Z życia wzięte fot. Fotolia

Z życia wzięte - prawdziwa historia o spotkaniu miłości z dawnych lat

Mój mąż, dobry człowiek, kompletnie nie ma talentu do interesów. A ja tak bym chciała żyć na wysokim poziomie…
/ 21.09.2015 15:20
Z życia wzięte fot. Fotolia
Kamila? To naprawdę ty?! – słysząc za plecami swoje imię, które wyrwało mnie z zamyślenia, zatrzymałam się pośrodku parkowej alejki i odwróciłam. Kilkadziesiąt metrów dalej, przy fontannie odbywał się festyn, dlatego po parku kręciło się sporo ludzi. Z początku nie zorientowałam się więc, kto mnie woła. Przystanąwszy, z tłumu przechodniów próbowałam wyłowić właściciela głosu.
– Tutaj jestem! – od strony budki z hot-dogami, frytkami i lodami oderwała się jakaś postać i ruszyła w moim kierunku.

Zmrużyłam oczy, zastanawiając się, kto to taki. Niewątpliwie był mężczyzną, ale nikogo mi nie przypominał. Może to instruktor nauki jazdy, u którego swego czasu pobierałam lekcje? Też był taki niechlujny… Tylko dlaczego zwracał się do mnie po imieniu?! I skąd miał włosy? Przecież tamten, o ile mnie pamięć nie myli, był łysy jak kolano! A więc to chyba jednak nie on…
– No co ty, Kama? Nie poznajesz mnie? Marek! – zaśmiał się ten dziwny facet.
– Marek? – powtórzyłam, gorączkowo próbując dopasować imię do postaci.

Marek… Ilu Marków znałam w życiu? W przedszkolu był jeden, Marek-siusiarek na niego wołaliśmy, bo nie było leżakowania, na którym nie zmoczyłby materaca. Ten by mnie raczej nie poznał. Wujek Marek nie żył od jakichś siedmiu lat, więc to też na pewno nie on. Zresztą za młody. Marek Janeczka to kobieta, no i po ślubie zmieniła nazwisko na Jabłońska. Zaraz! Oczywiście! Był jeszcze mój Marek…

Zakochałam się w nim pierwszą dojrzałą, jak mi się wtedy wydawało, ale równocześnie jeszcze szaloną miłością. To było między drugim a trzecim rokiem studiów. Poznaliśmy się przed koncertem, który on współorganizował. Bardzo mi zależało, żeby usłyszeć na żywo moich ulubionych wykonawców, ale, jak to studentka, nie miałam zbyt dużo kasy. Siedziałam więc na murku i zastanawiałam się, jak się dostać do środka, nie płacąc za wejście. Obok przystanął niewysoki brunet w białej koszuli. Palił papierosa i gorączkowo tłumaczył coś komuś przez telefon. Z potoku słów wyłowiłam interesującą informację: ten chłopak, żeby wejść na koncert, nie musi kupować biletu.

Byłam dość śmiała, a także zdesperowana, dlatego postanowiłam to wykorzystać.
– Cześć, mógłbyś mnie jakoś wprowadzić? – spytałam go bez ogródek, gdy zakończył telefoniczną konwersację. W pierwszej chwili spojrzał na mnie zdumiony, a potem zdeptał niedopałek i spytał z zawadiackim uśmiechem:
– A co ja będę z tego miał?
– Jestem niezła z matmy – odparłam.
– Mogę ci pomóc, gdybyś miał kłopoty.
Chłopak spoważniał. Zmrużył oczy i tak przez chwilę przyglądał mi się w milczeniu.
– A wiesz, że to całkiem niezły deal – stwierdził w końcu. – Zapraszam…

Tak dostałam się na koncert. A po jego zakończeniu poszliśmy z Markiem na spacer. Okazało się, że studiujemy na tej samej uczelni. Ba! Nawet na tym samym wydziale. Co więcej, po wakacjach trafiliśmy do jednej grupy na tym samym kierunku, bo chłopak, wtedy już mój, powtarzał rok. Właśnie przez tę nieszczęsną matematykę. Niestety, Marek był dość odporny na wiedzę i pomimo moich starań wciąż miał kłopoty z zaliczeniem. Po roku postanowił zrobić sobie przerwę w nauce.
– Mam pomysł na mały biznes, rozkręcę go, a potem zastanowię się, co dalej – oznajmił mi zadowolony z siebie.
Rozłożyłam bezradnie ręce. Już na tyle go znałam, że wiedziałam jedno: jak sobie coś postanowi, to nie ma zmiłuj!

Poza uporem i brakiem talentu do liczenia słupków więcej wad Marka nie dostrzegałam. Miał za to całe mnóstwo zalet. Był wrażliwy. Obdarzony wyobraźnią. Czuły. Troskliwy. Życzliwy. Obrotny. Umiał grać na gitarze. Miał poczucie humoru i piękne oczy w kolorze rozszalałego Bałtyku. Utonęłam w nich na dobre. Tymczasem Marek zaczął tonąć w długach. Zapożyczył się na ten swój mały biznes, który okazał się klapą. Przez całe wakacje zasuwał na budowie w Norwegii, żeby wyjść na zero. I udało mu się! Ba, nawet odłożył parę groszy, które wspólnie przehulaliśmy nad polskim morzem.

W październiku wróciłam na uczelnię, a mój ukochany do pomysłu o biznesie. Tym razem bardziej się przyłożył, a może po prostu miał więcej szczęścia, bo już po kilku tygodniach zaczął zarabiać, i to nieźle. Wkrótce stać go było na wynajęcie samodzielnego mieszkania. Wtedy bez wahania spakowałam manatki, pożegnałam rodziców i wprowadziłam się do niego. Przez następny rok ja pisałam pracę magisterską, a Marek powoli budował swoją firmę. Zaczęliśmy planować wspólną przyszłość. Byliśmy wtedy naprawdę szczęśliwi. Jak w bajce! I jak to w bajkach bywa, wszystko zepsuła zła czarownica…

Miała na imię Jolka i podobno była jedynie jednorazową, zupełnie nieistotną przygodą. Lecz tym razem to ja okazałam się wyjątkowo uparta, bo pomimo usilnych starań Marka nie potrafiłam ani wybaczyć, ani nawet zapomnieć. Po kilku tygodniach spędzonych na emocjonalnej karuzeli wróciłam pod mamine skrzydła. Bardzo przeżyłam nasze rozstanie. Naprawdę kochałam Marka i oczami wyobraźni widziałam już siebie u jego boku przed ołtarzem. No i wyszło inaczej…

W ramach pocieszenia przed ołtarz zaciągnęłam pierwszego chętnego. Trafiło na Tomka – kolegę z roku. Aby jeszcze dobitniej odciąć się od bolesnej przeszłości, szybciutko zmajstrowałam sobie z mężem syna, zaraz potem drugiego. Na koniec do kompletu kupiliśmy psa. W ten sposób ani się obejrzałam, a byłam szyją sporej i, jak czas pokazał, całkiem udanej rodzinki.

Miewaliśmy z Tomkiem trudne chwile. Które małżeństwo ich nie ma? Wtedy zawsze wracałam myślami do Marka. Zastanawiałam się, jak wyglądałoby moje życie, gdybym z nim została. Czy bylibyśmy szczęśliwi? Czy mielibyśmy dzieci, a jeśli tak, to jakie by były? A może gnieździlibyśmy się w trzech malutkich pokoikach, a wakacje spędzali na działce rodziców?

Nie ukrywam, że w naszym małżeństwie finanse były dość drażliwą kwestią. Tomek nie miał za grosz talentu do pomnażania kapitału. Co zarobił, zaraz wydał. Specjalnie nie narzekałam, bo wydawał głównie na mnie i chłopaków, ale w głębi duszy miałam trochę żalu. Nie wiem tylko, czy do niego, czy do losu… A może także do siebie? Bo zamieniłam przedsiębiorczego Marka na niezaradnego Tomka.

Nie ukrywam, że byłam ciekawa, jak potoczyło się życie mojego dawnego ukochanego. Kilka razy próbowałam go dyskretnie namierzyć, ale bez skutku. Nie miał profilu na żadnym internetowym portalu. Nie odnajdowała go popularna wyszukiwarka. Nikt ze starych znajomych nie miał pojęcia, co się z Markiem dzieje. Kilka lat temu ktoś go spotkał na pewnym bankiecie, gdzie ponoć świętował podpisanie jakiegoś ważnego kontraktu. Potem – cisza.
– Pewnie zbił kupę kasy i przepuszcza ją teraz na Karaibach – spekulowaliśmy na spotkaniach naszej studenckiej paczki.

Marek wprawdzie krótko z nami studiował, ale ponieważ potem z nim mieszkałam i razem chodziliśmy na imprezy, był przez wszystkich traktowany jak „swój".
– Zawsze mówiłem, że nie dyplom się liczy, tylko to, co się ma w głowie – mądrzył się Sławek, któremu dotarcie do ostatniego semestru zajęło osiem lat, a zaraz potem bogato się ożenił i od lat razem z teściem prowadził warsztat samochodowy.
– Fakt, Marek miał w głowie całkiem nieźle poukładane – przyznała Renata. – Byłabym bardzo zdziwiona, gdyby się okazało, że wylądował tak jak ja albo jak Kama…
– Na państwowej posadzie, za średnią krajową – westchnęłam.
– Przecież lubisz swoją pracę, kochanie – odezwał się Tomek, a ja spojrzałam na męża z niechęcią. Ten jak coś powie…
– I co z tego, że lubię? – burknęłam.
– Mam ci przypomnieć, ile mamy na koncie? Na minusie oczywiście...
– Daj spokój. Wiesz, że robię, co mogę.

Wyciągnął rękę, chcąc mnie objąć, ale mu uciekłam. Ostatnio denerwował mnie bardziej niż zwykle. Może dlatego, że nasi chłopcy weszli właśnie w wiek, kiedy nie potrzebowali już (a w każdym razie manifestowali, że nie potrzebują) troski, opieki, a już broń Boże czułości. Mieli inne potrzeby. Ciągle słyszałam: kup, daj, zapłać! Tomek próbował im tłumaczyć, że nie muszą mieć wszystkiego, co mają ich koledzy – drogich komórek, nowoczesnego sprzętu, firmowych ciuchów – ale prawie zawsze kończyło się na obrażaniu się i trzaskaniu drzwiami. I choć matczyna intuicja podpowiadała mi, że mąż postępuje słusznie, w głębi duszy miałam do niego żal o to, że nie potrafi zapewnić nam takiego życia, na jakie zasługujemy. Dlaczego nie potrafił zarobić tyle co niektórzy?

„Gdybym za niego nie wyszła, może moje życie wyglądałoby inaczej?” – zastanawiałam się ostatnio coraz częściej.

A teraz stałam naprzeciwko Marka i… nie potrafiłam się nadziwić temu, co widzę.
– Naprawdę mnie nie poznajesz? Aż tak się zmieniłem? – spytał. – Za to ty nic a nic. Jesteś tak samo piękna jak wtedy, gdy zobaczyłem cię pierwszy raz. Przed koncertem, pamiętasz? Miałaś na sobie taką niebieską sukienkę. Wiem, wiem, mówiłaś, że to lazurowy, a nie niebieski, ale dla mnie nie kolor sukienki miał znaczenie, tylko twoje oczy. Zauroczyłaś mnie nimi…

Stałam jak sparaliżowana i słuchałam tego potoku słów, choć wcale tego nie chciałam. Najchętniej uciekłabym stamtąd, zapadłabym się pod ziemię, odfrunęła, rozpadła się na kawałki… Cokolwiek, byle nie słuchać i nie patrzeć. Stojący naprzeciwko mnie mężczyzna w niczym nie przypominał bowiem mojego Marka. Tamten był zadbany, czysty, elegancki, ten wyglądał jak łachmyta. Podarta kurtka, pod nią stara bluza z kapturem, mocno sprane, zbyt duże dżinsy opadające na brudne, zniszczone adidasy. Niezdrowa, ziemista cera, zapadnięte policzki, tłuste włosy, które dawno nie widziały nożyczek, no i jeszcze te oczy – blade, puste, bez wyrazu.
– Pan mnie chyba z kimś pomylił – wykrztusiłam w końcu, odwracając wzrok.
– No co ty, Kama, nie wygłupiaj się…

Podszedł bliżej, a ja poczułam odór dawno niemytego ciała i przetrawionego alkoholu. On nie tylko wyglądał jak menel. On BYŁ menelem! Żołądek podszedł mi do gardła. Zmobilizowałam wszystkie siły, żeby cofnąć się, a potem odwrócić na pięcie i niemal pobiec w drugą stronę.
– Kama, nie uciekaj! Ja bym ciebie nawet w piekle poznał! – wołał za mną.

Kiedy weszłam do domu, Tomek akurat smażył naleśniki. W całym domu unosił się słodki zapach. Na stole stał otwarty słoiczek konfitur. Ogarnęła mnie fala czułości.
– Będą i dla mnie? – podeszłam do niego od tyłu i otoczyłam go ramieniem.
– Coś się stało? – spytał, odwracając się i przyciągając mnie do siebie. Długo milczałam, zastanawiając się, jak opowiedzieć o tym, co przeżyłam i co czułam. Choć wiedziałam, że zrozumiałby, uznałam, że nie ma sensu teraz o tym rozmawiać. Wystarczy jedno wyznanie:
– Kocham cię, wiesz?
– Dawno mi tego nie mówiłaś.
– To się zmieni – szepnęłam, po czym podeszłam do kuchenki i zakręciłam gaz.

Naleśniki mogą poczekać. Są przecież ważniejsze sprawy… W tamtym momencie bardzo pragnęłam być z mężem jak najbliżej. Tylko słodycz miłości mogła złagodzić gorycz, którą wtedy czułam.

Przeczytaj więcej prawdziwych historii:

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (4)
/03.05.2017 02:45
Widziały gały co brały. Głupia nawet nie próbowała sie dowiedzieć czemu tak skończył i moze jakoś pomoc...
/20.02.2017 10:14
Co za fałszywa dziwka
/19.09.2016 21:11
Dobre z ciebie ziółko. Marzysz o życiu z poprzednim facetem,wyobrazasz je sobie w rajskich barwach a mężem zaczynasz gardzić. Gdy okazuje się że tamtemu z życiu się nie udało wracasz do "kochanego" męża. Żałosne
POKAŻ KOMENTARZE (1)