Mężczyzna z syndromem Piotrusia Pana fot. Adobe Stock

„Ślub i dzieci nie są dla mnie. Jak tylko kobieta zaczyna o tym wspominać, to mówię, że musimy się rozstać”

Nie rozumiem dziewczyn. Kiedy tylko zaczyna się układać, zawsze to psują gadaniem o ślubie i dzieciach...
/ 18.11.2020 16:58
Mężczyzna z syndromem Piotrusia Pana fot. Adobe Stock

Patrzyłem na jej bladą, smutną twarz i szeroko otwarte oczy, w których mieszały się bezbrzeżne zdumienie, niedowierzanie i rozpacz, i z każdą sekundą robiło mi się coraz goręcej. Na dworze ciepło, wiosna, a w restauracji, w której siedziałem z Magdą, wręcz panowała duchota. Rozpiąłem guzik koszuli, otarłem pot z czoła i westchnąłem ciężko. Nienawidziłem tego robić. Choć miałem całkiem spore doświadczenie w zrywaniu z dziewczynami, zawsze czułem się przy tym jak ostatni drań.
– Ale… jak to musimy się rozstać? – wyjąkała. – Przecież wszystko układa się nam tak dobrze. Ostatnio zaczęliśmy nawet rozmawiać o ślubie, pamiętasz?

O tak, pamiętałem. Ględziła mi o tym od miesiąca. Zaczęła delikatnie, od ledwo zauważalnych sugestii, a kiedy zobaczyła, że to na mnie nie działa, walnęła z grubej rury i zwyczajnie mi się oświadczyła. A właściwie to zażądała pierścionka. Przynajmniej ja to tak odczułem. Mówiła, że jej koleżanki są już mężate i dzieciate, i ona też by chciała.

Tłumaczyłem jej, że nie jestem gotowy, że potrzebuję czasu, ale nie chciała mnie słuchać. Chyba byłem zbyt delikatny, bo moje pokrętne odpowiedzi wzięła za zgodę. Poprzedniego dnia przyłapałem ją na przeglądaniu katalogów sukien ślubnych i miarka się przebrała. A było tak dobrze… Dlaczego baby zawsze muszą wszystko zepsuć?!
– Kochanie, zrozum… Nie nadaję się do małżeństwa – powiedziałem teraz Magdzie.
– Rozumiem, naprawdę rozumiem. – przytaknęła gorliwie. – Przecież możemy poczekać, mamy czas. Mnóstwo czasu. Nie musimy się od razu rozstawać.

Mamy czas?! I to mówi ta sama osoba, która jeszcze wczoraj twierdziła, że jej zegar biologiczny tyka, więc ona chce jak najszybciej zostać matką?! No tak, zawsze było tak samo… Teraz Magda brzytwy się chwyci, byle mnie przy sobie zatrzymać, a jeśli się ugnę, to za miesiąc, dwa, może za pół roku znowu się zacznie. Przerabiałem to wielokrotnie. Dawniej nie było tak źle, bo ja miałem mniej lat, one miały mniej lat i było naturalne, że się bawimy i nie wchodzimy zbyt głęboko w związki. A teraz?

Niedawno skończyłem 35 lat i już mi nie wypada spotykać się z osiemnastkami, których jeszcze nie interesuje biała sukienka i grzebanie się w pieluchach. To znaczy, mógłbym sobie na to pozwolić. Jestem przystojny i elokwentny, dobrze zarabiam. Poleciałyby na mnie. Ale ja nie chcę durnej małolaty na jedną noc, jak niektórzy moi kumple. Zresztą to mi trochę trąci pedofilią. W kobiecie szukam czegoś, co mnie zafascynuje, czegoś tajemniczego i podniecającego. Nie wystarczy, żeby była ładna. Musi być też inteligentna i umieć mnie zaskakiwać. Takie były kobiety, z którymi się spotykałem. Taka była i Magda. Tylko co z tego, skoro chciała zaciągnąć mnie przed ołtarz?!
– Przykro mi, to naprawdę nie ma sensu – wstałem od stołu i po prostu wyszedłem.

Czułem się podle, dlatego pierwsze swe kroki skierowałem do baru, skąd zadzwoniłem do kumpla. Marek, mój najlepszy przyjaciel, oczywiście podobnie jak ja zatwardziały singiel, zjawił się już po piętnastu minutach. Od razu przyszło mi na myśl, że gdyby miał żonę, trzeba by było się z nim umawiać z miesięcznym wyprzedzeniem, o ile w ogóle puściłaby go na piwo…
– I jak tam, stary, już po wszystkim? – spytał, kiedy zamówiliśmy dwa duże kufle.
– Daj spokój, masakra… Czemu muszę przez to przechodzić? – westchnąłem.
– Cóż, takie życie… Natury kobiet nie zmienisz. Moja Majka też już powoli zaczyna przebąkiwać o ślubie, więc nie wiem, jak to się wszystko potoczy. Chyba jednak musimy przerzucić się na te osiemnastki – zażartował, po czym wypiliśmy zdrowie samotnych mężczyzn.

Noc była jeszcze młoda, kiedy ją zobaczyłem. Piękna, wręcz zjawiskowa. Miała długie kasztanowe włosy spływające jej naturalnymi falami na ramiona, wspaniałą figurę i niewielkie, kształtne piersi, które delikatnie rysowały się pod bluzeczką. Nie była ubrana wyzywająco, jak niektóre z obecnych tam kobiet. Przeciwnie – powiedziałbym nawet, że jej strój był skromny. A jednak miała w sobie coś, co sprawiło, że moje serce nagle zabiło mocniej. Siedziała przy barze i wyraźnie na coś czekała.
– Stary… Widzę boginię – powiedziałem do kumpla, a on podążył wzrokiem tam gdzie ja. – Super laska...
– No to dawaj. – zaśmiał się Marek. – Nie ma co marnować czasu.
Wstałem od stolika i lekko się już zataczając, poszedłem do pięknej nimfy.
– Witaj śliczna, czyżbyś czekała właśnie na mnie? – zagadnąłem ją. Odwróciła głowę w moją stronę i zmierzyła mnie uważnym spojrzeniem. Dopiero teraz mogłem przyjrzeć się jej twarzy. Była tak samo ładna jak cała reszta. Duże zielone oczy, pełne usta, regularne rysy i nieskazitelna cera – po prostu ideał. Niestety nie wyglądała na zainteresowaną.
– Nie, czekam na drinka – rzuciła obojętnie i znów odwróciła głowę.
– Mogę kupić ci nawet tysssiąc drinków – wymamrotałem, czując, że się pogrążam.
Cholera, dlaczego w chwili, gdy spotykam najpiękniejszą kobietę świata, muszę być akurat nawalony? Co za pech.
– Dziękuję, wystarczy jeden. Poza tym mam pieniądze – odparła, po czym zabrała szklankę z czymś zielonym, którą postawił przed nią kelner i zniknęła w tłumie.

Wróciłem do stolika z podkulonym ogonem. Nie byłem przyzwyczajony do porażek.
– I co, nie poszło ci najlepiej? – domyślił się Marek. – Spoko, widać od razu, że to twarda sztuka. Poczekaj, aż trochę wypije.

Jednak ona najwyraźniej nie zamierzała się upijać. W ciągu następnej godziny jeszcze kilka razy udało mi się ją zlokalizować to tu, to tam, ale nie widziałem, żeby trzymała w dłoniach jakikolwiek alkohol.
Z tego, co zauważyłem, przyszła tutaj z grupą koleżanek. Wszystkie nosiły jakieś dziwaczne szarfy, a jedna miała na głowie welon, więc domyśliłem się, że to wieczór panieński. „Czyli kolejny biedak został usidlony” – pomyślałem z przekąsem. W pewnym momencie zobaczyłem, że moja nimfa wyszła na parkiet. Sama. Natychmiast postanowiłem wykorzystać tę szansę i lawirując między tańczącymi parami, podszedłem bliżej.
– Cześć – wrzasnąłem, próbując przekrzyczeć głośną muzykę.
– Cześć – odpowiedziała mi, a to był już chyba dobry znak.
– Mogę z tobą zatańczyć? – zapytałem trochę bez sensu, bo przecież właśnie z nią tańczyłem (a przynajmniej obok niej).
– Jak chcesz – wzruszyła ramionami i po raz pierwszy się uśmiechnęła. A więc tańczyliśmy. Z każdym ruchem byłem coraz bliżej dziewczyny, udało mi się nawet objąć ją w talii. Nie protestowała.

„Całkiem dobrze mi idzie” – pomyślałem i nieopatrznie zjechałem ręką w okolice jej pupy. I nagle… plask. Dostałem otwartą dłonią, aż zapiekł mnie policzek. No, no – ta dziewczyna potrafiła przywalić.
Zdążyłem tylko pochwycić jej wściekłe spojrzenie i znowu zniknęła mi w tłumie. Chyba tamtego dnia naprawdę nie byłem w formie. Cóż, zdarza się najlepszym…

Po tygodniu od mojego zerwania z Magdą czułem się coraz lepiej. Oddychałem pełną piersią. Przez ostatnie miesiące dusiłem się w tym związku. Niby wszystko było w porządku, ale wiedziałem, że Magda prędzej czy później poruszy wiadomy temat. Tak wynikało z moich obliczeń, bo byliśmy już razem prawie trzy lata. Oczekiwałem tej chwili, spodziewałem się jej – i nastąpiła. Szczerze mówiąc, to nie tak, że bałem się ciągłej kontroli, z którą wielu kojarzy się małżeństwo. Bywałem już w długich związkach, w których kobiety próbowały założyć mi kaganiec i uwiązać na smyczy, ale nigdy im się to nie udało. Potrafiłem sobie z tym radzić. Odrobina perswazji, odpowiedni dobór słów, właściwe zachowanie we właściwej chwili i jaką taką wolność miałem zagwarantowaną. Bałem się czego innego… Dzieci. I tej nieodwracalności z nimi związanej. Bo o ile z tą czy inną kobietą mogłem się rozstać, jeśli coś by poszło nie tak, o tyle dzieciaka przecież nie zostawię. Aż takim draniem nie jestem. Związki się kończą, nawet dla rozwodów w dzisiejszych czasach jest już dużo większe przyzwolenie niż dawniej, ale ojcem nie przestaje się być do końca życia. To mnie przerażało najbardziej i dlatego dotąd nie ożeniłem się z żadną kobietą. Bo one wszystkie chciały mieć dzieci.

Tak rozmyślałem, idąc ulicą, kiedy…
– Oj, najmocniej przepraszam, naprawdę, zagapiłem się i…. – urwałem gwałtownie.
Przede mną, pośród rozsypanych po całym chodniku warzyw, owoców i innych produktów spożywczych, stała Ona. Piękna nimfa z klubu. Z bardzo groźną miną, która nie wróżyła niczego dobrego.
– To ty… – wyszeptałem, ale ponieważ tym razem nie byłem pijany, zaraz się zreflektowałem i rzuciłem do zbierania jej zakupów, nerwowo przy tym tłumacząc:
– Zamyśliłem się i pani nie zauważyłem, ale zaraz wszystko włożymy, tam gdzie trzeba. Naprawdę, nie ma się czym przejmować…
– Ale ja się wcale nie przejmuję – usłyszałem nad głową jej głos. – Właściwie to nawet lubię patrzeć, kiedy mężczyzna naprawia to, co zepsuł.
Uniosłem głowę. Stała i uśmiechała się.
– Czemu pani sama dźwiga tyle siatek? To przecież za ciężkie dla kobiety… – wyrwało mi się, kiedy już zebrałem wszystko do toreb i postawiłem na ziemi.
– A kto ma je za mnie nosić? – wzruszyła lekko ramionami.
– Ja chętnie pomogę – zaoferowałem się natychmiast, a ona łaskawie się zgodziła.

Okazało się, że mieszka niedaleko, więc nie mieliśmy zbyt wiele czasu na rozmowę. Dowiedziałem się jedynie, że ma na imię Renata, wynajmuje małą kawalerkę u jakiejś starej zrzędliwej baby i że nie ma faceta. To znaczy, nie powiedziała mi tego, broń Boże, po prostu tyle zdołałem wywnioskować z tych paru zdań, które zamieniliśmy. Nie wiedziałem, czy mnie poznała, ale miałem ogromną nadzieję, że nie.
– Dzięki – powiedziała, kiedy dotarliśmy pod jej blok. – Dalej poradzę sobie sama, w środku jest winda – uśmiechnęła się, zabierając mi siatki z zakupami. Już otworzyłem usta, żeby coś powiedzieć, jednak zrezygnowałem. Przecież nie wproszę się jej teraz do domu. Musiałaby sama to zaproponować…
– Cała przyjemność po mojej stronie – bąknąłem tylko, myśląc sobie, że przynajmniej wiem, w którym budynku mieszka. Już miałem odejść, kiedy Renata odwróciła się do mnie ze słowami:
– Nie jesteś wcale aż takim dupkiem, jak mi się na początku wydawało. Przepraszam, że cię wtedy uderzyłam.

I poszła. Stałem jeszcze chwilę osłupiały i gapiłem się w drzwi, które przed chwilą za sobą zamknęła. Czyli jednak mnie poznała… A mimo to pozwoliła sobie zanieść siatki z zakupami pod sam blok. To chyba znaczyło, że nie przekreśliła mnie na dobre.

Nazajutrz kilka razy minąłem jej dom. Zresztą w ciągu następnych kilku dni w ogóle starałem się jak najczęściej bywać w tej okolicy. Miałem nadzieję, że trafię na nią przypadkiem. Oczywiście nic takiego nie nastąpiło, więc pewnego ranka postanowiłem, niczym rasowy psychopata, zaczaić się na nią pod drzwiami do klatki. Zaparkowałem auto w pobliskiej uliczce. Będę stał i czekał, aż się pojawi, a potem powiem coś w stylu: „O! Jaki zbieg okoliczności. Znowu się spotykamy”. Nie powinienem czekać zbyt długo. Przecież w końcu musi iść do pracy, albo na zakupy. I rzeczywiście, koło dziewiątej wpadła… wprost w moje ramiona. Dosłownie.
– O! Jaki zbieg okoli… – zacząłem, ale wyrwała się bez słowa i pobiegła do apteki, która znajdowała się w sąsiedniej bramie. Przez chwilę stałem, gapiąc się za nią zdumiony. Czułem się idiotycznie. Kiedy po chwili znów wybiegła na ulicę, zauważyłem, że trzyma w dłoniach reklamówkę pełną medykamentów. Pomyślałem, że chyba wstrzeliłem się w zły moment.
– Renata? Nie poznajesz mnie? – zdołałem wykrztusić. – Coś się stało?
– Przepraszam, nie mam czasu – jęknęła. – Zdarzył się wypadek i muszę wracać…
I pognała ku swojej klatce.
– Może mógłbym jakoś pomóc?! – krzyknąłem za nią. Wtedy nagle stanęła, odwróciła się do mnie i odkrzyknęła:
– Masz może samochód?
To oznaczało zaproszenie do środka.

Powiem szczerze: dawno już nie doznałem takiego szoku, jak wtedy, gdy wchodziłem z nią do mieszkania. Szok to mało powiedziane – ja po prostu wrosłem w podłogę na widok tego, co tam zastałem. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to rozbite lustro w przedpokoju i krew na podłodze.
A w pokoju obok, na kanapie, leżała na oko sześcioletnia, przerażona, zapłakana dziewczynka. Miała krwawiącą ranę na przedramieniu i liczne zadrapania na buzi. Nie wiem, czy bardziej przeraził mnie stan tego biednego dzieciaka, czy sam fakt, że ktoś taki przebywa w mieszkaniu Renaty. Bo przecież nie miałem zielonego pojęcia, że moja klubowa nimfa jest… mamuśką.

To pewnie zabrzmi okropnie, ale w pierwszej chwili miałem ochotę uciec, gdzie pieprz rośnie… Na szczęście opanowałem się.
– Byłam w kuchni i nie zauważyłam, że Asia jeździ hulajnogą po domu… – rzuciła zdenerwowana Renata, wyciągając z siatki opatrunki i coś do przemycia ran. – Dzwoniłam już na pogotowie, ale podobno nie mają wolnych karetek. Mogliby być dopiero za jakąś godzinę. Nie możemy tyle czekać…

To był naprawdę przedziwny dzień. Chyba jak żyję, nie doświadczyłem niczego takiego. Najpierw ostrożnie zaniosłem Asię do mojego auta i pomknęliśmy na ostry dyżur, a potem przez dłuższy czas czekaliśmy, aż małą skończy oglądać lekarz. Co prawda pacjenci z karetek zwykle mają w takich wypadkach pierwszeństwo, ale widząc krwawiące dziecko, nikt z kolejki nie protestował, żeby przyjęto je poza kolejnością. Rany okazały się niegroźne, choć tę na przedramieniu trzeba było szyć. Jednak lekarz powiedział, że będzie dobrze. Kiedy Renata usłyszała, że jej córce nic nie grozi, odetchnęła tak, jakby się pozbyła ciężaru ponad jej siły.

I niebawem gadaliśmy już o wszystkim, nie tylko o małej. Ani trochę nie myliłem się co do niej. Rzeczywiście była niezwykła. Potrafiła być taka nawet w szpitalnej poczekalni. A ja, siedząc tam i starając się dodać jej otuchy, jakimiś cudem w ogóle nie czułem strachu, choć przecież powinienem. W końcu była matką, w dodatku samotną, a takie są najgorsze… To one mają największe parcie na założenia pełnej rodziny, na złapanie kogoś „do kompletu”. Co według mojej dotychczasowej filozofii oznaczało, że ta znajomość nie może trwać dłużej, niż to konieczne. A jednak wtedy nie myślałem o tym. Miałem w głowie tylko Renatę.
– Czemu właściwie jesteś sama? – odważyłem się w końcu spytać. – Taka kobieta jak ty nie powinna…
– Nie jestem sama – przerwała mi pospiesznie. – Mam Asię.
– Nie chcesz powiedzieć. Rozumiem – skinąłem głową. – Ledwo się znamy.
– O czym tu opowiadać? – wzruszyła ramionami. – Mój facet uznał, że nie nadaje się na ojca, i tyle.  Szkoda, że zorientował się trochę za późno, ale cóż… Taka już natura Piotrusia Pana. Nic nie poradzę.
Przełknąłem głośno ślinę. Poczułem się trochę tak, jakby mówiła o mnie.

Gdy już wróciliśmy z małą do domu, Renata zaprosiła mnie na herbatę. Przebiegło mi przez głowę, żeby wymigać się brakiem czasu, lecz jakoś nie potrafiłem tego zrobić. Zupełnie jakby nagle wstąpił we mnie obcy, który kierował moim zachowaniem i nie pozwalał mi robić tego, co na pewno zrobiłbym w innych okolicznościach. Siedziałem u niej do późna, razem położyliśmy Asię spać, a potem rozmawialiśmy. Kiedy wychodziłem, jedna połowa mnie darła się wniebogłosy: „Chyba zwariowałeś!”, a druga całkowicie ją ignorowała, wiedząc, że jeszcze tu wrócę. I że tym razem zostanę na dłużej. Kto wie, może nawet na zawsze?

Więcej listów do redakcji: „Nie kocham męża. Tęsknię za mężczyzną, z którym miałam romans przed ślubem. On jest ojcem mojego syna”„Wyparłem się córki, ale zrozumiałem swój błąd. Po 15 latach chcę odzyskać z nią kontakt, ale jej matka to utrudnia”„Miałam raka, straciłam dwie piersi i męża, który mnie kochał, dopóki byłam zdrowa”