym też przecież powinnam się zabezpieczyć. Gdy zbliżały się wakacje, poszłam do dyrektorki przedszkola i podziękowałam za pracę.
– Partner nalega, żebym była kobietą domową. Stać go na to – powiedziałam zaskoczonej szefowej. – Zresztą wkrótce zamierzamy się przenieść do Warszawy, więc uczciwiej będzie, jeśli już teraz uprzedzę panią, żeby szukała pani kogoś na moje miejsce.

Oczywiście zupełnie inną wersję przedstawiłam całej mojej rodzinie. Straciłam robotę, bo dyrektorka zatrudniła jakąś znajomą. Zapewniłam Janusza, że szukam pracy i zaczęłam się upajać nicnierobieniem.

Wakacje upłynęły błyskawicznie, minął wrzesień, październik... Janusz pogodził się z tym, że nie mogę znaleźć roboty, bo jest kryzys, bezrobocie i tak dalej... A ja, osoba z wyższym wykształceniem, nie będę przecież siedzieć w sklepie na kasie. Do braku śniadań i obiadów domowych się już przyzwyczaił, nie zawracałam więc sobie głowy gotowaniem. Wysypiałam się, dbałam o siebie, o swój wygląd i figurę, popołudnia spędzałam z córką. Dni mijały, ja miałam się znakomicie, za to Janusz wyglądał coraz gorzej – zaharowany, zaniedbany. Gdy po powrocie z pracy padał zmęczony na fotel, patrzyłam na niego z pogardą i radością zarazem. To była moja zemsta, na którą tak czekałam.

Pewnego dnia zachorował. Wrócił do domu z gorączką 39 stopni. Słaniał się na nogach, wreszcie padł na łóżko jak nieżywy. Ciężko oddychał. Wystraszyłam się, że jeszcze mi tu umrze. Jednak nie zrobiłam nic. Spać położyłam się spać w pokoju Dominiki. Rano, jak gdyby nigdy nic, odprowadziłam ją do przedszkola. Gdy wróciłam, akurat wstał z łóżka. Opierając się o ściany, wszedł do kuchni po coś do picia. Przeżył.

W moim planie, niestety, nie przewidziałam jednego – że kryzys dopadnie również jego firmę, że skarbówka usiądzie mu na koncie i na życie zostanie nam kilkaset złotych miesięcznie. Rola pani VIP-owej, na którą tak liczyłam, zdawała się oddalać z prędkością światła. Kiedy pewnego dnia w sklepie włożyłam kartę do czytnika i dostałam odmowę realizacji, osłupiałam. Na naszym koncie nie było pieniędzy. Skończyły się marzenia o dostatnim życiu i przeniesieniu się do stolicy. Wróciłam do domu i wściekła czekałam na Janusza. Gdy tylko wszedł, napadłam na niego, nie czekając nawet, aż zdejmie kurtkę. Nie chciałam słyszeć tłumaczeń. Albo będzie zarabiał, albo niech spada. Bo do niczego innego nie jest mi potrzebny.

Od słowa do słowa rozpętała się awantura. Złość tłumiona przez ostatni rok, była już teraz nie do opanowania. Padły słowa, których nie dało się cofnąć. Nie było w nich krzty obiecanego kiedyś wybaczenia. Wykrzyczałam mu, co czułam, gdy mnie zdradził i porzucił, powiedziałam, że przyjęłam go z powrotem tylko po to, aby mi zapłacił za wyrządzoną krzywdę. Miłość? Udawałam!
– Nienawidzę cię za to, co mi zrobiłeś i nigdy ci nie przebaczę, a w kłopotach niech cię wspiera ta dziwka, dla której mnie wtedy porzuciłeś. Ale przecież ona zostawiła cię jak śmiecia, gdy tylko trafił jej się młodszy, przystojniejszy i lepiej ustawiony. A jeśli wierzyłeś, że mimo wszystko będę cię kochać, to jesteś idiotą.

Janusz stał porażony moim wybuchem i prawdą, z którą musiał się zmierzyć. Dotarło do niego wreszcie, że szczęście rodzinne, na które od prawie roku tak dzielnie pracował, prysnęło jak bańka mydlana. Po chwili wszedł do łazienki, wrzucił do torby swoje kosmetyki, maszynkę do golenia i szczotkę do zębów, i wyszedł z mieszkania. Na zawsze. Kilka dni potem wystąpiłam do sądu o alimenty na dziecko i na siebie, bo przecież nie pracowałam.

Adwokat obiecał, że obedrzemy Janusza ze skóry. Niestety tak się nie stało. Jego adwokat powołał na świadka dyrektorkę przedszkola, która zeznała, że porzuciłam pracę. Wyszło też na jaw, że nie zarejestrowałam się w urzędzie pracy. O alimentach na siebie mogłam więc tylko pomarzyć. Okazało się też, że dom, który Janusz odkupił od rodziców, jest obciążony hipoteką i będzie ją spłacał jeszcze przez kilkanaście lat. Ma także inne długi, a firma nie przynosi dochodów. Alimenty, jakie sąd w końcu zasądził, to marne grosze. Na szczęście Janusz uniósł się honorem i swoją część naszego wspólnego mieszkania przepisał na córkę.

Zostałam więc z mieszkaniem, na które muszę zapracować. Prawdopodobnie w sklepie na kasie, bo do przedszkola dyrektorka mnie nie przyjmie, a z kolegami z branży zapewne już podzieliła się sensacjami na temat byłej pracownicy, która miała się wyprowadzić do stolicy, ale plany jakoś jej nie wyszły. Janusz tymczasem wyniósł się z naszego miasteczka do Olsztyna i realizuje swoje marzenia. Udziela się w polityce. Być może nawet w końcu trafi do stolicy. Ale beze mnie. Wszystko przez to, że nie chciałam przebaczyć, tylko ukarać. Skupiłam się na zemście, zamiast na tym, by sobie i córce stworzyć warunki do nowego życia. Na zemście, która w gruncie rzeczy stała się moją porażką.

Więcej listów do redakcji:„Przez prawie 20 lat nie miałem pojęcia, że mam córkę. Nie zdążyłem jej poznać, bo.... zmarła”„Moją córkę zabił na pasach pijany kierowca. Zatraciłam się w swojej żałobie i odtrąciłam bliskie mi osoby”„Mam żonę, dwójkę dzieci i kochankę. Żyję tak od kilku lat bez wyrzutów sumienia, bo żona wie o wszystkim”