Z życia wzięte fot. Fotolia

Z życia wzięte - prawdziwa historia o niemoralnej propozycji

Od mojego rozwodu minęło już dobrych kilka lat. Czy czuję się gotowa na nowy związek? Może i tak, ale…
/ 06.08.2015 06:58
Z życia wzięte fot. Fotolia
Witka i Krysię poznałam nad morzem. To był mój trzeci samotny pobyt w przytulnym pensjonacie położonym tuż przy wydmie i trzeci dzień dwutygodniowego urlopu. Wróciłam ze spaceru wzdłuż plaży, lecz wciąż nie miałam dość widoku morza. Wymościłam sobie posłanie na leżaku na balkonie. Przymknęłam oczy. Nad głową cicho szumiały pochylone od wiatru sosny, z oddali dobiegał delikatny szmer rozbijających się o brzeg fal. Myśli gdzieś odpłynęły w siną dal. Zapadałam w rozkoszną drzemkę… I wtem, niemal tuż nad moim uchem, rozległ się ryk:
– Krystyna, podaj mi lornetkę, tylko się pośpiesz – za cienką ścianką z mlecznego szkła wołał jakiś mężczyzna.
– Ojej, akurat się wygodnie ułożyłam z książką – usłyszałam z wnętrza sąsiedniego pokoju skargę kobiety. – Sam nie możesz się pofatygować?
Mężczyzna najwyraźniej zreflektował się, że siedzę za ścianką, bo ściszył głos i wręcz teatralnym szeptem rzucił w stronę pokoju:
– Zobacz, jaki wielki żaglowiec na horyzoncie.

Po chwili ruch za ścianką ustał. Mężczyzna oparł się o barierkę balkonu i z lornetką przy twarzy wpatrywał się w morze. Teraz mogłam go sobie obejrzeć: był w średnim wieku, dość postawny, szpakowaty... Widziałam tylko profil. Wydawał się interesujący, ale nie na tyle ciekawy, żebym z jego powodu miała zrezygnować z drzemki. Odsunęłam leżak od ścianki i znów poddałam się ogarniającej mnie senności.
– Przepraszam, chyba panią obudziłem – szepnął sąsiad, wychylając się w moją stronę.
– Nie obudził mnie pan… tylko nie dał mi zasnąć – wyjaśniłam z lekką pretensją w głosie.
– Naprawdę mi przykro. Już będę cicho – położył na ustach palec i zniknął mi z pola widzenia.
Przez chwilę jeszcze słyszałam rozmowę w pokoju obok i wreszcie odpłynęłam.

Spotkałam ich na kolacji. On rzeczywiście był przystojny. Ona – zadbana pięćdziesiątka, ze starannie ułożoną fryzurą, nienagannym manikiurem i delikatnym makijażem. Oboje opaleni doskonale prezentowali się w błękitno-białych strojach. Siedziałam blisko wejścia, mogłam więc dokładnie obserwować wchodzących. Usiedli kilka stolików dalej, a potem on zauważył mnie. Powiedział coś do swojej partnerki i zaraz podszedł szybkim krokiem do mnie.
– Jeszcze raz panią przepraszam, a w ramach rekompensaty za niespełnioną drzemkę proponujemy z żoną drinka po kolacji. Czy możemy liczyć na pani towarzystwo? – zaskoczył mnie.
– Ach, nie ma o czym mówić, tym bardziej że drzemka się odbyła… O mało nie zaspałam na kolację – szczerze się przyznałam.
– Ale drinka i tak możemy chyba wypić? Nalegam… Żona też prosi.
– Oczywiście, z chęcią – pomyślałam, że nie zaszkodzi spędzić ten wieczór w towarzystwie.
Witold i Krystyna okazali się świetnymi kompanami. Rozmawialiśmy niby o niczym, a jednak nie było nudno. Do pokoju wróciłam około drugiej w nocy.

Rano o mało znów nie zaspałam. Do śniadania usiedliśmy we trójkę przy jednym stoliku. W ciągu następnych dni zrobiliśmy razem kilka wycieczek do okolicznych kurortów, codziennie wieczorem spotykaliśmy się w barze, potem szliśmy na spacer. Cieszyłam się z nowej znajomości, tym bardziej, że wszyscy mieszkaliśmy w tym samym mieście. Wyglądało na to, że będziemy się spotykać także po urlopie. Szczególnie zadowolona byłam z rodzącej się przyjaźni z Krystyną. Miałyśmy podobne poglądy na życie, dobrze nam się plotkowało, a kiedy wybrałyśmy się do Koszalina, okazało się, że doskonale dogadujemy się w kwestii zakupów.
– Nie masz pojęcia, jak często brakuje mi kogoś, kto by doradził, którą kieckę wybrać – zwierzyłam się po wspólnym rajdzie po sklepach.
– No to już masz mnie. Zawsze do usług! – Krystyna była też zadowolona.

Na dwa dni przed wyjazdem do domu Witek zrobił się nagle bardzo tajemniczy. Nie żartował wieczorem jak zwykle. W końcu, gdy mieliśmy już wracać do swoich pokojów, rzucił:
– Wiesz, Olu? Chciałbym, żebyś poznała mojego brata. On jest sam, tak jak ty i… Oczywiście niczego nie chcę narzucać, z góry zakładać... Ale, czy dałabyś się namówić na spotkanie? Bo, jak Boga kocham, strasznie by mi pasowała taka bratowa jak ty… – skończył mówić, a mnie odebrało mowę.  Zaczęłam się gorączkowo zastanawiać, czy od początku mieli wobec mnie taki zamiar, i te wszystkie wspólne wieczory przy barze, te spacery, wypady po okolicy miały tylko ten jeden cel: upolować żonę czy może kochankę dla brata? Naprawdę nie wiedziałam, co myśleć. Czy potraktować tę propozycję na luzie i ze śmiechem, czy doszukiwać się jakiegoś drugiego dna? Ale jakiego?
Zapadło niezręczne milczenie. Przerwała je w końcu Krystyna:
– Ojej, Witek tak na serio od razu wypalił… Bo my tak sobie pomyśleliśmy, że Tomek jest sam, ty sama, więc tak zwyczajnie, towarzysko moglibyśmy was ze sobą poznać. To nic nie znaczy, do niczego nie zobowiązuje… Wiesz, Tomek to przyzwoity facet, tylko mu nie wyszło w poprzednim związku i z nikim się nie spotyka. Nawet do kina przez to nie chodzi.

A więc jednak oboje myśleli o zeswataniu mnie z bratem Witka. Ta sytuacja zważyła mi trochę humor. Starałam się jednak nie dawać tego po sobie poznać. W końcu powinno mi schlebiać, że wydaję się im na tyle atrakcyjna, wystarczająco dobra, żeby „wejść” do ich rodziny… Ale czy to normalne, żeby facet szukał żony dla młodszego brata i pomagała mu w tym jego połowica? Nie, to wszystko wydawało mi się chore.
– Hmm, oczywiście, nie mam nic przeciwko temu, żeby poznać twojego szwagra, Krysiu, muszę jednak sprawdzić w kalendarzu wolne terminy – roześmiałam się, starając się obrócić wszystko w żart.
– Ależ w ogóle nie będziemy was umawiać – zaśmiał się Witek. – Nie będziemy dorosłych ludzi swatać, wcale nie to mieliśmy na myśli. Może kiedyś spotkacie się u nas, ale to nie jest wcale pewne, prawda Krysiu – zapytał głupio. Chyba powoli docierał do niego komizm i niezręczność całej sytuacji, bo nagle chciał się ze wszystkiego wycofać.

Do wyjazdu spotykaliśmy się na posiłkach, poszliśmy też na wspólny pożegnalny spacer. Wydawało mi się, że Witek badawczo mi się przygląda, choć za każdym razem, gdy przyłapywałam go na tym natarczywym spojrzeniu, uciekał wzrokiem i rzucał jakiś żarcik, aby odwrócić moją uwagę… Coś mi jednak nie pasowało. Gdy oddawaliśmy w recepcji klucze, poczułam, że Witek ociera się o mnie, choć dookoła było pełno miejsca. Czyżby nagle uznał, że nie warto oddawać mnie bratu?” – przemknęło mi przez głowę. Potem, przy pożegnaniu byłam już pewna, że Witek patrzył na mnie nie jak na znajomą, koleżankę, ale jak na zwierzynę, godną upolowania. Poczułam się nieswojo. Cieszyłam się, że wspólny urlop się kończy.

Na pierwsze spotkanie po powrocie umówiliśmy się do teatru. Witek kupił bilety na „Udrękę” w Narodowym. Uwielbiam Gajosa i Seniuk, dali mistrzowski pokaz. A sztuka? No cóż… Patrząc na scenę, myślałam o swoim, nieudanym małżeństwie, o tym, że choć kochałam męża, żyć z nim dłużej nie mogłam. Dziś jestem sama, ale wolna.
– Idziemy gdzieś na kolację? – zaproponował Witek, gdy wyszliśmy.
– Przepraszam, kochani, ale nie tym razem. Muszę wstać o świcie – to nie był wykręt. Rzeczywiście umówiłam się z córką, że razem pojedziemy do moich rodziców na działkę.
Kolejne spotkanie wyznaczyłyśmy sobie z Krysią w galerii handlowej. Ona szukała płaszcza, ja chciałam kupić spodnie. Po zakupach poszłyśmy na kawę.
– Wiesz, Olu. Szykuję niespodziankę dla Witka. Za dwa tygodnie będą jego 55 urodziny, zapraszam cię na kolację. Przyjdziesz?
– Z przyjemnością – ucieszyłam się.
– Ale przyznam, że jestem zaskoczona. Witek wcale nie wygląda na tyle lat
– stwierdziłam.
– Tak, wiem, nie wygląda… – powiedziała to niemal z żalem w głosie. „Czyżby ten fakt niepokoił Krystynę? Czy miała powody, żeby być zazdrosną o męża?”. Tego nie mogłam wiedzieć, bo Krysia nie zwierzała się mi ze spraw związanych ze swoim małżeństwem. Teraz jednak przyszło mi na myśl, że częste delegacje Witolda mogły ją niepokoić.

Przyjęcie odbywało się w modnej restauracji na starej Pradze. Było kilka par, dwie samotne panie – siostra Krystyny i ja, oraz jeden singiel – brat Witolda. Kiedy zostaliśmy sobie przedstawieni, zrobiłam chyba strasznie głupią minę; z jednej strony pamiętałam niezręczną wymianę zdań na temat Tomasza podczas tamtego wieczoru nad morzem, z drugiej – patrzyłam teraz na faceta, który był jeszcze bardziej przystojny niż Witold, jeszcze lepiej zbudowany, i w ogóle bardziej atrakcyjny niż jego starszy brat. Czułam, że się rumienię. Wbrew moim przewidywaniom i – co tu kryć – nadziejom, posadzono nas z dala od siebie, po tej samej stronie stołu. Tak więc nawet nie mogłam sobie popatrzeć na przystojniaka. Byłam zwyczajnie wkurzona na siebie. No, ale czy tam nad morzem mogłam przewidzieć, że facet zrobi na mnie takie wrażenie i że teraz nagle będzie mi zależało na jego towarzystwie.

Przez ostatnie kilka lat radziłam sobie z samotnością, wcale nie potrzebowałam mężczyzny u boku. Eksmąż skutecznie zraził mnie do swojej płci. Kilkanaście lat spędzonych pod nieustanną kontrolą, w atmosferze podejrzeń, ciągłych napadów chorobliwej zazdrości, izolowania od znajomych i przyjaciół, którzy mogli być potencjalnymi moimi kochankami, zrobiło swoje. Strach przed zaborczym partnerem tak mocno wrył się w moją podświadomość, że nawet najprzystojniejszy facet nie był w stanie uśpić mojej czujności. Okazuje się jednak, że czas leczy najtrwalsze rany. Teraz przyszła pora na zmianę. Na razie jednak wszystko sama popsułam. Byłam tak zła na siebie, że nawet postanowiłam się napić alkoholu, czego zazwyczaj nie robię.
– Tak, przyjechałam samochodem, ale równie dobrze mogę zabrać go jutro, a do domu pojadę taksówką – powiedziałam, gdy Krystyna zdziwiła się, że sięgam po kieliszek.
– Cieszę się, że się dobrze bawisz – stwierdziła Krysia. Ja tylko zaśmiałam się sztucznie.

Trochę się wstawiłam, ale dzięki temu przestałam się denerwować i powoli przechodził zły nastrój. Przyjęcie jeszcze trwało, kiedy postanowiłam zmyć się po angielsku. Wyszłam do toalety i nie wróciłam już do sali. Zamówiłam taksówkę i czekałam w holu. Po kilku minutach dopadł mnie tam Witek. Podobnie jak ja był wstawiony. Zaczął się do mnie kleić, pocałował najpierw w czoło, a potem ściskając mnie w pasie, przywarł ustami do moich ust. Błyskawicznie wytrzeźwiałam. Wyrwałam się z uścisku i pacnęłam go otwartą dłonią w twarz.
– Idź do cholery! – wysyczałam i odwróciłam się do wyjścia. Taksówka już czekała.
Sięgnęłam ręką, żeby pociągnąć za klamkę i wtedy jakaś męska dłoń mnie ubiegła:
– Przepraszam za brata. Widziałem, jak się zachował. Upił się, niestety, ma słabą głowę i skłonność… – przerwał w pół słowa i się uśmiechnął. – Naprawdę mi przykro – Tomasz gorączkowo tłumaczył zachowanie Witka, patrząc jednocześnie na mnie z ciekawością.
– Nie szkodzi. Rozumiem, w tym stanie mogły puścić hamulce… – wykazałam się wielkodusznością.
– Mogę panią odwieźć? – spytał, widząc taksówkę. – Dotrzymam towarzystwa, jeśli można…
Moje miękkie nogi zrobiły się jeszcze bardziej miękkie. Poczułam, jak oblewa mnie fala gorąca i kiwnęłam głową na zgodę. Mówić jednak nie byłam w stanie. Od dawna żaden mężczyzna nie onieśmielał mnie tak bardzo.

Jechaliśmy w milczeniu. Cały czas myślałam, jak rozegra się scena pod moim domem. Układałam w głowie, co powiem, jeśli Tomasz zechce odprowadzić mnie na górę. Krótko mówiąc, byłam przez całe piętnaście minut skończoną idiotką, która marzy o rycerzu na białym koniu, albo o miłości rodem z romantycznej komedii. Taksówka zatrzymała się. Mój towarzysz wysiadł, przeszedł na moją stronę, otworzył drzwi auta, pomógł wysiąść.
– Jeszcze raz przepraszam za Witka – spojrzał mi w oczy, zastygł na moment, po czym skłonił się nisko i pocałował mnie w rękę. – Dobrej nocy – powiedział ściszonym głosem i wrócił do taksówki. Trochę żałowałam, że tak szybko rozstaliśmy się, sama przecież nie mogłam zaproponować, żeby odprowadził mnie na górę. „Aż tak źle ze mną nie jest” – pomyślałam. Kilka dni po urodzinach Witka, czcigodny jubilat zadzwonił do mnie, prosząc o spotkanie po pracy tego samego dnia.
– Tylko nie mów nic Krystynie, dobrze?
Zgodziłam się.

Siedział przy barze, gdy weszłam. Niemal wybiegł mi naprzeciw.
– Bardzo się cieszę, że przyszłaś. Widzisz, Olu… Ja wtedy tam w restauracji poczułem, że chcę być z tobą. Pragnąłem cię, tak samo jak teraz…
– Opamiętaj się, Witek! – byłam oburzona. – Jak możesz takie brednie wygadywać?
– Olu, to nie są brednie. Podobasz mi się od początku. Tylko niefortunnie się złożyło, że poznaliśmy się, gdy akurat w pobliżu była moja żona.
– Jak możesz? A gdyby jej tam nie było, to co? Myślisz, że poleciałabym na ciebie, na twoje opalone ciało, dobry samochód i wypchany portfel? Co ty sobie wyobrażasz? Przecież chciałeś mnie swatać ze swoim bratem! – kipiałam z oburzenia.
– Chciałem… Mówiłem ci, że chciałbym mieć taką bratową, pamiętasz? Byłabyś blisko, w rodzinie...
– Jezu, to obrzydliwe! Ty nie masz żadnych zasad! – zeskoczyłam ze stołka i wyszłam z pubu.
Tamtej nocy nie mogłam zasnąć. Było mi przykro, że tak bardzo zawiodłam się na ludziach… na jednym człowieku. Było mi żal przyjaźni z Krystyną. Nie mogłabym patrzeć jej w oczy czy się z nią spotykać, zwłaszcza w obecności Witka, wiedząc, jakim jest łajdakiem.

Tydzień później Krystyna zaproponowała mi wypad na zakupy. Wykręciłam się pod byle pretekstem. Potem jeszcze próbowała kilka razy namówić mnie na spotkanie, w końcu przestała dzwonić.
Na jej szwagra natknęłam się tydzień temu na ulicy pod moim biurem. Wyraźnie ucieszył się, gdy mnie zobaczył. Czyżby czekał na mnie?
– Możemy gdzieś usiąść, porozmawiać? – spytał. – Szukałem cię, nie było łatwo, bo brat nie chciał mi dać numeru do ciebie... – wyznał.
Bardzo mi się podobał. Przez chwilę oczami wyobraźni zobaczyłam siebie w jego ramionach. „Tak, już dojrzałam do tego, żeby znów być z mężczyzną” – pomyślałam. Ale czy Tomek był akurat tym, z którym powinnam pójść dalej przez życie? Miałam wątpliwości.
– Nie, chyba nie… trochę się spieszę – powiedziałam zmieszana.

Był naprawdę zawiedziony. Coś mówił, że miał nadzieję… Ja jednak w tamtym momencie podjęłam decyzję. Nie będzie dalszego ciągu tej znajomości. Może byłoby miło, może nawet ktoś potem by powiedział: „żyli długo i szczęśliwie”. Jednak po tym, co zdarzyło się w restauracji, wiedziałam, że zawsze gdzieś czyhałoby na mnie niebezpieczeństwo zazdrości, podejrzeń... A tego boję się najbardziej.

Więcej prawdziwych historii:

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)